25 grudnia 2011

Mission Impossible: Wigilia

Wigilia sama w sobie była strasznie nudna. Nie miałam siły, ochoty a może po prostu chciałam być miła i nie komentowałam żadnego dania. Użyłam tylko jednego "spadaj" i tylko dwóch "sama jesteś..." z czego jestem bardzo dumna. Stanęliśmy przy stole, pomodliliśmy się, w tle brzęczały kolędy, a ja pełna nadziei na rychły koniec świata i podniosłego nastroju przeczytałam fragment pisma świętego, dodałam również kilka śmiesznych komentarzy na temat stylu pisania św. Łukasza. Nadszedł czas życzeń. Jak co roku: lepszego zachowania, lepszych (!) ocen, uśmiechu, lepszych ocen i lepszego zachowania. Miłości mi nikt nie życzy, bo ja jeszcze jestem za młoda i za głupia na takie pierdoły. Ja się mam uczyć a nie o chłopakach myśleć. Ja wygłosiłam: "Niczego, bo wszystko już macie, a rozumu i zaufania do dzieci nie sprzedają w sklepach". Padre zachichotał,a matriarchat skrzywił oblicze.

Cała godzinę jedzenia (WTF?!) słuchałam jaka to panga nie jest zajebista i żebym se wzięła, bo pyszna jest przecież. A matriarchat to już w ogóle kucharz na 102. Wypiłam barszcz i zjadłam zrobione przez siebie pierogi z serem bo innych nie lubię a następnie pozostałam przy standardzie wigilijnym: ziemniaki z masłem, ziemniaki pieczone w piekarniku, zmielony filet rybny z kształcie delfina w panierce i masa mandarynek a do picia oczywiście podmieniona zimna herbata zamiast kompotu z suszu. Skończyłam po 15 minutach, po czym matriarchat skomentował fakt, że tylko o prezentach myślę i kazał mi jeszcze coś zjeść. Zaczęłam tworzyć dzieło z owoców, ziemniaków i ryby by potem je sfotografować ale rządy totalitarne znów stwierdziły że się bawię i marnuję jedzenie. Patrzyłam jak jedzą a z każdą chwilą napawałam się obrzydzeniem do jedzonych przez nich grzybów i kapusty z grochem. Potem wypiliśmy lampkę wina, znaczy ja zostałam pominięta w nalewaniu, ale nie żebym o sobie dała zapomnieć. W końcu usłyszałam: "Ciekawe czy przyszedł do ciebie aniołek, a taka niegrzeczna jesteś że pewnie ci nic nie zostawił!" Skwitowałam to "Sama se kupiłam prezent, bo aniołek zawsze daje jakieś wieśniactwo" i poszłam pod moją pół-żywą (a jak, ekologia na piątkę) choinkę by przynieść prezenty i zniszczyć sobie psychikę. Wigilia skończyła się, a ja poszłam spać (trzeba odespać te Krakowa, te Katowice, te jazdy do Warszawy, ten zapieprz cały)

Jak co roku jest kaszana.
Książka, kasa, czekolada.
Matka-sweter, ojciec- płytę
ma wigilia zakrawa na stypę!
Sztuczny uśmiech to podstawa,
za krzywe zęby dostanę brawa.
Kalendarz, skarpetki, perfumy
Moje Święta to masa nudy!
I jak co roku jest to samo-
Nie lubię wigilii-wybacz mi mamo!

Ah to haiku
EDIT: Ej lol! W tym roku wykorzystałam wszystkie tematy wigilijno-świąteczne na notki. W przyszłym roku będę chyba pisać o polityce, albo o tym jak to idę na studniówkę (sama), nikt mnie nie kocha i, że skończyła się kola. Jak napiszę coś o świętach to mnie zabijcie.

16 grudnia 2011

Dlaczego nienawidzę świąt

Oto powody które niszczą unikalny "zapach" świąt. Jak na razie nikt i nic nie zmieniło mojego zdania odnośnie tej kwestii.

1. Zakupy- bo to od nich należy zacząć przygotowania do świąt. Zapieprzanie z dwudziestoma kilogramami przez 2 kilometry w poszukiwaniu auta to na prawdę świetny trening. Jeszcze rok a zacznę startować w podnoszeniu ciężarów albo w rzucie karpiem na odległość. Wyczekiwanie 5 godzin w trzykilometrowej kolejce do kasy, bo inne kurwa są zamknięte, bo panie mają przerwę to moje jedyne wspomnienia przedświątecznych zakupów. A zapomniałbym o poszukiwaniu wszystkiego w całym sklepie. Jak zazwyczaj mam dobrą orientację, to manager sklepu tuż przed świętami zarządzi przemeblowanie i szukanie rodzynek trwa 2 godziny dłużej. Najlepsze jest to że mimo wszystkich świątecznych zakupów, w wigilię trzeba zapieprzać do sklepu bo zawsze czegoś brakuje.

2. Wielkie Żarcie- Trzydniowe wpierdalanie na chama. Dla wielkiego murzyńskiego huja przygotowujemy pięć ton potraw, tylko po to by nie mieściły się w lodówce. W wigilię wpierdalamy ile się da, bo przecież można, pomijam fakt że tak to wpierdalamy cały rok. Wpierdalamy ile się da, tylko po to by przed sylwestrem stwierdzić że nie mieścimy się w żadną sukienkę. Z leżenia do jedzenia, potem przekąska ze śledzika, popita, znowu żremy, drzemka, znowu żremy, sen. Oj wątroba się odwdzięczy.

3. Kolędy- Zwłaszcza te w wykonaniu Edyty Górniak dołączone do świątecznej Vivy, które nie przypominają melodią kolęd tylko hymny narodowe Boliwii czy Kenii. Słysząc standardy świąteczne w radiu 1 grudnia krew mnie zalewa. Po trzech dniach słuchania w kółko "Last Christmas" czy "All I want for Christmas is You" mam ochotę wsiąść śrubokręt i zacząć dźgać wszystko wokół.

4. Reklamy- szczególnie te Coca-Coli. Na każde "Coraz bliżej święta" miałam, i mam ochotę wyrzucić telewizor przez okno. Reklamy mi nie przeszkadzają, bo mogę na spokojnie, w czasie ich trwania, zrobić siku, kanapkę i herbatę. Ale teraz, kiedy reklamy polecające Barbie Sado-Maso z podręcznym zestawem tortur czy Grę "Usuń dziecko", trwają pół godziny i puszczane są co 15 minut to na prawdę zaczynam wątpić w publiczną telewizję i na serio zastanawiam się czy nie kupić sobie kablówki, bo tam ponoć są programy bez reklam.

5. Świąteczne Filmy- "Świąteczna gorączka", "Witaj święty mikołaju","Grinch-Świąt nie będzie" (mój numer 1) czy nieśmiertelny "Kevin Sam w Domu" puszczane przez pierwsze 2 dni świąt demotywują do życia. Każdy z nich debilnie głupi, z irracjonalnymi dialogami, sztuczna grą i idiotyczna fabułą wplecioną w zimową scenerię Ameryki lat 90' sprawia że zaczynam płakać rzewnymi łzami. Bo to właśnie wtedy, jak byłam mała i głupia filmy te miały swój urok. Sprawiały, że w świętach była jakaś magia. Teraz to już tylko kupa.

6.Zjazdy Rodzinne- Kiedyś wspominałam, że jest to jedna z wielu rzeczy na liście tego co nienawidzę najbardziej. Rodzinne zjazdy nie są prawdziwymi Rodzinnymi Zjazdami bez pytań:"Kiedy przyprowadzisz swojego kawalera?", "A masz już jakiegoś chłopca na oku?" czy "To gdzie chcesz iść na studia?" Nie były by też sobą gdyby wszyscy wujkowie (ciotki czasami też) się nie upili i nie zaczęli śpiewać kolęd na balkonie. Pomijam całe świąteczne wpierdalanie, rozmowy o szkole czy o tym, że "ten karpik wyszedł ci świetnie, Marylko!".

7.Prezenty- mimo, że w nich tkwi cała magia świąt. To wyczekiwanie na kolejną piżamę, sweter czy skarpetki jest na prawdę nużące. Nie lubię prezentów dostawać (co jest chyba anomalią) ponieważ od dalszej rodziny dostaję atlasy ze zwierzątkami(np.: "1000 młodych zwierząt") czy moje ulubione książki wysoce edukacyjne np.: "Wynalazki, które zmieniły świat" (niestety nie było tam wibratora czy kajdanek z futerkiem), a od matriarchatu książki: "Pamiętnik księżniczki", "Dziewczyna Ameryki" czy "Zmierzch" lub ubrania typu sweter czy piżama. Prezentów nie lubię dawać, bo jak zaczynałam je dawać były totalnie ignorowane, zapomniane a po 2 latach wyrzucane. Wielkie dzięki.

8. Sprzątanie- to przyjemność, sprzątać prasować czy wycierać podłogi. Przynajmniej dla mnie, jeżeli nie muszę tego robić, a jakiś mały kat nie stoi mi nad głową i nie wrzeszczy "Jak to wycierasz?! Tu nie wytarłaś! Dlaczego tak krzywo?! Wypłucz tą szmatę bo są smugi!". Ale przed świętami nienawidzę tego szczególnie.

9. Święty Mikołaj- tak nie lubię go. Za jego "HO! HO! HO!" i czerwone ubranie. Zawsze uważałam że jest dziwny, nie wspominałam o grupie wiernych elfów, które są na każde jego polecenie. A tak wygląda św. Mikołaj w oczach człowieka smutnego :



10. Świąteczne Pierdolenie- tego w szczególności nienawidzę. Wspominanie że święta, to radość, miłość i wszystko inne jest bez sensu. Każdy z nas nienawidzi świąt, tylko jeszcze o tym nie wie. Nie ma już ludzi który kochają święta. To minęło bezpowrotnie. Nic nie będzie takie jak kiedyś. Całe święta obchodzimy na przymus, mimo to oszukujemy się że liczy się czas spędzony z rodziną.

Mały przedświąteczny smaczek...

9 grudnia 2011

I tak dostaniesz skarpetki

Już w tamtym roku narzekałam na fakt dostawania prezentów. Pomijając zażenowanie, towarzyszące otrzymywaniu ich jest jeszcze coś. Takie malutkie coś. Trafność wyboru. Będąc młodsza mówiłam zazwyczaj rodzicom co chcę. Płyty, książki czy plecak. Wszystko super, git majonez. Do pewnego momentu jakim jest rodzaj książki, artysta który znajduje się na płycie czy kolor wyżej wymienionego plecaka. Będąc młodocianym fanem Maanamu i Muse, trudno ukryć swe zażenowanie dostając płytę "Top Kids 7" od ojca, który jest miłośnikiem Deep Purple czy The Sweet. Trudno mi też zrozumieć fakt, że będąc lekko przy-głupawym (oj, wtedy tak)fanem Dostojewskiego dostać "Dziewczynę Ameryki 2" (Przez pół książki bohaterka pierdoli o tym, że jej chłopak chce ją przelecieć i się zastanawia czy mu dać czy nie). Boli mnie to, że mieszkając z rodzicami, oni nie znają moich duchowych potrzeb. Tak blisko, a jednak tak daleko.

Gdy nie mówiłam, co chcę, by nie robić problemów (a jednak były, bo podobno "nie wiadomo czego chcę")to też było źle. Tak źle i tak niedobrze. Co mną kierowało, by nie mówić im czego chcę? Chyba tylko głupota. W tamtym roku, gdy nie wypowiedziałam na głos swoich magicznych życzeń (m.in. własna śmierć, żeby świąt nie było, żeby spaliła się szkoła) dostałam książkę, płytę (od siebie oczywiście) i kalendarz. Tak... najgorszy prezent jak można dostać, oznaczający upływający czas, przemijanie życia i kruchość ludzkiego istnienia. Dzięki Mamo! Na prawdę super!

Jak to jest że nigdy nie trafią? Nieważne jak by człowiek im przypominał o tym co by go "ucieszyło" pod choinką, i tak dostanie, kurwa, skarpetki. Podpowiadanie w sklepie co jest fajne, a co nie, czy przypadkowe "wspominanie" o czymś poszło na marne. I tak dostawałam piżamę.

Swój list napisałam już dawno temu. Ciekawe czy w tym roku choć jedna z pozycji się spełni.