10 lutego 2012

Cipa z mięsnego

Przyszła mi ochota na pyszniusie spaghetti -a tak w ogóle to weekend walę-tynkowy samotnie spędzić mi przyjdzie- tom poszła do mięsnego M&W, prawie jak H&M. Stoję w kolejce, tam panie typu "A jakby ton jaśniejsze te rajstopki?!?!" i jeden pan, co konkretnie kilo mielonego poprosił. I ja również konkretnie mówię do zblazowanej sprzedawczyni, że 60 deka/o mielonego. Ta mi coś pierdzieli do drugiej o nabijaniu, czy coś. Ja tam jednym uchem słuchałam, bo drugim czytałam esemesiaka. Ona nabija na kasę, lansik i szacuneczek. Podpytuje mnie nieśmiało czy coś jeszcze, a ja na to że w garmażerii nie siedzę. Ona że 13 złotych jej wiszę. Płacę, ale coś mnie uwiera w duchu i pytam z dociekliwością czterolatka, ile kosztuje kilo mielonego. Ona że 13 złotych, a ja na to że chyba jej się coś popierdoliło (dosłownie, bom się zdenerwowała), bo ja 60 deko kupiłam, i za więcej płacić nie zamierzam. Wiem, że one niby są takie "szprytne" że niby "oh,oh przez przypadek". Ale jak przy mięsie nie robię, to co se mam nie dorobić? Pierwszy raz w tym sklepie zakupów dokonywałam, bo zazwyczaj to Tesko czy Lidl zaopatrywał mą lodówkę, to se pewnie pomyślały, jak nowa to nabijemy se 4 złocisze. Nie przy mnie. Pani z niesmakiem kasę oddała, przeprosić nie przeprosiła. Skargę miałam wysłać do szefostwa na samej górze, ale Imperator zagroził, że jeszcze mam czas na bezprzedmiotowe spory.

A szkoda, bo bym babce dojebała, że złodziejka i jeszcze brudną ręką z tipsem mięsa dotyka. Wstyd!

Jakby wojna była, to pierwsza by była do kolaboracji, cipa z mięsnego.