24 grudnia 2014

Przekraczamy granice

Bóg istnieje. I właśnie się o tym przekonałam. W Wigilię.

Jest takie coś, że masz kogoś, lub coś (praca, hobby, cokolwiek) co kochasz nad życie. Jesteś w stanie dla tego zrobić wszystko. Dla przykładu kochasz kogoś, ale wiesz że nie możesz z nim być, liczysz na coś, ale ogarnia cię tylko jeszcze większa frustracja. Każdy dzień to pierdolona walka z sobą, by nie zadzwonić, by nie zrobić jakiegokolwiek głupiego ruchu, by przestać o tej osobie myśleć. I tak mijają dni, tygodnie, miesiące. Coś zjada cie od środka, jak pierdolony rak. Kurwa zajmuje mózg, płuca, serce; zagnieżdża się w żyłach i każdej komórce ciała. Każdy nerw jest wyczulony, na głos, dotyk, obraz. Sytuacja staje się męcząca. A ty tracisz życie: nie potrafisz sobie przypomnieć niczego z poprzednich miesięcy, tylko jedną mordę. Sny, marzenia, scenki rodzajowe przed snem. Wszystko. Twoje życie było podporządkowane tylko jednemu. Walka trwała do dziś. Do wigilii 2014 roku. Siedem pierdolonych miesięcy. Nie jestem do końca pewna, ale sam fakt, że zdałam sobie sprawę z tego jest dla mnie jak wiadomość, że rak ustępuje. To nie znaczy, że jest po robocie. Czeka mnie jeszcze trochę pracy. Przez ostatnie dni dużo płakałam, zwłaszcza przed wigilią. Ale grając sobie w Rollercoaster Tycoon 2 (nie jest to jakieś szczególnie ważne, ale pokazuje jak bardzo 'retarded' jestem)już po wigilii, zdałam sobie sprawę, że nienawidzę. Granica między miłością a nienawiścią jest cienka, ale zasada działa też w drugą stronę. Zasada jest prosta: zacznij robić to, co robisz z ludźmi, którymi gardzisz. Pomogło. Gdyby nie to, pewnie pierdoliłabym się jak ostatnia cipka jeszcze z rok, może dłużej. Nienawiść to najpiękniejsze uczucie na świecie. Teraz czuję, że mogę oddychać pełną piersią. Po prostu... niesamowite. Takiej wolności nie dał mi alkohol, muzyka, tarzanie się po podłodze, stanie na mostach. Po prostu w jednej chwili, jednej cudownej chwili, zrozumiałam jak bardzo nienawidzę. Pierwszy raz od paru dni się uśmiecham i to jest powód do dumy. Może studia psychologiczne stwierdzą, że moje reakcje są powodem jakiś zaburzeń ale w tym momencie liczy się jestem wolna. I ja pierdole...szczęśliwa.


Mogę oddychać.
Jestem na dobrej drodze.
Nienawidzę.
Jestem szczęśliwym człowiekiem.
Jest dobrze.

20 grudnia 2014

Hop do dziury

Pierdolnęłam się do Dziury tak o 5 rano, bo nie mam nic innego do roboty jak wstawać o 3 i napierdalać z pustymi słojami w celu grabieży ziem wschodnich. Tak między południem a popołudniem zjawiłam się z piskiem torów na stacji "Dziura Główna". Wyskoczyłam zgrabnie ze śmierdzącego pociągu i wciągnęłam głęboko powietrze. Tak przynajmniej robią te fajne laseczki (którą nie jestem) we wszystkich powieściach. Zamiast zapachu miasta tętniącego życiem, kawy ze Starbucks'a i pieniędzy poczułam starego cygana leżącego na ławce. Home, sweet home - pomyślałam ironicznie i dodałam "Jak tu pięknie", ale bez wykrzyknika, szału nie było. Ruszyłam z radością w stronę przystanku autobusowego gdzie zakupiłam bilet szkolny; studenckich zabrakło. Autobus w mig podjechał. Cudownie. Posiedziałam w nim 3 piosenki, aż zorientowałam się, że nie przejechaliśmy 200 metrów. Podeszłam do kierowcy i mówię "Szanujmy się. Byłby Pan łaskaw mnie wypuścić?" I wyskoczyłam na zabłoconą drogę. Przewijałam się między dresami, między paniami po czterdziestce a szczególnie między ludźmi, którzy rozpaczliwie trzymali się życia, choć ono nie chciało trzymać się ich. Trochę się tu pozmieniało. A może dopiero teraz to zauważyłam? Wszystkie kolorowe witryny zostały zastąpione krzykliwymi reklamami banków/pożyczek. Czasem pojawiał się jakiś Cherry czy inne 7777, potem jakiś mięsny i piekarnia, ewentualnie zakład pogrzebowy. Tak jakby jedna ulica wyrażała cały sens życia. Grałeś na automatach, nie masz hajsu, bierzesz kredyt, jesz bułki a w niedzielę rosół, by potem w jakiś nudny poniedziałek umrzeć.

Nikt nie będzie tęsknić.

14 grudnia 2014

Fragment

"... i kurwa siedzą w tym pierdolonym klubie, kurwa, macają się po rękach. Ta z tyłu trzyma tą z przodu tak jakby była zazdrosnym chłopakiem. I całuje ją. Nie jakoś obleśnie. Ale składa drobne pocałunki to na szyi to kurwa na włosach, na uchu, czy na odsłoniętym ramieniu. To są takie pocałunki które zostawiają delikatny dreszczyk na całym ciele. Ja pierdole. I się pytam, z alkoholowej uprzejmości, "jak to się stało, dziewczyny?". Nie nie obchodzi mnie to. Mam to głęboko w dupie. Chcę uciec, chcę biec przed siebie, chcę krzyczeć. Ale kurwa siedzę twardo i bezlitośnie w tym klubie i czekam, aż przestaną się gapić w swoje ślepia. I wyszło, kurwa, że jakoś w maju "coś się zaczęło dziać". No kurwa konkrety. Przelizałyście się czy kurwa jednej skończyły się podpaski i od słowa do słowa, że ty też takich używasz zaczęłyście się podszczypywać jak w tanim pornolu? No ale huj. Ostatnie 7 miesięcy bez szczegółów, ale wiem że "już kurczę lecimy bo nie ma czyjejś współlokatorki i będziemy się zabawiać". Nie jestem bydłem, nie pytam czy każda ma już to czego na co dzień nie ma (że penisa sztucznego, szybko wyjaśniam bo kurwa, widzę jak na mnie teraz patrzysz). Zamiast zgryźliwie coś powiedzieć przemilczam i kurwa ładuję sobie tryb "cieszę się twoim szczęściem, ale będę już spierdalać". Mówię coś w deser: No super. Ważne jest mieć przy sobie, kogoś komu można zaufać bezgranicznie i cośtam cośtam bełkoczę, przepijam piwem, w myślach pluję nim na nie. I wtedy jedna mnie się pyta czy kogoś mam. No kurwa. Nie, kurwa, bo jestem pedałem, pierdolcem i jebusem. Kurwa moje nieprzystosowanie społeczne i kurwa nienawiść, zblazowanie, ale troszeczkę, nie pozwalają mi kurwa rozwinąć w pełni mojego wachlarza społecznych interakcji. A może kurwa jestem po prostu leniwa? Nie wiem. Coś tam bąkam, że niby się rozglądam, ale w tym momencie tak na prawdę rozglądałam się za kimś z kim można prawilnie podejść do baru i zamówić 4 "te dobre" szoty. Ale chuj."

6 grudnia 2014

Grudzień smutkiem podszyty

Kurwa.
Listopad minął bezpowrotnie, jako i pieniądze od rodziców na przeżycie. Przejebaliśmy 250 ziko na ogrzewanie na pięć. To był fajny czas, gdy chodziłam po chaupie w samym staniczku. Potem przerzuciłam się na grube swetry i kombinezon narciarski, a do mycia szłam zawinięta w kołdrę (Kołdra nie pyta, kołdra rozumie) ogrzewaną przez pożyczoną suszarkę. Za dnia robiłam za burito, zawijałam się w kocyk i leżałam w łóżeczku wpierdalając pierogi z serem (Nie, nie jestem statystycznym studentem i nie jem zupek chińskich. Z drugiej strony nie jestem studentem prawa, gdzie mama wysyła mi co chwilę kupkę piniendzy, a ja stołuję się w restauracjach. Z trzeciej zaś strony nie prowadzę życia słoja i nie jeżdżę do domu co tydzień, tylko co sześć - możemy wykalkulować, że za 2 tygodnie o tym czasie będę w zaścianku opowiadać tubylcom o urokach tramwajów i wycieczkach niemieckich turystów).

Słucham dużo piosenek i zaczęłam pić kawę. Z rzadka, ale pijam. Dużo też czytam i mimo pogody chodzę na spacery (nie stać mnie na siłkę ale mam na szynkę!). Godzę się z takim życiem i biorę je na klatę. Kupiłam sobie paczkę Michałków, ale nawet ich nie jem. Jem za to dużo ziemniaków i białka, niby niezdrowo, ale mam to w dupie. Przynajmniej tanio i tak pysznie jak w domu, wszak ja prawie ze wsi.

Trochę mi lepiej na serduszku, bo nie mam czasu na myślenie, chyba, że o tym jak wiele rzeczy muszę zdać, zaliczyć, napisać. Niby mikołajki, niby radość i uśmiech na dziecięcych twarzach, niby kolędy i uroczy nastrój, a ja się zastanawiam czy to nie będą moje Last Christmas.

Nie wiem już czy jeszcze tęsknię.


*Hej, lubię jak komentujecie moje guwno. Napiszcie przynajmniej co tam u was.

09.12.2014
Czytam se właśnie horoskop na grudzień zamiast się uczyć. I wszędzie jest napisane, że miłosne niespodzianki w środku miesiąca. Teraz pytanie, czy to jedna wróżka pisze, czy serio tak będzie, bo zimno, a ja nie wiem czy golić nogi. Pzdr.

27 listopada 2014

Jak się czujesz?

Nie czuję się dobrze. Nie czuję się też źle. Tak na prawdę nie czuję się wcale. Nie czuję nic oprócz nacisku na płuca. Nie czuję nic oprócz zimna (jest zimno). I nie wiem czy tęsknię. Coraz częściej czuję się tak jakby ktoś wyciął mi płuca i serce, stanął na mnie i kazał głęboko oddychać. Kazał cieszyć się, napawać się widokiem czegokolwiek. Czasem to uczucie jest tak silne, że przestaję oddychać, tylko by tego nie czuć. Bo to czuję to pustka. Pustka tam gdzie powinno być to co najważniejsze w życiu. Nie mam już serca. Nie potrafię nawet zaczerpnąć powietrza. Nie mam już siły.

Nie mam siły by żyć. Nie mam odwagi by umrzeć.

- A dzięki, dobrze. A co u ciebie?

13 listopada 2014

Miłość i inne pierdy

Zaczęłam się modlić. Trochę. Nie żebym wierzyła jakoś szczególnie czy papieża uszanowała na akademii. Modlę się do świętej Rity - patronki spraw beznadziejnych. Bo jest beznadziejnie. Kto biednemu zabroni żyć życiem sławnych i bogatych? Tak się modlę i liczę, że jebnie mnie odpowiedzą w twarz. Albo mi się ona przyśni. Zaczynam się zastanawiać nad pewnymi rzeczami.

Dlaczego na przykład takie dziunie z osiedla mają swojego Sebę, co go kochają nad życie i co je zabiera na przejażdżki BeeMką do McDonalda"Przecież my jesteśmy już ze sobą 2 tygodnie, co nie? Ale ja czuję, że, Aśka, to jest prawdziwa miłość. Co nie? ". Albo takie pierwsze lepsze mietki, co by nikt nie powiedział, że są spoko. Albo takie skurwysyny na co dzień, co wpierdolą ci za zły szalik, choć to prezent od babci. A ci, wszyscy samotni, nieszczęśliwi i rozgoryczeni życiem, ci, którzy najbardziej potrzebują wsparcia i drugiej osoby, ci, który są w stanie osobie, która ich pokocha, dać wszystko; są sami. Sami jak te poucinane palce. I nie mają nikogo, do kogo mogliby się po pomoc zgłosić. Egzystują z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, tracąc nadzieję na cokolwiek. I nie chodzi o umawianie się, o randkowanie, o całą tę pierdoloną grę. Bo oni...my tego nie chcemy (przynajmniej ja). Nie chodzi też o przygodny seks, chociaż w akcie desperacji się zdarza. Chodzi o to by spać, budzić się koło kogoś, kogo się kocha, kto kocha nas pomimo. Chodzi o to by mieć się do kogo przytulić i czuć się w tych ramionach bezpiecznie. By wiedzieć, że gdy będziemy chorzy, ktoś się nami zaopiekuje. By czuć. By zacząć żyć.

Niestety w wielu przypadkach jest tak,
że zakończyliśmy życie
nawet go nie przeżywszy.

19 września 2014

Ogień

Trochę się spalam od środka. Ogień namiętności wypełnia pustkę mieszając się z tęsknotą do drugiego ciała. Spala mnie również coś innego: ból. Nieprzenikniony. Straszny. Tępy. Ból rozczarowania. Samą sobą. Wpadłam jak kapusta w gówno. A wisienką jest strach. Czego się boję - nie wiem. Czekam na coś się nie wydarzy. Pragnę tego, ale wiem że nic z tego nie będzie. Długo łudziłam się, że będzie dobrze. Nie będzie. Nowy rok akademicki zacznę z jeszcze głębszą depresją, serce wytnę a uczucia wypalę jak to siano na polu.

A potem położę się w wannie z zimną wodą by złagodzić ból i przyzwyczaić się do przeszywającego chłodu, który zostanie już ze mną na zawsze.

Wezmę dodatkowy wf, angielski, pracę, sprzątnie biur po godzinach, chór, taniec, wyłączę muzykę i znów zacznę umierać.

Moim żywiołem jest powietrze. Ogień potrzebuje powietrza.
Chyba ma go za dużo.

18 sierpnia 2014

Morze

Byłam nad morzem. Niby z rodzicami, ale wieczorami brałam butelkę szmpana czy wina i szłam na plażę. Patrzę na morze i tak sobie myślę, że jak wejdę do niego to tylko raz. Bo co morze wzięło, to człowiek nie odbierze. I za każdym razem (czyli tylko 4 razy) stawałam na brzegu, a woda delikatnie muskała moje palce u stóp. Potem robiłam krok dalej. I potem jeszcze jeden. A za nim kolejny. Czynność powtarzałam, aż woda sięgała mi do pasa, a fale rozbijały się o moje nagie piersi (no nie było ludzi w nocy na plaży to mogę, nie?).

Teraz dowiaduję się, że ty tu będziesz mieszkał. Nie 300 km ode mnie. Ale na drugim końcu Polski. Dosłownie. Ciekawe czy też tak będziesz siedział na plaży, palił i pił i czy wspomnisz mnie czasem. Czy może już zapomniałeś.
Dam sobie czas, jak ze wszystkim. Samo odejdzie w zapomnienie, jak wszystko. A to znajome ukłucie w sercu (którego na co dzień nie mam) może nie zniknie od razu. Przepłaczę jeszcze niejedną noc i nie jedną podróż. Pomyślę o tobie jeszcze nie raz. Mimowolnie. Może napiszę jakiś smutny sonecik o piracie i jego portowej dziewce czy coś.

Przemyślałam część spraw. Jeśli wrócisz to fajnie. Jeśli nie. No cóż to tylko twoja decyzja, którą muszę zaakceptować i uszanować. Myślałam też o tym co głupiego ci powiedziałam, a co mądrego zostawiłam na później.
Myślałam, że dam sobie z tym radę. Jednak nie. Jestem tylko twarda z zewnątrz, a we wewnątrz jestem tylko zwykłą kluską.

Już nigdy nikomu nie zaufam. Dziękuję, za tę lekcję. Nie warto ufać nikomu i niczemu. Zwłaszcza jak się ma z zaufaniem do ludzi problem.


Morze to fajna sprawa. Rzeka to fajna sprawa. Nawet fontanna to fajna sprawa.

Zawsze jest się gdzie utopić.

1 sierpnia 2014

Chyba sukces


Zaczęłam grać na pianinie. Po raz pierwszy od 3 lat. Trochę sukces. Nawet bardzo. Powoli przypominam sobie wszystko. Wybrałam kilka utworów, które będą w moim stałym repertuarze. Chopin też, choć nie przepadam. Zauważyłam, że większość z tych utworów jest z serii "nie zaruchałem" czyli są po prostu smutne i rzewne, trochę pedalsko-romantyczne, liryczne i melancholijne - czyli trochę jak ja. Mam też etiudy (takie bardziej na sprawność) - jedną Lista i jakiegoś Mietka. Mam też Czajkowskiego - coś z Jeziora Łabędzi (odkryłam to dopiero dzisiaj, jak zaczęłam ćwiczyć, ale która część to nie wiem, bo oczywiście wszystko w cyrylicy) jakieś rzewne gówno, ale ostatnie które grałam na egzaminie i jedno z niewielu które mi się podoba. Jak sobie wszystko przypomnę to chcę poszukać nowych nutek albo kogoś kto by mnie uczył. Bo ja na prawdę lubię grać. A ta przerwa dała mi do zrozumienia jak bardzo. Zrozumiałam też, że zamiast się złościć, zamiast płakać mogę grać i całą złość, wszystkie emocje przelać na klawisze. Wypadałaby też nastroić pianino, ale wtedy rodzice dowiedzą się, że gram, a na to jeszcze nie jestem gotowa. Jeszcze nie teraz.

Chyba każdy potrzebuje przerwy i chwili by zrozumieć jak niektóre rzeczy są dla niego ważne. Nawet jeśli ta chwila trwa 3 lata. Nie żałuję. Bo muzyka była ze mną przez ten cały czas, jak nie bardziej. Teraz mogę grać. Rozważam nawet kupno keyboardu albo elekronicznego pianina żeby grać na studiach. Ale zobaczymy. Kiedy gram, jest dobrze. Nie goni mnie egzamin, pan profesor nie krzyczy (a przydałby się do konsultacji). Jestem ja i pianino.

Gram.
Zaczyna być lepiej.
Jest dobrze.

30 czerwca 2014

Rozczarowania

Wszystkie żywota gorycze
Zamknąłem w sercu, jak w grobie:
Niech drzemią w nim tajemnicze,
Nie mówiąc światu o sobie.


/A.Asnyk

Nie odczuwam już ukłucia zazdrości, wszystko przestaje mnie obchodzić, powoli opadam w objęcia morfeusza, bo tylko tam jest jakaś nadzieja. Panicznie wierzę, że w snach wyczytam swoją przyszłość. Nie sądziłam, że można być tak obojętnym na wszystko. Jednak można, a i pewnie niedługo i siebie zaskoczę, gdy okaże się, że nie obchodzi mnie jeszcze więcej rzeczy, że egzystencja jaką prowadzę sensu większego nie ma, a dziś jest idealna pogoda na śmierć. Minęło najgorsze pół roku w moim życiu, jak na razie. Wciąż wyczekuję na coś co nigdy się nie wydarzy. Ile jeszcze mam czekać na jakiś pozytywny znak. Ile jeszcze mam wycierpieć dla jednej kropli szczęścia? A może jestem tak głupia i nie widzę go wokół mnie, bo liczę że po prostu pierdolnie mnie w twarz? Może wystarczy, że się po niego schylę? Tylko jak.

W sumie jestem tylko rozgoryczona, nieszczęśliwa i sarkastyczna.
Ale tylko jedna osoba o tym wie.
Dla reszty mnie nie ma, bo i po co.

3 czerwca 2014

Pani Kardiolog, lat 20

Panna z nałogami, nadwagą, depresją. Nieszczęśliwa, niewierząca, niewiedząca, cyniczna, rozgoryczona życiem. Bez poglądów, bez marzeń, bez planów i perspektyw na życie, które już zakończyła nawet go nie przeżywszy. Nie czyta, nie słucha, nie ogląda, nie skleja, nie rysuje, nie tańczy, nie pisze.
Bez dziecka i kredytowych zobowiązań. Jeszcze.

Chciałaby być mądrzejsza.

Wciąż się cenisz. Nie za bardzo? I tak jesteś kolejną szmatą, jak reszta tych pustych panienek, które spotykasz każdego dnia. Może, są przynajmniej ładne, wysokie, szczupłe i mają milijon znajomych. Ty - została ci JMK (która wyjeżdża) i PaterNoster (który też wyjeżdża) i jakieś tam koleżanki. Nikt nie będzie cię prowadził za rękę całe życie, bo każdy ma swoje. Ty, choć swojego nie masz i tak już je spierdoliłaś.

Na pozór ciągle masz seksistowskie żarty, suche żarty i smutne życie, jesteś urocza i zabawna, wszyscy myślą, że rżniesz się na prawo i lewo. W głębi czekasz na prawdziwą miłość.

Mogłabyś już zostać dziwką albo się zabić, bo wszyscy mają dość ciągłego wysłuchiwania o twoich pierdolonych, z dupy wyciągniętych, problemach.

Przynajmniej miałabyś co opisywać.



Parę poprzednich słów napisałam jakoś początkiem maja.

W tym momencie nie mam nic do powiedzenia.

7 maja 2014

Szmata

Jak szmata, naprałam się jak szmata. Znów. Jak ostatnia szmata dałam się obmacywać obcym facetom, jak szmata dałam sobie stawiać drinki (chociaż nie, to jest całkiem spoko). Jak szmata wyszłam na fotkach. Napierdolona wyjebałam się na poboczu. Gdybym była sama, pewnie tam bym została. Jestem zwykłą szmatą. Jak szmata osiągam powoli dno. Gdyby nie ograniczone fundusze, takie imprezy byłby częstsze. Szybko by poszło. Seks w kiblu, jakieś prochy. Jak ostatnia szmata.

Dno to też nie jest. Jeszcze. Trochę się boję. "Idziemy do kibla?" wiem że czas spierdalać. Dostałam dychę "Kup piwo". Kim jestem? Szmatą. Podchodzę do J. i mówię, że spierdalamy. Szkoda, że hajs oddałam. Miałabym na kebsa. Ona potrafi się kulturalnie bawić. Ja - nie. Bo lubię ten moment, kiedy tracę świadomość, lubię nie czuć nic, lubię nie czuć jak upadam twarzą na krawężnik. Znika poczucie pustki i zastępuje je błogi stan nieświadomości. Wszystko jak w filmie, upadek, krew, dopiero następnego dnia czuję ból w twarzy, jakby życie w postaci dresów dało mi wpierdol pod blokiem.

Ale nie. I ten powrót. Byle do domu. Byle prosto, szybko i w miarę sprawnie. A potem już tylko woda z solą lub kola. Zawartość żołądka wraca, a nią cały wieczór. Darmowe drinki, ten pojeb na parkiecie, poczucie bezradności i to cholerne pytanie: "Dlaczego cię tu nie ma, by mnie stąd wyciągnąć?" plus moje ulubione "Gdzie jesteś?". Potem jest już łatwiej. Tylko urywki. Cmentarz, dresy, krawężnik, jakiś samochód, klatka schodowa i na sam koniec pierdolony budzik i menel w autobusie.

Na prawdę muszę upaść jeszcze niżej, by z tego wyjść? Czy muszę dać się przeruchać w kiblu, czy musi mi wpierdolić jakiś dres, czy musi mnie obszczać menel, czy muszę wykonać złoty strzał w jedynym możliwym kierunku, żebym mogła... sama nie wiem. Odpuścić? Zapomnieć? Nawet tego nie wiem, bo jestem zwykłą szmatą. Bo nic już nie wiem.

Wyjścia z 3 klubu już nie pamiętam.
Co najbardziej wryło mi się w pamięć?

Ty masz taki problem, że nie potrafisz zaufać ludziom.

Jak szmata.

2 maja 2014

Wieści z frontu maturalnego

Od kilku lat na ustach maturzystów pojawia się hasło „Matura to bzdura”, którzy przepełnieni optymizmem balują co niemiara a godzinę przed egzaminem  dostają rozwolnienia ze strachu. Testy kończące szkołę, bo egzaminami dojrzałości nijak to nazwać można, z roku na rok są coraz łatwiejsze. Ba! Z półrocza na półrocze obniżają swój poziom osiągając pułap wiedzy równy nauczaniu w drugiej klasie gimnazjum.
Dlaczego nie uznaję nazwy „egzamin dojrzałości”? Też pytanie! W tym roku piszą go moi rówieśnicy z techników czy liceów profilowanych oraz rok młodsi znajomi. Czy osoba z liceum mająca lat dziewiętnaście jest dojrzalsza (w dużym i widocznym stopniu) od osoby z technikum? Nie sądzę. Tak w ogóle jaka jest definicja dojrzałości? Bo moim zdaniem ktoś jest dojrzały gdy nie tylko ogrania opiekę nad sobą ale i nad kimś drugim, i nie mówię tu o psie. Ale nie jestem tu po to, by ciągnąć jakieś polonistyczno-definicyjne dywagacje. Ledwo zdałam maturę z polskiego, więc nie mam prawa wypowiadać się na ten temat.

JezusMariaMatura
Wszystko zaczyna się od wyboru tematu maturalnego. Jakiś nie za prosty, nie za trudny, taki, żeby było w Internetach. Na jakimś portalu maturalnym znalazłam poradnik jak i kiedy napisać pracę. Okazało się, że najlepiej zebrać materiały we wrześniu, podporządkować je w październiku, pracę napisać w listopadzie i raz dziennie zerknąć nań przed snem.  Czytałam to w styczniu, więc byłam sporo w plecy. Bibliografię oddałam po terminie, na oczy nie widziałam literatury podmiotu, a prezentację pisałam tydzień przed. To i tak dobrze, bo koleżanka z internatu pisała ją noc przed. Dziwiło mnie to całe sranie, że „OMG, nawet za kartę cytatów mogą ci obniżyć!oneone” czy „ISBN ma być w JEDNEJ linijce, dzidzidzifffko!”. Ludzie, serio. Ustny polski liczy się tylko na filologię, nie na kulturoznawstwo czy marketing. I to całe sranie pod tytułem „Nic nie umiem!” jest na prawdę żałosne. Potem takie typki wychodzą ze stówą i myślą, że nasrali na księżyc.

2+2=?
Od kilku lat matematyka jest obowiązkowa na maturze. I mój rocznik wiedział to już w gimnazjum. Co z tego, że mieli jakieś 5-6 lat, by ogarnąć podstawy, oni są „hómanistami” i nie czają wielomianów, im wolno. I znowu: jaka jest definicja humanisty? To człowiek wszechstronnie wykształcony, a nie idiota, który myśli że jak jest na Humanie czy innym  Mel-opi (melanż i opierdoling) to mu wszystko wolno. Głupie pytania „Po co mi stożki?”, „Będę liczyć deltę w sklepie?” zostawiam bez odpowiedzi. Też byłam na profilu humanistycznym (żałuję), a jakoś matematyka była moim ulubionym przedmiotem, a co więcej zdałam ją na ponad 90% (ale była banalna, więc to się nie liczy).

Jeszcze tylko tydzień do masakryyyyy (cyt.facebook)
Po co chodzi się do szkoły? Żeby się czegoś nauczyć, ewentualnie  podrywać chłopaków na WDŻ. Dziwią mnie ludzie, którzy zamiast się uczyć pierdolą od rzeczy. Co z tego, że miałeś trzy czy cztery lata by przyswoić materiał. Co z tego, że od ponad dziewięciu miesięcy nieustannie słyszysz słowo matura? Jeśli tak bardzo boisz się matury, to było iść do zawodówki, a nie teraz szczać w gacie o tym, jak bardzo nie ogarniasz matmy i jej nie zdasz. Gdyby co drugie wyjście do Enerdżi zastąpiłbyś przygodą z matematyką, z pewnością zdałabyś. Ale po co, przecież szkoła jest po to by Cię nauczyć, bez odrobiny wysiłku z twojej strony. Tak kochanie, nauczyciele mają magiczne łopatki, którymi nakładają wiedzę do głów swoich podopiecznych.
Takiego typu lenistwo przeraża mnie ogromnie. Nie dość, że nic nie robią w tym temacie, to jeszcze narzekają, że nic nie potrafią. Nie, żebym ja była jakaś perfekcyjna uczennica czy coś, bo też święta nie jestem. Mogłabym, ale przyznaję szczerze – nie chciało mi się, bo żyję w przekonaniu że wybronię się intelektem i tym co już wiem. Chociaż są ludzie, którzy twierdzą, że uczę się bardzo dużo (pffff).
Skoro ciulasom nawet nie chce się powtórzyć podstaw, otworzyć zeszytu (ciekawe czy wiedzą co to jest) czy książki, to niech później nie pierdolą, że życie jest smutne, a matura trudna.

Spotkamy się w Tesco xoxo
Pamiętam rozmowy na przełomie trzeciej klasy gimnazjum, a pierwszej liceum, o tym co będziemy robić po studiach, ale i tak skończymy w Tesco. Skoro jesteś taki, kurwa mądry, to won do zawodówki, a nie pierdol, ze po studiach i tak nie będzie pracy. Skoro nie będzie  to na nie nie idź, bo przecież w internetach piszo jak sobie wyciąć wyrostek.

Bądź co bądź by iść na studia trzeba zdać maturę. Żeby iść na dobre studia, trzeba zajebiście zdać maturę. Żeby zajebiście zdać maturę, trzeba się uczyć. Dochodzimy więc do konkluzji, że matura to nie bzdura. I choć łatwa, to nie zdaje jej mnóstwo osób. Dlaczego? Być może nie są zbyt dojrzali, by podejść do egzaminu dojrzałości, który według nich, to koniec świata.
Dla innych to dopiero początek, nowej, wspaniałej przygody*.


*takie nawiązanie do Huxleya (i Mirandy z Szekspira, dzidzidzifffki!), ale wy nie wiecie kto to jest, bo nie jest w kanonie lektur.

11 kwietnia 2014

Zakochaj się na wiosnę

Nadszedł (prawie) znienawidzony przeze mnie czas. Prawie, bo mogę chodzić w mojej ulubionej kurtce. A że znienawidzony, to chyba wiadomo. Ludzie wypełźli na ulicę, gdy tylko słońce lekko wyjrzało zza chmur. Ludzie wypełźli by teraz ogrzewać swoje twarze. Ludzie wypełźli. Skąd? Nie wiem. Ludzie. Wszyscy uśmiechnięci i radośni. Rozłożyli kocyki nad rzeką, wzięli ze sobą koszyki pełne smakowitości, wzięli ze sobą alkohol, by łatwiej im się rozmawiało. Gdzie byliście, gdy było ciemno i brzydko? Gdzie byliście gdy było strasznie i źle?

Oczywiście w moich ulubionych gazetach typu Cosmo, Joy, Pani Domu i Mały Ogrodnik pojawiają się miłosno-wiosenne horoskopy, poradniki jak szybko schudnąć przed wakacjami i jak zakochać się na wiosnę. Oczywiście w stosie głupot czasem, ale bardzo rzadko, można znaleźć coś pożytecznego. Czytam więc, jak się zakochać. Że musisz może nowe ciuszki kupić, że może siłka, że może basen i rower, że ruch niby zdrowy. Że ciuszki to tylko w soczystych i modnych kolorach, żadnej czerni, szarości i (dziewiczej) bieli. Że teraz zieleń, róż, mango, ultramatyna, żółć (ale nie flegma) i czerwień (bo kolor miłość, ponoć). I czytam też, że może jakiś mejkap, żeby przykryć pryszcze, że kosmetyczka, że może nowy kolor na włosach.

I czytam też, że najważniejsza pewność siebie i uśmiech. Że od uśmiechu się zaczyna, i że wiele może. Teraz pytanie do pań, których największym zmartwieniem jest to, że może braknąć tego ajlajnera w tej drogerii: jak? Jak do kurwy nędzy mam się uśmiechać, skoro jest źle? Jak mam być pewna siebie, skoro nie znam zamiarów obcego. Co chce mi zrobić? Jak mam się uśmiechać, skoro nie wiem, czy jutro nie będzie gorzej. Jak mam się uśmiechać, skoro boję się, że znów sięgnę po cuksy? Jak mogę się uśmiechnąć do nieznajomego, nie wiedząc czy mogę mu zaufać, a przede wszystkim czy mnie zrozumie, czy będzie wiedział, bez zbędnego tłumaczenia, że jest źle? Dlaczego mam się uśmiechać do nieznajomego, skoro nie mam powodu do uśmiechu? Nie chcę, by ktoś mnie lubił za to jak ładna, urocza czy pociągająca jestem. Nie chcę, by ktoś zadawał się ze mną dlatego że dobrze wyglądam (a nie wyglądam, dlatego - prawdopodobnie - nikt się ze mną nie zadaje).

Nie chcę, by ktoś podszedł do mnie gdy udaję szczęśliwą i zadowoloną z życia. Bo wtedy UDAJĘ. Chcę, żeby ktoś do mnie podszedł, gdy siedzę rozgoryczona, rozmyślam nad całym gównianym życiem, gdy najbardziej pragnę czyjejś obecności. Chcę, by ktoś podszedł i powiedział: "Mamy chyba ten sam problem". Chcę, by ktoś do mnie podszedł, gdy palę samotnie na moście czy nad rzeką. Chcę, żeby ktoś podszedł do mnie, gdy jestem wyjątkowo nieszczęśliwa, wyjątkowo rozgoryczona i wyjątkowo nieuśmiechnięta. Bo taka właśnie jestem. Czasem oczywiście. (Bo czasem jestem brykliwym tygryskiem)

No, ale (cytując Matriarchat) "Kto do ciebie podejdzie skoro taka jesteś?"

29 marca 2014

Grzyb

Sąsiadki z góry nie mogą się chyba doczekać wakacji w Chorwacji, bowiem już w środku pierdolonej zimy postanowiły przećwiczyć podryw ratownika i do tego potrzebowały basenu. Jakby nie wystarczyła wanna, w której i tak już łatwo się utopić, zwłaszcza gdy jest się jednonogim piratem przed godziną 11. Tak, moi mili. Potrzebowały basenu, który chyba im z deczka przeciekł, czego skutki, nie sutki, odczuwają lokatorzy mieszkania niżej. Zacieki na całym suficie tworzą fantastyczne obrazy, trochę jak tło obrazów Salvad(t)ora (Dali nie jadę- żarcik dla krakusów).

No nic. Ludzie to debile więc nie można od nich wymagać choćby minimalnego wysiłku umysłowego. Spoko. Przyszły panowie Mietki coś porobili z sufitem, dla mnie raczej w porządku niż nie, bo lata mi to i powiewa, bowiem i tak raczej się wyprowadzam i wyjechać bym chciała na koniec świata. Ale o tym później.

I tak patrzę, może 2 tygodnie temu(?), tak jakby zaciek mam na suficie. Ale nie był to zaciek do końca. Ani to mokre, ani nijakie. Dziwne trochę. Oczywiście takie inspekcje zawsze się kończą gównem, bo jak się jest karłem, i staje się na krześle, które jest na stole to potem spada się na podłogę z potężnym "łup. kurrrrwa mać". Nikt już na to uwagi nie zwraca, bo z mojego pokoju od zawsze dobiegają dziwne odgłosy. No nie ważne.

Podzwoniłam ze strachem do PaterNostera, Matriarchatu i telefonu zaufania dla przyszłych samobójców (numer mam już w "ulubionych") i dowiedziałam się, że to grzyb. Zachęcona radami internautów zakupiłam kilka specyfików, popsikałam grzyba i poszłam na zajęcia. Wietrzę w pokoju codziennie, szczególnie jak mnie nie ma, a zwłaszcza gdy jestem. A grzyb jak był, tak jest. Mam już małą obsesję, bo ostatnio dużo sypiam i dużo jem. To ze pewnością wina grzyba. Dostałam też wiosennej depresji, bo dziewczyny chodzą w krótkich kiecuszkach i ogólnie seksi, a ja wciąż czaję się w krzakach pod jakąś podstawówką. I to też jest wina grzyba. Nie ma ochoty biegać - grzyba na szafot. Nie ma nic do jedzenia - nie dość, że mieszka za darmo to jeszcze je moje bułki. Ogólnie grzyb ten jest powodem wielu moich problemów rozpoczynając na chronicznej bezsenności kończąc na niechęci do onanizacyjnych czynności.

Widzę, że Pan ma wobec mnie jakiś plan. Najpierw mieszkanie z wrogiem. Przyjmuję to jako lekcję. Ale widocznie nauka nie była wystarczająca, więc zesłał mi grzyba (choć modlę się o Robba Starka i czarną Wołgę- tę co porywała dzieci) i chce, bym z grzybem tym w komitywie żyła. Więc w komitywie żyć będę.

Ale nie polecam jako współlokatora.

20 marca 2014

Dzień

"Boję się rano wstać, boję się dnia, codziennie rano boję się otworzyć oczy, ze strachu przed świtem, zupełnie nie wiem, co zrobić z nadchodzącym dniem. No nie mogę. Mam niby jakieś obowiązki, a przecież – pustka, jakby zupełnie nie miało znaczenia czy wstanę czy nie wstanę, czy zrobię coś, czy nie zrobię, higiena, jedzenie, praca, jedzenie, praca, palenie, proszki, sen."

Pierwszy budzik dzwoni o 6.10, następny o 6.30, kolejny o 6.40, a ostatnie dwa o 7.10 i 7.40. Nie, nie jestem wyspana. Nigdy. Zwłaszcza, że była wczoraj impreza, znów. Ale powtórka będzie wieczorem. Idę do łazienki i patrzę na przemęczoną i udręczoną istnieniem twarz. Czy widać, że mnie boli? Tego przyjaciele od wódki mi nie powiedzą. Nie ważne. Robię sobie herbatę (już w kuchni) i próbuję wymyślić co mogę zjeść na śniadanie. O, jeszcze mam pizzę z domu. Odgrzewam gówno i razem z całą obstawą sztućców i szklanek wracam do pokoju. Zaczynam jeść. Nie odczuwam już takiej przyjemności, jak kiedyś dawało mi jedzenie. Równie dobrze mogłabym jeść oponę. Wiem, że muszę zjeść i tyle. Jem w towarzystwie fejsa, papilota, 9gag'a i poczty. Czuję że zaczyna mnie boleć noga, czas na proszki. Teraz jest lepiej.

Łazienka. Mejkap. Jeszcze dwa lata temu byłam przeciwniczką nakładania 5 warstw szpachli na ryj. Ale po paru komentarzach typu "Wyglądasz strasznie" czy "Chyba nie spałaś całą noc" - i podejrzewam że były to eufemizmy skierowane w stronę mojej sparciałej mordy - zmieniłam zdanie i teraz regularnie nakładam różne mazie, by zakryć wiecznie kpiący wyraz twarzy. Wchodzę. Zajęcia. Gdy mam możliwość podczas wykładu to sobie wyobrażam różne rzeczy. Teraz na przykład myślę o jednej osobie, że niby wychodzę zmarnowana (jak zawsze po lekcji), a on stoi pod budynkiem i zaciąga się papierosem. Że szmaty z grupy patrzą łakomym okiem, a on się odwraca i mówi "chyba byłaś niegrzeczna" czy coś w kierunku naughty talks, i że jesteśmy tylko my, a potem idziemy na kebsa. W rzeczywistości wyglądałoby to tak, że on już by wyrwał ze trzy dupy, zanim zdążyłabym zejść z 3 piętra na tą jebaną fajkę. Ale czasem słucham co mówią za moimi plecami, czy może coś o mnie, że jestem jebusem, albo coś w ten deser. Zastanawiam się, czy jestem dla kogoś ważna. Ale nie jako dziecko czy źródło dochodów, ale tak po prostu i bezinteresownie. Wiem, że może tak. Wiem, że on mnie lubi, chyba, i jestem ostatnią osobą, którą by prosił o pomoc, ale poprosił. I wciąż do mnie pisze, ale może po ostatnim mnie już nie lubi. Nie wiem. I nie zaciągnął mnie do łóżka, jak wiele naszych koleżanek. W sumie nikt mnie nie zaciągnął, bo ja zawsze uciekam. Zawsze.

Zależnie od zajęć, albo idę coś zjeść z K. albo odprowadzam ją na przystanek i potem spierdalam do domu. Zależnie również od dnia, i pustości lodówki idę do biedry albo gdzieś po jakieś jedzenie. Czipsy i batoniki czy inne bułki. Wracam do domu. Jem. Robię herbatę. Palę. Odpalam komputer i sprawdzam fejsa, ewentualnie bloga Kasi Tusk czy innych, pięknych i bogatych. Nie mam co robić, więc nie robię nic. Robię zadanie, a cały czas w tle gra mi jakaś muzyka. Muzyka. To dobra wymówka. Coś w stylu "jeszcze dwie piosenki i zaczynam się uczyć", a pół godziny później dopiero wybieram się po herbatę. Czytam książkę i chcę iść się umyć. Ale jest 23 i znów mamy gości. Jestem też głodna i chcę herbaty, ale boję się wejść do kuchni. Jestem zaszczutym psem w moim własnym domu. Gdy słyszę, że jest na tyle głośno, idę do łazienki. Po 20 minutach jestem w pokoju. Przekręcam klucz. Nie chcę, by ktoś znów tu wszedł bez mojego pozwolenia. Nie chcę, by ktokolwiek tu był. Nie czuję się samotnie, ale chciałabym, gdy już rozczeszę włosy i przygotuję rzeczy na nowy dzień, żeby ktoś tu był. Żeby był i... żeby był.

Kładę się do łóżka i nasłuchuję. Słucham, czy mówią coś o mnie, czy lecą jakieś komentarze, czy już mam przejebane, czy szykują mi niespodziankę, czy będzie jeszcze gorzej. Ale tylko drą mordę. Najpierw mówili, że mnie lubią, że szacuneczek, że jesteś wporzo, ale jak rzuciła się na mnie jakaś szmata, jak poprosiłam gostka o ognień, to żaden, żaden mi nie pomógł, nie zapytał jak się czuję. Żaden, choć wszyscy to widzieli. Potem słyszałam w nocy jak mówili, że będę miała duże limo i tyle. Łykam jeszcze coś na sen i słucham dalej. Boję się, że kiedy zasnę, to tu wejdą. Boję się wielu rzeczy. Obracam się w łóżku około 20 razy zanim będę tak zmęczona, że oczy same mi się zamkną. Ale nie śpię i czuwam. Czekam, aż wyjdą z mojego domu, żebym mogła spokojnie zasnąć. Żebym się nie bała. Żebym przeczekała do ranka. Żeby mnie zastał nowy, chory dzień.

5 marca 2014

Zbyt wiele

Są rzeczy z którymi nie można sobie samemu poradzić. Nie można, a nawet nie ma takiej siły, którą ma w sobie ludzki umysł (mój dość pusty w ostatnim czasie) by sobie z nimi poradzić. Są rzeczy, które przerosną każdego. Są rzeczy, które przytłaczają tak bardzo, że nie za bardzo wiadomo co z nimi zrobić. Nie za bardzo wiadomo też, co zrobić ze sobą. I z tym całym gównem.

I nie pomogą nic nie warte rady pseudo-wrażliwych szmat, że trzeba wypić herbatkę, porozmawiać, popłakać sobie (ale jak nikt nie patrzy i bez mejkapu, bo się rozmaże) i będzie ok. Mogę wypić herbatę. Dwie herbaty. Sto herbat. Proszę bardzo. Jestem gotowa wypić milion filiżanek herbaty, ale to i tak nie pomoże. Mogę sobie zrobić kakałko i będąc w piżamce w króliczki, siedzieć na parapecie, pisząc wiersze czy patrzeć na migające światła miasta. To też nie pomoże. Mogę się urżnąć w trupa i być najlepszym piratem w okolicy, ale to nie wymaże bólu. Mogę dać sobie w żyłę, tu i teraz. Mogę wiele. Jedyne czego chcę, to umrzeć. Szybko i bezboleśnie, bo bólu było już zbyt wiele.

Mam rzeczy, z którymi nie jestem sobie w stanie poradzić. I potrzebuję kogoś, komu mogę zaufać. Bezgraniczne. Muszę wiedzieć, że moje rzeczy zostaną w tej osobie bezpieczne. Nie potrzebuję rad, nie chcę pieniędzy, blichtru. Po prostu, żeby ktoś był. I był w stanie przejąć odrobinę rzeczy. Na przechowanie chwilowe lub wieczne.
Zapytasz: Co się stało, cukiereczku?

Zbyt wiele, kochasiu.

18 lutego 2014

Pokora

Przychodzi czas w życiu człowieka... brzmię jak ja za 20 lat moralizująca swoje własne dzieci. Znów czas na mnie.

Przychodzi czas w życiu człowieka, że się zaczyna dostrzegać swoje błędy (dalej ich nie widzę) lub spotyka ludzi, którzy swoją postawą sprawiają, że życie traci kolory, nie ma sensu i ogólnie nic, tylko płakać, bo takie rzeczy bardzo trudno udowodnić w sądzie. Cierpieć, za bardzo nie wiem, czy mam za co. Bo już trzy lata temu dostałam dawkę pokory od życia, bez znieczulania i prosto na twarz. Myślałam, że po drodze pojawią się mniejsze czy większe problemiki z serii "Oj, nie zapłaciłam za mieszkanie, jutro zrobię przelew", a nie "Oj, albo zabić, albo się zabić". Ślicznie.

Będę grać uczciwie do końca, bo w końcu prawda nas wyzwoli. Ponoć. Nie wiem czy iść do kościoła czy do lokalnych zbirów po pomoc. Ostatnim razem Bóg nie pomógł, czy to kolejna próba? A może to moja karma, mam kochać za milijony i cierpieć kat(i)usze? Czy to kolejna lekcja? Pytanie: za co?
Znów gram sama, bo ponoć "mam twardy charakter" i "sama sobie poradzę". Ale nie chcę. Nie chcę grać sama i radzić sobie sama. Potrzebuję kogoś, kto nie bezie miał problemów by przyjechać o 3 nad ranem, by pomóc mi ukryć ciało (miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie), kogoś, kto po prostu będzie. Może niedługo się pojawi, może to co teraz mam to sytuacja, która ma pomóc mi poznać prawdziwego przyjaciela. Być może też tak, że wisienka z tortu serwowanego przez życie dopiero na mnie czeka. Poczekam na rozwój wydarzeń, ale teraz zamierzam coś zrobić.

Już uklękłam. Teraz przyjmę gigantycznego kutasa od losu i z pokorą będę go ssać, licząc na nagrodę w niebie.




Ale jakoś mnie się to nie widzi w kolorze.

31 stycznia 2014

Pierwsza!!!

Pójdziesz ze mną do kina?

Z tobą? No raczej tak, niż nie, no bo dlaczego by nie. No w sumie spoczko, bo wiadomo, że ja do kina, czy na imprezę to bardzo chętnie, bo zazwyczaj nie mam z kim. Ale jak z tobą, to z największą przyjemnością. Ale to tak po prostu do kina... czy...

Bo chodzi o to, że miałem iść z kolegą, ale coś u wypadło i pomyślałem o tobie.

No raczej. Bo wiadomo, że jestem spoczko, ale tylko wtedy jak trzeba kogoś zastąpić, bo wy już macie znajomych, nowych wam nie trzeba. Ale nie jesteś pierwszym który mi to mówi, nie jesteś też ostatnim. Nie tylko ty myślisz o mnie, gdy kogoś ci zabraknie, bo jestem uniwersalna, bo jestem wspaniałym kompanem wszystkiego, bo zastąpię ci każdego. Nie było z kim iść na zakupy - weźmy ją. Musisz pożyczyć pieniądze? Nie masz z kim porozmawiać? Nie wiesz co robić? Idź do niej! Nie ma z kim iść na imprezę - weźmy ją! Ktoś cię rzucił i potrzebujesz pocieszenia? Zadzwoń do niej! Ktoś musi ci pomóc z organizacją czegokolwiek, iść coś załatwić, a może po prostu przy tobie być? No, dzwoń do niej. Brakuje nam kogoś na wakacje?
A nie, tu akurat ekipa się udała.

Chciałabym być kiedyś dla kogoś Pierwsza (nie dla rodziców rzecz jasna, chociaż i tak mam sporą konkurencję i wciąż trwa zaciekła walka). Pierwsza przez duże "PI". Pierwsza bez dyskusji. Tak Pierwsza, żeby nikt nie mógł mnie zastąpić. Chciałabym być dla kogoś tak Pierwsza, żeby tajskie prostytutki, kubańskie cygara czy prawdziwe ruskie szampany nie pomogłyby w zapomnieniu o mnie. Chciałabym, żeby ktoś gdy myśli o czymś miłym (nie tylko dla siebie) pierwsze pomyślał o mnie. Chciałabym być kiedyś dla kogoś bezapelacyjnie pierwsza.

Chciałabym być pierwsza.
Przez chwilę.

18 stycznia 2014

Nowe nałogi, nowe obsesje

Wraz z nowym rokiem, traktowanym jako alegoria zmian w nadchodzących miesiącach - czego spodziewać się nie należy, bowiem jak w dupie byłam, tak w dupie jestem a na dodatek gówno zasłania mi widok z okna - pojawiły się nowe smaczki w miejsce starych, niektóre problemy zostały zastąpione fobiami i ogólnie u mnie po staremu. Jak wiadomo, nie potrafię sprostać swoim noworocznym postanowieniom. Jedno z nich: "zostać supercziką", tarza się w chwili obecnej po podłodze pośród pustych opakowań po chipsach i butelek po pepsi, a ubrudzone czekoladą ręce wyciera w przyciasnawe już spodnie. Przypadeg? Nie sondze. Teraz chwilka przerwy, bo muszę sprawdzić jakie miałam inne postanowienia. Dobra. Sport. Jeden wielki śmiech na sali. Owszem, wciąż unikam komunikacji miejskiej, by potem 15 minut przed zajęciami zorientować się, że jeszcze nie umyłam zębów, a co najlepsze droga na uczelnię zajmuje minut 17 (słownie: siedemnaście). Najmniej. Dlatego daję sobie pół plusika, bo dobiegłam i zdążyłam. Na duży plus mogę zapisać fakt, że nie palę już od dwóch tygodni. Najlepsze jest w tym to, że nie zakładałam sobie jakiegoś planu rzucania nałogu, bo nałogowcem nie jestem. Paliłam do towarzystwa albo do towarzystwa alkoholu i ewentualnie gdy siedziałam na parapecie podczas deszczu. Zobaczymy jak długo pociągnę. Od początku roku nie kupiłam też niczego słodkiego, bo przecież rogale z czekoladą na śniadanie się nie liczą, c'nie?

Sprawnie ograniczyłam też spożycie alkoholu. Zamiast wódki i piwska, które pojawiały się prawie codziennie, pijam ruskie szampany i wina. Te ostatnie ze względu na cenę (17 zł za butelkę) pijam raz w tygodniu. Szampany, mimo ceny, również. Zaoszczędzone pieniądze przeznaczam na kino i kabanosy (były w promocji). Jak na razie jest stabilnie.

Oczywiście pozornie. Jak zwykle z resztą.