7 maja 2014

Szmata

Jak szmata, naprałam się jak szmata. Znów. Jak ostatnia szmata dałam się obmacywać obcym facetom, jak szmata dałam sobie stawiać drinki (chociaż nie, to jest całkiem spoko). Jak szmata wyszłam na fotkach. Napierdolona wyjebałam się na poboczu. Gdybym była sama, pewnie tam bym została. Jestem zwykłą szmatą. Jak szmata osiągam powoli dno. Gdyby nie ograniczone fundusze, takie imprezy byłby częstsze. Szybko by poszło. Seks w kiblu, jakieś prochy. Jak ostatnia szmata.

Dno to też nie jest. Jeszcze. Trochę się boję. "Idziemy do kibla?" wiem że czas spierdalać. Dostałam dychę "Kup piwo". Kim jestem? Szmatą. Podchodzę do J. i mówię, że spierdalamy. Szkoda, że hajs oddałam. Miałabym na kebsa. Ona potrafi się kulturalnie bawić. Ja - nie. Bo lubię ten moment, kiedy tracę świadomość, lubię nie czuć nic, lubię nie czuć jak upadam twarzą na krawężnik. Znika poczucie pustki i zastępuje je błogi stan nieświadomości. Wszystko jak w filmie, upadek, krew, dopiero następnego dnia czuję ból w twarzy, jakby życie w postaci dresów dało mi wpierdol pod blokiem.

Ale nie. I ten powrót. Byle do domu. Byle prosto, szybko i w miarę sprawnie. A potem już tylko woda z solą lub kola. Zawartość żołądka wraca, a nią cały wieczór. Darmowe drinki, ten pojeb na parkiecie, poczucie bezradności i to cholerne pytanie: "Dlaczego cię tu nie ma, by mnie stąd wyciągnąć?" plus moje ulubione "Gdzie jesteś?". Potem jest już łatwiej. Tylko urywki. Cmentarz, dresy, krawężnik, jakiś samochód, klatka schodowa i na sam koniec pierdolony budzik i menel w autobusie.

Na prawdę muszę upaść jeszcze niżej, by z tego wyjść? Czy muszę dać się przeruchać w kiblu, czy musi mi wpierdolić jakiś dres, czy musi mnie obszczać menel, czy muszę wykonać złoty strzał w jedynym możliwym kierunku, żebym mogła... sama nie wiem. Odpuścić? Zapomnieć? Nawet tego nie wiem, bo jestem zwykłą szmatą. Bo nic już nie wiem.

Wyjścia z 3 klubu już nie pamiętam.
Co najbardziej wryło mi się w pamięć?

Ty masz taki problem, że nie potrafisz zaufać ludziom.

Jak szmata.

2 maja 2014

Wieści z frontu maturalnego

Od kilku lat na ustach maturzystów pojawia się hasło „Matura to bzdura”, którzy przepełnieni optymizmem balują co niemiara a godzinę przed egzaminem  dostają rozwolnienia ze strachu. Testy kończące szkołę, bo egzaminami dojrzałości nijak to nazwać można, z roku na rok są coraz łatwiejsze. Ba! Z półrocza na półrocze obniżają swój poziom osiągając pułap wiedzy równy nauczaniu w drugiej klasie gimnazjum.
Dlaczego nie uznaję nazwy „egzamin dojrzałości”? Też pytanie! W tym roku piszą go moi rówieśnicy z techników czy liceów profilowanych oraz rok młodsi znajomi. Czy osoba z liceum mająca lat dziewiętnaście jest dojrzalsza (w dużym i widocznym stopniu) od osoby z technikum? Nie sądzę. Tak w ogóle jaka jest definicja dojrzałości? Bo moim zdaniem ktoś jest dojrzały gdy nie tylko ogrania opiekę nad sobą ale i nad kimś drugim, i nie mówię tu o psie. Ale nie jestem tu po to, by ciągnąć jakieś polonistyczno-definicyjne dywagacje. Ledwo zdałam maturę z polskiego, więc nie mam prawa wypowiadać się na ten temat.

JezusMariaMatura
Wszystko zaczyna się od wyboru tematu maturalnego. Jakiś nie za prosty, nie za trudny, taki, żeby było w Internetach. Na jakimś portalu maturalnym znalazłam poradnik jak i kiedy napisać pracę. Okazało się, że najlepiej zebrać materiały we wrześniu, podporządkować je w październiku, pracę napisać w listopadzie i raz dziennie zerknąć nań przed snem.  Czytałam to w styczniu, więc byłam sporo w plecy. Bibliografię oddałam po terminie, na oczy nie widziałam literatury podmiotu, a prezentację pisałam tydzień przed. To i tak dobrze, bo koleżanka z internatu pisała ją noc przed. Dziwiło mnie to całe sranie, że „OMG, nawet za kartę cytatów mogą ci obniżyć!oneone” czy „ISBN ma być w JEDNEJ linijce, dzidzidzifffko!”. Ludzie, serio. Ustny polski liczy się tylko na filologię, nie na kulturoznawstwo czy marketing. I to całe sranie pod tytułem „Nic nie umiem!” jest na prawdę żałosne. Potem takie typki wychodzą ze stówą i myślą, że nasrali na księżyc.

2+2=?
Od kilku lat matematyka jest obowiązkowa na maturze. I mój rocznik wiedział to już w gimnazjum. Co z tego, że mieli jakieś 5-6 lat, by ogarnąć podstawy, oni są „hómanistami” i nie czają wielomianów, im wolno. I znowu: jaka jest definicja humanisty? To człowiek wszechstronnie wykształcony, a nie idiota, który myśli że jak jest na Humanie czy innym  Mel-opi (melanż i opierdoling) to mu wszystko wolno. Głupie pytania „Po co mi stożki?”, „Będę liczyć deltę w sklepie?” zostawiam bez odpowiedzi. Też byłam na profilu humanistycznym (żałuję), a jakoś matematyka była moim ulubionym przedmiotem, a co więcej zdałam ją na ponad 90% (ale była banalna, więc to się nie liczy).

Jeszcze tylko tydzień do masakryyyyy (cyt.facebook)
Po co chodzi się do szkoły? Żeby się czegoś nauczyć, ewentualnie  podrywać chłopaków na WDŻ. Dziwią mnie ludzie, którzy zamiast się uczyć pierdolą od rzeczy. Co z tego, że miałeś trzy czy cztery lata by przyswoić materiał. Co z tego, że od ponad dziewięciu miesięcy nieustannie słyszysz słowo matura? Jeśli tak bardzo boisz się matury, to było iść do zawodówki, a nie teraz szczać w gacie o tym, jak bardzo nie ogarniasz matmy i jej nie zdasz. Gdyby co drugie wyjście do Enerdżi zastąpiłbyś przygodą z matematyką, z pewnością zdałabyś. Ale po co, przecież szkoła jest po to by Cię nauczyć, bez odrobiny wysiłku z twojej strony. Tak kochanie, nauczyciele mają magiczne łopatki, którymi nakładają wiedzę do głów swoich podopiecznych.
Takiego typu lenistwo przeraża mnie ogromnie. Nie dość, że nic nie robią w tym temacie, to jeszcze narzekają, że nic nie potrafią. Nie, żebym ja była jakaś perfekcyjna uczennica czy coś, bo też święta nie jestem. Mogłabym, ale przyznaję szczerze – nie chciało mi się, bo żyję w przekonaniu że wybronię się intelektem i tym co już wiem. Chociaż są ludzie, którzy twierdzą, że uczę się bardzo dużo (pffff).
Skoro ciulasom nawet nie chce się powtórzyć podstaw, otworzyć zeszytu (ciekawe czy wiedzą co to jest) czy książki, to niech później nie pierdolą, że życie jest smutne, a matura trudna.

Spotkamy się w Tesco xoxo
Pamiętam rozmowy na przełomie trzeciej klasy gimnazjum, a pierwszej liceum, o tym co będziemy robić po studiach, ale i tak skończymy w Tesco. Skoro jesteś taki, kurwa mądry, to won do zawodówki, a nie pierdol, ze po studiach i tak nie będzie pracy. Skoro nie będzie  to na nie nie idź, bo przecież w internetach piszo jak sobie wyciąć wyrostek.

Bądź co bądź by iść na studia trzeba zdać maturę. Żeby iść na dobre studia, trzeba zajebiście zdać maturę. Żeby zajebiście zdać maturę, trzeba się uczyć. Dochodzimy więc do konkluzji, że matura to nie bzdura. I choć łatwa, to nie zdaje jej mnóstwo osób. Dlaczego? Być może nie są zbyt dojrzali, by podejść do egzaminu dojrzałości, który według nich, to koniec świata.
Dla innych to dopiero początek, nowej, wspaniałej przygody*.


*takie nawiązanie do Huxleya (i Mirandy z Szekspira, dzidzidzifffki!), ale wy nie wiecie kto to jest, bo nie jest w kanonie lektur.