1 lipca 2015

Dlaczego się jeszcze nie zabiłam?

W moich smutaśnych postach często przewija się motyw śmierci. Bo jestem trochę emo. Jak każdy w naszej gimbazie. Profesjonalny poradnik Jak się zabić? jest najczęściej czytanym tekstem na tym blogasku. (Ach, sława, doświadczenie i pinionszki z reklam). I choć gimnazjum dawno skończyłam, to w rozwoju dalej jestem na poziomie średnio rozgarniętego czterolatka. Niemniej jednak dzięki licznym ale subiektywnym obserwacjom prowadzonym już od późnej podstawówki wiem, że śmierć była dla mnie tematem bardzo nęcącym. Jedno ze wspomnień datuję na czwartą klasę podstawówki i czasy "Złotych myśli" (a internet był na korbkę), kiedy to jedno z zadań wymagało narysowania czegoś, co oddaje Ciebie. I narysowałam, choć rysować nie umiem, dziewczynę stojącą na wysokim budynku z zakrwawionym nożem w ręku (czy na sali jest psycholog?). "Ojej, to takie straszne, ale trochę tak jak Ty". Hej, dziewczyny, dzięki. Wiem jak wyglądałam w podstawówce, Wy, wcale nie byłyście ładniejsze.

Z własnych obserwacji (subiektywnych, a jakże) wynika, stwierdzam, uważam, że mam depresję. To nie dlatego, że jestem melancholijno-liryczna czy dlatego, że trzymam ludzi na odległość kija od miotły. Nie umiem tego wytłumaczyć. Źle czuję się wśród ludzi, moja matka - królowa kontroli nie rozumie mnie i widząc, że chcę iść dalej, że chcę osiągnąć coś więcej na siłę trzymała mnie w domu (i każe wracać w każde wakacje. I feel you, Harry Potter). Każdego dnia odkrywam w sobie kolejne kompleksy, które mają jakieś podłoże w dzieciństwie. A może tylko dorabiam sobie taką historyjkę?

Edwin Shneidman (taki suicydolog/psycholog) stwierdził, że samobójcy nie chcą umrzeć. Oni tylko nie mogą dłużej żyć z bólem, którego zdrowy lub niedotknięty nieszczęściem ponad siły nie jest w stanie sobie wyobrazić. Chcą przerwać cierpienie, a nie umrzeć. I do końca każdy ma nadzieję, nawet wbrew logice, że ktoś go uratuje.

Boję się śmierci, boję się, że czeka na mnie coś wspaniałego a ja zaprzepaszczę to swoją głupotą, swoimi "widzi-misię". Boję się, że tuż-tuż coś/ktoś jest. Jakoś tak przeżywam mijające dni, tygodnie lata. Zmieniam ubrania, gram w gry, uczę się nawet, działam i wciąż czekam. (Nie obrażę się, jak to będzie jakiś w miarę ogarnięty kolo, który poda mi rękę jak się w alkoholowym amoku stoczę ze stołu i zapoda jakimś konkretnym cheesy line - tak jest w musicalach. Oni zakochują się w sobie i przez życie idą tanecznym krokiem. średnio.)

Stali czytelnicy blogaska wiedzą, że z uporem maniaka "znikam" z każdej imprezy na jakiś czas. To test. Kto i w jakim czasie zauważy moją nieobecność. Zajmuje im to średnio godzinkę. Godzinka w krzakach lub pod schodami jest całkiem przyjemna. Całe życie na coś (jedzenie) lub na kogoś (dostawca pizzy) czekam, ta godzina mnie nie zbawi. Znikałam z mieszkania. Moje współlokatorki albo waliły głupa ("Myślałam, że jesteś u koleżanki") albo mówiły, że ich nie było na mieszkaniu. Ja się pytam, w środku tygodnia przez 3 dni? Wy głupie i puste pizdy. Mogłam leżeć martwa w rowie. A ty nawet nie umiałaś wysłać esemesiaka. I już wiem. Wiem, że nikt mnie nie znajdzie, nikt mnie nie uratuje, nikogo to nie obchodzi. Nikogo nie obchodzę.

Dlaczego się jeszcze nie zabiłam?




Bo nie ma nikogo, kto by mnie uratował.