4 kwietnia 2017

Wiosna 2017

Wszystko kiedyś mija. Smutek też.

Musicie mi uwierzyć.

Czytam post z tamtego roku (o tytule Wiosna 2016) i tak jakby nie ja. Nie wiem co się stało. Jakby pisała to inna osoba. Bo (uwaga), mimo tych smutków, smuteczków, rozczarowań, płaczków to nie jest mi źle. Nie jestem smutna. Jestem po prostu spokojna. Niezauważalnie zaszły ogromne zmiany co jest najbardziej zaskakujące teraz. Jak tak sobie siądę i się nad tym zastanowię.

W styczniu zaczęłam chodzić na angielski, we wrześniu staruję na egzamin CAE. W końcu. Stać mnie na lekcje, nie będę czekała w nieskończoność. Chcę iść dalej, rozwijać się. Jak zdam to, albo będę startowała na poziom wyżej, albo zacznę uczyć się rosyjskiego. Ważne, żeby skupić się na drodze, rozwoju - a dokąd powiedzie? Nie wiadomo. Nie ma co sobie wyznaczać jakiś śmiesznych celów typu za 2 lata będę robiła podwójnego toeloopa na łyżwach. Za 20 lat ok - jeśli jeszcze będą lodowiska. Teraz skupiam się (w sensie jak znowu będzie sezon) na hamowaniu, ulepszaniu techniki, beczki do tyłu. Wszystko ze spokojem. Kupiłam tez rolki - może na nich nauczę się szybciej, a potem przeniosę to na łyżwy. Kto wie. Na razie próbuję utrzymać na nich równowagę i odrobinę godności.

Zaczęłam też grać w tenisa. Jest super. Na razie ćwiczymy i nie gramy za dużo, ale Pan mnie bardzo chwali i trening mija szybko. Szkoda, że raz w tygodniu ale co zrobię.Cieszy mnie to bardzo. Kiedyś nie lubiłam sportu, bo się szybko męczyłam. Jedynie basen był do zaakceptowania. Nie tylko okazuje się, że mam kondycję, ale sprawia mi to niezłą frajdę. Żadna rozgrzewka mi niestraszna. Rodzice się strasznie jarają, że uprawiam sporty i chyba cieszy ich moje zadowolenie.

Widzę, że dopiero rok po skończeniu wizyt u psychologa zaczyna się poprawiać. Może pewne rzeczy musiały we mnie wrosnąć, może chodziło o kasę i o to żeby się wyrwać sprzed kompa i zamienić memy na endorfiny i adrenalinę we krwi po dobrym granku czy jeździe.

Trochę więc dobrze, że dostałam kosza od tego Michała. Tylko z nim gniłam przed kompem, a nic z tego nie wynikało. Jakby w 2016 zamknął się rozdział tego gnicia. Jakbym w komputerze szukała szczęścia, akceptacji i innych słabych rzeczy. Co złe zostało ucięte i gdzieś tam zostało w tle. Nie robiłam nic konkretnego i nic z tego nie miałam. Poświęcałam mu czas, a dostałam przysłowiową figę. Może wydaję więcej kasy i nie ma mnie częściej w domu, ale to jest tylko dla mnie - coś co sprawia, że ja się rozwijam i podążam gdzieś (nie wiadomo gdzie, oprócz tego, że w stronę śmierci) dalej. I nagle okazuje się, że w wieczory jest mnóstwo do zrobienia i nie trzeba siedzieć w domu. Doceniam i chwile ze znajomymi i samotne wieczory, które mogę poświęcić tylko sobie.

Michał odezwał się jeszcze na początku marca, chyba myślał, że będę dla niego taka miła, jak byłam. Co chciał sprawdzić - nie wiem. A niech spierdala. Starzec w młodym ciele zakomunikował mi, że nic z tego nie wyjdzie. Jedynie co może mi zaoferować to seks. Też niech spierdala. Sram na takie znajomości, tylko się denerwuję. Wiadomo, uderzyłabym z kimś w ślinę i się poprzytulała, ale co zrobię? Nie będę się zadawała z pajacami. Jak na razie całe życie uczuciowe to trochę porażka, no ale co zrobię? Nic. To minie. Tak jak minął smutek.

Lubię teraz wiosnę. W sumie lubię każdą porę roku. Każda jest niezła. Kiedyś lubiłam tylko jesień, dalej jest moją ulubiona porą roku, zwłaszcza ta ciemna i ponura część. Lato jest super; wiosna, bo wszystko kwitnie i zima by wszystko zastygło i wzięło długi oddech na kolejną porę roku.




Wszystko mija, smutek też.

Wiosna jest spoko.

Cieszcie się życiem.

Miłego.

27 stycznia 2017

Constans czyli smutków ciąg dalszy

Czyli u mnie jak zwykle. Rozczarowania i raczej, co ciekawe, szybkie pogodzenie się z odrzuceniem.

Maiłam sobie takiego stalkera. W sensie nie, że grzebał mi w śmieciach, ale raczej takiego znajomego co potrafiliśmy śmieszkować kilka godzin dziennie. I tak się to ciągało od września 2015 roku. I było tak se ale pojawiły się jakieś żaluzje, aluzje, uśmieszki, wymieniliśmy się telefonami. I tak planowaliśmy spotkanie. I tak sobie je planowaliśmy, że do mnie przyjedzie i spędzimy ze sobą trochę czasu i się poznamy i że po Świętach będzie miał urlop. I tak sobie o tym gaworzyliśmy, aż się okazało, że sobie znalazł dziewczynę.

och.

Trochę to było smutne. Tak smutne, że zapaliłam sobie kilka papierosów i z żalu nie jadłam przez 2 dni. To ciekawe bo nigdy takie coś mi się nie zdarzyło. Przykre, że jedyna rzecz, która utrzymywała Cię przy uśmiechu jebła się jak pusta butelka ze stołu. Niemniej jednak to doprowadziło mnie do takiego przemyślenia, że nie może być tak w życiu, że jakiś pajac będzie Cię podtrzymywał bo się szybciej wywalisz niż wstaniesz. Tylko Ty sam musisz sobie poprzestawiać w głowie, żeby się trzymać i nie puszczać (zwłaszcza z byle kim!).

Moglibyśmy to uznać za sprzyjające wydarzenie i takie zamykające rok 2016. Nota bene 9 rok w astrologii i chiromancji, a to oznacza koniec pewnych rozdziałów, zamykanie pewnych spraw i zaczynanie od nowa. Czyli taki, że tak powiem kosz to super sprawa bo pozbyłam się z życia jakiegoś pajaca i teraz już tylko piękne życie, Kalifornia 1976 i wiatr zjawiskowo targający włosy. Żeby było śmieszniej, nie jest mi teraz (ponad miesiąc po) jakoś bardzo żal; bądź co bądź sama sobie powiedziałam albo w te albo we wte, choć osobiście wolałabym się poprzytulać z żywym loszkiem niż z kołderką. Stalknęłam sobie tą jego nową dziewczynę - takie typowe emo, mroczne klimaty i artystyczna dusza. Nie, żebym była jakaś mega piękna, ale myślę, że mam ciut więcej uroku osobistego i nie muszę sobie domalowywać brwi (hihihihi). Lepiej, że tak się to zakończyło zanim się zaczęło, bo jakby przyjechał i doszłoby do czegoś, ze tak powiem przyjemniejszego to nie wiem czy wyszłabym z domu przez kilka miesięcy. I to bardziej, ze wstydu, że dałam się tak wykorzystać.

Krótko podsumowując - 2016 to constans smutków, rozczarowań i przede wszystkim koszów od chłopaków, ale też realizacji, że jak ja se sama czegoś nie zrobię, to będę tak czekała do usranej śmierci.

Wspomniałam to takim loszku - starcu w młodym ciele, którego pragnęłam wykorzystać w jakiś sposób. To zabawne, ale znów się z nim spotykam i dalej z nim nie rozmawiam. Jakieś pogaduszki - tylko grzecznościowo, tak kilka zdań, nie za dużo. Chyba na naszym pierwszym spotkaniu pogadaliśmy więcej niż przez ostatnie kilka razem wziętych. Jest między nami jakaś taka cicha umowa, jakbyśmy oboje wiedzieli, że to czasowe, ze nie jesteśmy tymi osobami, z którymi powinniśmy się spotykać. On - z moich domysłów i smutku w oczach - wciąż żyje w przeszłości. Ja - po prostu na tę chwilę potrzebuję kogoś, kto by mnie potrzymał za rękę. Podnieca mnie jego dotyk, ale nie chcę nic więcej ni pocałunków i dotyku. Myślę, że można mu zaufać, ale pod tą sztywną postawą siedzi coś strasznego lub smutnego. Chcę być blisko, ale nie zamierzam z nim uprawiać ani roślin okopowych ani seksu. To nie byłoby to, czego chcę w życiu, a po wszystkim gryzłyby mnie wyrzuty sumienia.

I wiecie co, dobrze jest, jak jest. Od paru tygodni jest całkiem wporzo, mimo wszystkich tych nieprzyjemności.

W sumie, pieniądze z korpo trochę wynagradzają smutki dnia codziennego.

12 grudnia 2016

ljasfhsedgv

No.

W poprzednim pościku wspomniałam, że spotkałam się z takim starcem w młodym ciele. Po jakimś miesiącu spotkaliśmy się raz jeszcze. Na chwilkę. Nie rozmawialiśmy wiele, nie ma o czym. Czego bym nie powiedziała zostałoby zapomniane albo pomieszałoby mu się z inną osobą. Nie warto. Na początku starałam się być zabawna, śmiałam się uroczo i zalotnie albo niewinnie patrzyłam na tego typa. Trochę jak lolita (xD beka). Potem stopniowo mój udawany entuzjazm wygasał, aż do momentu w którym totalnie zamilkłam i zamyślałam się. To było mniej-więcej tak:



Siedziałam tak ze smutkiem w oczach wpatrzona w drzwi do toalety i od wielu miesięcy nie licząc na nic. Poczułam palec na swojej dłoni. Zamarłam i dostałam takiego dziwnego ucisku w górnej klatce piersiowej. Potem jakoś chwycił mnie za rękę. To było miłe. Siedzieliśmy tak: ja - wpatrzona w drzwi kibla (jedyna z możliwych ucieczek); raczej starałam się od niego odwrócić, on - nie wiem na co patrzył. Romantycznie by było jakby na mnie, ale na drzwi kibla też ok. Potem jakoś się pokręciliśmy na tej kanapie tak, że się poprzytulaliśmy (i inne takie) i on mi mówi, że musi już spadać. Umówił się z jakąś typką (brak zazdrości=obojętność; jak mawia mój szef: "jest git!"). Wyciągnęłam mu spod koszuli bardzo długi łańcuszek z serduszkiem i mimo przewidywanej odpowiedzi zapytałam co to za artefakt. Wiadomo o co chodziło. Powiedziałam, że miałam podobny albo go rozwaliłam i wyrzuciłam do kosza (obojętność= "jest git!"). Pozbieraliśmy się i poszliśmy. Rozstaliśmy się w okolicach rynku. Nie umie całować. Wydyma usta jak ryba. Ale czy ja umiem?

Tak jak powiedziałam, po raz pierwszy niczego z nim nie planuję (w mojej głowie) i zamierzam go wykorzystać tylko i wyłącznie do oswojenia się z dotykiem. Nie zamierzam z nim uprawiać ani roślin okopowych ani seksu. Mam plan zaprosić go do siebie, mieć go na trochę dłużej i bez tej publicznej krępacji poprzytulać się i uderzyć w ślinę (może być trochę na dziko).

Poszłam przed siebie bez żalu czy smutku. Nie popatrzyłam za nim, choć zawsze patrzę za każdym. Poszłam sobie. Po prostu. Z pustką. I mimo tłumów na jarmarku świątecznym ta dziura we mnie mogłaby ich wszystkich wciągnąć i byłoby jeszcze trochę miejsca dla szczeniaczków.

Fajnie tak, bez emocji.

I choć kocham zimę, mrozik, śnieżek, łyżwy (!!!), szczeniaczki hasające na białym puchu i cichy las pod białą pierzyną to z bólem serca mówię sobie "Byle do wiosny". Nie wiem czy spotka mnie tam coś lepszego. Planuję wycieczkę do Barcelony. I chyba to trzyma mnie przy życiu. Jeśli oczywiście będą tanie bilety.