Półtora roku. Prawie. Półtora roku mnie tu nie było, nie napisałam choćby półsłówka. Coś tam napisałam, ale strasznie to żenujące jest i jak to czytam to raczej mi siebie samej szkoda. Aż bym się przytuliła. Byłam dziś pierwszy raz na łyżwach w tym sezonie. Ja pierdziele, ale to było dobre! Dawno się tak nie czułam. Choć nie wychodziło mi wszystko to jak mantrę przy stawianiu lewej nogi mówiłam "raz" a przy prawej "dwa". Nie jakieś tam trzy, cztery, pięć. Po prostu raz i dwa. Miarowo krążyłam wokół lodowiska starając się by utrzymać pozycję na jednej nodze. Potem na drugiej. Raz. Dwa. Tak minęła mi godzina.
A jak wyszłam to czułam się niesamowicie dobrze. Spociłam się strasznie, bolały mnie stopy, napięte mięśnie ale dawno nie czułam takiej lekkości. Nawet jak ćwiczę w domu, to się tak nie czuję jak czuję się po łyżwach. Jakby nie patrzeć, to mogłabym chodzić codziennie ale boję się, że łyżwowanie starci swój urok.
Wiem, że dopiero listopad i podsumowanie powinnam pisać dopiero za jakiś czas, ale myślę, że w tym roku zrobiłam wiele małych kroków typu raz-dwa. Dużo było "raz" i mniej "dwa" albo ważne, że były. Okazało się dlaczego nie mogę schudnąć, chodzę do dietetyka i choć może efekty nie są spektakularne to jakość życia mi się polepszyła. Zamiast dwóch jem 4 posiłki dziennie. Nie jakieś smutne sałatki, ale koktajle, makarony, pyszne kanapeczki, mięsko, ziemniaczki -pyszności. Wciąż w głębi serca kocham czipsy ale nie tęsknie jakoś bardzo.
Dostałam też awans w korpo. Teraz jestem przydupasem mojego managera ale ważnym przydupasem. I mam za to trochę więcej kasy.
Poszłam też do psychologa. Choć jak do niego poszłam to czułam się lepiej, niż w zeszłym roku, to i tak było słabo. Jeszcze nie powiedziałam wszystkiego, ale powoli wyburzam cegiełki z muru wokół siebie. Jakby nie było, jestem całkiem ładnym zameczkiem. Nawet miałam pierwsze załamanie w ramach terapii, ale jakoś to ogarnęłam. I znów stawiam kroki typu raz-dwa.
W zeszłym roku popełniłam post (niepublikowany, bo brzmi jak gorzkie żale smutnej pizdeczki) na temat tego, że mam 20 miesięcznicę (która była w tamtym roku, bo teraz jest 35 miesięcznica) ostatniego kontaktu typu usta-usta z mężczyzną. Od tego czasu zdążyłam się umówić z dwoma kolesiami (jeden z okolic mojej wsi, który myślał, że pracuje w hipermarkecie a drugi, który zaczął rozmowę od tego, że słońce mu rano świeci w oczy a ptaki śpiewają) i pogadać na kamerce z trzecim, który był bardzo przystojny i całkiem mądry (i zza granicy) ale okazało się, że jego formą eskapizmu są imprezy grupowe typu gang-bang i cuckold. Bardzo marzyło mu się, żebym została jego "suczką" ale od czerwca nie miał kiedy przyjechać. Szkoda. Może udałoby mi się go naciągnąć chociaż na obiad.
Na ten moment siedzę sama w pokoju i jest mi trochę smutno mimo wszystko. Czuję radość po łyżwowaniu ale czuję też smutek, samotność. Nie wiem czy czuję się gotowa na jakąkolwiek komitywę z drugim człowiekiem. Niemniej, z drugiej strony po ostatnim wyjeździe, gdzie spałam (i jadłam) z koleżanką w jednym łóżku i super się dogadywałyśmy podczas wycieczki, było mi trochę pusto jak pojechała. Mogę uznać, to za "raz" bo zdaję sobie z tego sprawę i bardzo żałuję, że jestem człowiekiem. Nie wiem tylko jakie będzie 'dwa'. Nawet jeśliby go nie było, to wiem, że znowu powiem 'raz' i kolejny, i kolejny, aż przyjdzie taki moment, że przy porannym malowaniu spojrzę sobie w końcu w oczy i powiem 'dwa'.