26 października 2012

Poradnik małego masochisty. Część II.

Pozdrawiam wszystkich hejterów samotnych wieczorów, że niby ponuro, smutno i depresyjnie. 4xSomersby+ cytrynówka z kolą. Mamy nie ma w domu. Jest zajebista impreza, słucham Nelly Furtado, Lady Gagi, PitBulla, Rihanny i Britney Spears. Żarty z Jezusem na omgle. Prawdziwe życie ssie.

21 września 2012

Zaprzedałam duszę za czerwone M&M'sy


soundtrack

Od ponad pół roku nie napisałam niczego wzniosłego, ambitnego, czy czegoś co dałoby się jakoś przytoczyć. Raczej prace typu zachowania społeczne w Polskim internecie, wstępna analiza do "Burzy" Szekspira czy donos na sąsiada nie są powszechnie akceptowane jako sztuka wysoka.
Komiksy też nie. (nie chcę sobie robić nadziei, że jednak coś robię)

Piszę, zazwyczaj, gdy ktoś mnie niemiłosiernie wkurwia. A teraz? Nie mam siły by coś mnie wkurwiało. Nawet konkursów literackich nie ma porządnych, żeby w nich wygrać kasę na buty czy fajki (których nie palę).

Nawiązując do tematu... nawet nie jem M&M'sów tylko czasem robię sobie zapiekanki. Czasem zapłaczę, czasem zatańczę, posłucham Joy Division. Oglądnę tv, wyłączę komputer przed 22. Z rana oglądnę porno.

7 września 2012

Mięsne Dranie

Mięsne Dranie po raz trzeci w mojej ulubionej dolinie zaściankowości i debilizmu. Głupota miesza się z fanatyzmem religijnym i spermą kolegów z przedszkola gdzieś pod krzakiem (nie ze mną). Marzeniem z dzieciństwa było przebranie się za Lorda Vadera, Klauna albo kolesia z kartonem na głowie. Skończyłam na tym, że przeleżałam cały koncert, czekając na zbawienie. Grupy koncertowiczów te same, fajne bojsiki nie-same, brzydkie laski- z bojsikami, a geje z przyjaciółmi. Nocny Harcerz - samotnie, ale i sam.

Elegancka koszula, spodnie spoczko, vansiki, alkohol - nie ma bata- i fajki - choć bida. Wzięłam kurtkę, w którą wsiąkały ostatnie krople deszczu; patrząc jak ludzie tłumnie czekają do wejścia smoka. W słuchawkach Iggy Pop, The Kinks i Joy Division. Zawyżam sobie mniemanie o dzisiejszym koncercie takimi pierdołami, tylko po ty by stwierdzić, że grali jak zwykle, czyli chujowo. Nie chodzi o MG, bo to akurat było bez zarzutu - wiadomo mega i magia. Jest po prostu chujnia na mieście. Super, mega, niezależny perfomans artystyczny gwiazd wielkiego formatu. blablabla. Serio takie koncerty, któryś raz z rzędu są nudne. I nie jest to koncert Stonesów czy Sera Dżona Ęltona, że trzeba ich widzieć i słyszeć. Jak na mój obecny stan psychiczny (chcę być niewidzialna) wystarczy, że słyszę. To i tak dużo.

Jedyny plus: bilety za 2 dychy. A ja i tak nie weszłam na teren koncertu. Zagadałam do ochroniarza, kiedy kończą, żeby mnie puścili darmo, ale to jakieś bubki z Warszafy. Tom poszła do baru przy kładce, piwo zamawiając, do barmana uśmiech puściłam zalotny, wyszłam na pole i zapaliłam fajkę. Piwo do dna. I poszłam szukać miłości, oddalając się od niej. Szłam przed siebie, nie patrząc na tłumy zmierzające w przeciwną stronę. Czułam się jak bohater na ostatnich dziesięciu stronach, po bitwie, co patrzy na pobojowisko i wdycha dym zwycięstwa (nikotyna, biczys). I tak szłam, mijając ludzi, przystanki, drzewa i sklepy. Miasto wymarło. Zmęczona podróżą, zasiadłam na przystanku i łez parę uroniłam. Bo nie weszłam, bo szkoła, bo bieda zamknięta, bo źle, bo brak bojsika, bo mama zauważy ubywającą Pepsi z Cytrynówką Lubelską. Jak se popłakałam, to usłyszałam dźwięki muzyki z niedaleka płynące, słyszałam śmiechy przyjaciół i wrogów (ponoć to nie to samo).

Gratuluję zjebanego życia.

17 sierpnia 2012

Chujowo

W zamierzchłych czasach, gdy byłam jeszcze niepełnoletnia i bałam się pić piwo przy ludziach, chodziłam do głupiej szkoły. Taki klimat nie teges, ludzie-alkoholicy, ryje te same od 92357298375 lat, chujowi nauczyciele, chujowy budynek, za dużo schodów, same nudy i ogólnie chujnia. Prze-chujnia. Mega-kurwa-chujnia. Ale pośród tej całej chuj-chujni egzystowałam ja - abstrakcyjno-futurystyczno-fantastyczny amalgamat absurdu, kiczu i piosenek Disco Polo. I byłam w tym zajebista. Prowadziłam długie wywody egzystencjalne, tańczyłam ze szklanką mleka, pisałam lepsze teksty, a to tylko dlatego, bo chujni miałam po uszy i tą chujnią gardziłam. Chujnia była moją inspiracją, muzą, pożywką, prawie tak jak czipsy.

Teraz chodzę do spoko szkoły, mam super znajomych, popalam i piję piwsko niczym hipis z lat w których chciałabym żyć. Super klimat, wszystkich lubię, no po prostu zero chujni. Tyle, że ja teraz jestem jakaś chujowsza. Owszem, wciąż ripostuję najlepszymi kawałkami, wciąż humor zboczono-pederastyczny mam, wciąż marzę o miłości, ale nie o tej zajebistej z ZARY, tylko tej chujowej - w sam raz dla mnie. Tyle, że to nie to. To nie jest ta sama nienawiść do świata z lat szczenięcych. Już nie piszę, tak jak dawniej, już nie mam tego polotu, straciłam chęć życia i z domu wychodzę tylko po lody Jocker. A może po prostu okres buntu i distroju zakończył się bezpowrotnie?

Żyjąc w chujni, byłam mega wyjebana w kosmos,
żyjąc w kosmosie jestem prze chujowa.

10 sierpnia 2012

Mary Jane Anthem

1. Pewnego dnia, gdy byłem całkiem sam,
spotkałem cię pośród gęstych traw.
Zachwycił mnie twój wonny kwiat,
więc wziąłem cię do domu.

Ref,: O Mary Jane, o Mary Jane
kto lufkę będzie nabić umiał?
O mary Jane, o Mary Jane
kto cię zapalić będzie lubiał?

2.I nadszedł dzień, gdy odejść sobie chciałaś.
I choć nalegałem, to innego wybrałaś.
Byś wróciła przyjąłem tysiąc różnych postaw,
lecz w mej pamięci tylko twój zapach został.

Ref.: O Mary Jane, O Mary Jane...


3. Tak całkiem przypadkiem spotkałem cię znów.
Zapytałem czy pamiętasz jeszcze tamten nów.
Teraz zawsze i wszędzie będziemy razem
polecimy do gwiazd białym pegazem.

Ref.: O Mary Jane, o Mary Jane....

refren zgapiliśmy od Rojka, więc sorki Rojek.

6 lipca 2012

Nikt nie podjeżdżał, oprócz kierowców autobusów, którzy mieli nadzieję, że się dosiądzie

To było jedno z tych letnich piątkowych popołudni, kiedy wiedziała, że tego wieczora przyjdzie jej zaszaleć jedynie grając w Chińczyka. Nie zwracając uwagi na wygląd i ubiór wyszła po 20 z domu mając nadzieję na coś, co się nigdy nie wydarzy. Nawet nie wiedziała w którą stronę iść, by czuć pełne spełnienie i zadowolenie.

Do porozumienia doszła dopiero siadając z puszką Sprite na przystanku. Dwie godziny później dalej siedziała, choć Sprite nie był już tak fantastycznie zimny i musujący jak zaraz po otwarciu. Liczyła samochody, i szukała kogoś, kogo zna, kto by siedział w tym samochodzie. Żeby podjechał i zapytał czy idzie z nimi na imprezę. Ale nikt nie podjeżdżał, oprócz kierowców autobusów, którzy mieli nadzieję, że się dosiądzie. Wielu ich przejechało, nawet po dwa razy. Nie skusiła się, taka była asertywna. A może jej się nie chciało? Patrzyła do wnętrz autobusów, by odnaleźć znajomą twarz. Niestety. Dopiero gdy dopiła napój i wyrzuciła go z krótkim "haha" (które nie było nawet śmiechem lecz wewnętrznym chichem) robiąc przy tym koślawy piruet, poczuła że "chłopiec, któremu oddałaby serce" dziwnie na nią patrzy. I to od dłuższej chwili. Poszła do domu, nie bacząc na dziwne zaczepki ze strony osiedlowych dresów. Zapuściła Pink Floydów i poszła spać. Chłopiec siedział dalej samotnie, marząc o niej.

Przynajmniej miała nadzieję na to, że on tak myśli.

24 maja 2012

Amen

Rok temu... dokładnie rok temu poczęłam rozumieć swoją głupotę i zapragnęłam poważnej rozmowy z psychologiem. Zapragnęłam normalnego życia i zrozumiałam wiele życiowych błędów (nie wszystkich, ale jednak). Poprawiłam się. A teraz czczę tę datę szklanką Jacka Danielsa.

House of the rising sun.

No może jeszcze jedną.

Tak szczerze na napieprzam sprawdzian z historii.

18 maja 2012

Głodna i Napalona

Jesteś znudzony starymi programami telewizyjnymi? Nudzą cię kolejne perypetie rodziny Foresterów? Masz już dość facepalmów przy oglądaniu Rozmów w Toku? Masz dość reklam na Polsacie? Od dziś twoje życie może zmienić się drastycznie, ponieważ już niedługo na antenie naszej stacji, pojawi się nowy, niekonwencjonalny, całkowicie zboczony i nieprzewidywalny serial "Głodna i Napalona".

"Głodna i Napalona" to serial o grupie zwariowanych, pewnych siebie i swoich wartości intelektualnych (sic!) dziewczyn. Każda głodna wrażeń, przygód, a przede wszystkim wiedzy. Każda napalona jak piec martenowski. Każda na swój sposób pociągająca seksualnie, każda ma inną dewiację, każda ma inne zboczenie, ale jedno jest pewne: Wszystkie szukają (jak na razie bezskutecznie) swoich reproduktorów, z którymi mogłyby wznieść się na wyżyny swojej seksualności. "Głodna i Napalona" to inne spojrzenie na "dorosłe" problemy dzisiejszych nastolatków. "Głodna i Napalona" to modlitwa tFuRcuFf o przystojnego, zwariowanego, a przede wszystkim błyskotliwego reproduktora, zatem...

"Módlmy się za wszystkie dziewice, aby znalazły w końcu swego reproduktora i mogły garściami czerpać ze źródła swojej seksualności"

P.S. Tak, jestem napalona jak piec martenowski. Tak, jestem zboczona i pociągająca seksualnie (zwłaszcza w koszulce z bohaterami ulicy sezamkowej i szaliku). Tak, jestem nieprzewidywalna, po antybiotyku. I tak, jestem głodna.

11 maja 2012

Katarzyna

Nigdy nie nazwę córki Katarzyna, a syna Katarzyn (na wszelki wypadek, jakoby taka forma imienia męskiego miała rację bytu). Katarzyny są po prostu głupie, chore psychicznie albo najzwyczajniej w świecie pojebane. Zapytacie dlaczego? Przecież Kasia to taka fajna dziewczyna: możną z nią zapalić, obalić drina, wziąść na szybki numerek, albo po prostu powiedzieć że nikt nie przeleciał/wypił/wypalił/zjadł tyle piwa/skrętów/ciastek/chłopców co Kacha. Kachy ogólnie są wporzo i każdy jakąś zna. Ja też znam wiele Kaś, ale każda, każda z osobna i wszystkie razem tworzą tragiczny obraz tego chorego społeczeństwa w jakim przyszło nam żyć.

Na pierwszy ogień idzie Kasieńka-chora i zacofana umysłowo przyszła fryzjerka, do której salonu nigdy nie pójdę. Strzela sobie beznadziejne sesyjki które potem wrzuca na naszą klasę. Ulubiony sytat: "W życiu nie ma scenarjusza, zawsze idzie sie na rzywioł"

Kasiunia- kujonka i nimfomanka. Waży 4 razy mniej ode mnie i uważa się za grubą. Na obiad serwuje suchary, potajemnie słucha radia M., zostanie 50 letnią dewotką z 6 kotów. Kusi spojrzeniem na naszej-klasie. Wszyscy ją kochają z inteligencję i kreatywność, ale jak dostanie 4 to z chęcią by wszystkich zaciupała siekierą.

Kasia- cipa i tępa suka. Jak raz usłyszała prawdę to przez nią przez 2 lata nie chodziłam na plac zabaw. Dalej jej nie lubię. Uważa że ubiera się modnie i stylowo, a tak na prawdę kopiuje to co zobaczy i nadal uważa się za prekursorkę noszenia rajstop do szortów. Dużo pierdoli i nie wiadomo o czym. Typowa Blondynka.

Kaśka- też tępa suka. "Ubierała się na czarno i lubiła śpiewać..." rastafariańskie piosenki. Uważała że pogo i nadruki na koszulkach są szczytem artyzmu i nonkonformistycznej wolności przy wyrażaniu uczuć. Dużo jara i nie oddaje dezodorantu.

Katarzyna- wymuskana i wyniosła pizda uważająca się za lepszą od innych. Zawsze chodzi z podniesioną głową i nigdy nie wdepnęła w kupę. Nawet ptaki ją omijają i wolą lecieć przez Afrykę, by jej przypadkiem nie obsrać.

Kacha- śmierdząca nową lustrzanką "artystyczna dusza", która na prawdę czuje co to sztuka, choć nie wie kto to był Leonardo i Michael Angelo(no jasne że wojownicze żółwie Ninja!). Swój bunt wyraża w zdjęciach na których jest połamane krzesło i czyjś dom bez okien. Przynosi stoliki i kawę do parku żeby zrobić im zdjęcie. Więcej pierdoli niż robi.

Kasiula- zadufana w sobie nimfomanka, potrzebująca minimum 3 filiżanek kawy dziennie. Nie umie się porządnie umyć, a rozprawia nad tym jakie kupi sobie perfumy jak wyjdzie za miliardera.

Kasia CiHakiel- tańcząca z gwiazdami na rurze przytępawa animatorka, która w serialu studiuje psychologię a zachowuje sie jak pięciolatek w cyrku. Nieudolnie próbuje wcisnąć mi tabletki na odchudzanie, na które mnie nie stać, a poza tym nie zrezygnuję ze schabowego i buraków.

Kasia co robi życie łatwiejszym-ona też studiuje psychologię, ale jej teksty i komentarze nie są jakieś wzniosłe i wpływające na moje życie (nie żeby moje komentarze takie były...) ale jednak. Nie ubrałabym się tak jak ona, nie gotuję węgorzy na obiad, nie jem kanapek z tuńczykiem, słucham gorszej muzyki od niej, nie oglądam ambitnych filmów tak jak ona i moimi idolami nie są tak wartościowi ludzie jak jej (ja po prostu nie mam idola). A na dodatek nie przechwalam się tak tym na każdym swoim kroku!

Kasia amici, Kasia magistri... czy jakoś tak.

Pe.eS. Nie mogę zasnąć. Nie mogę jeść tylu frytek na noc.

4 maja 2012

20 kwietnia 2012

Sezon na "podobna do mamusi" uważam za otwarty

Wchodzę na fejsa. Wiadomo. Obczajam fociaszki z imprezy com była (pierwsza i ostatnia). Wiadomo nastrój bardziej wczorajszy niż dzisiejszy, jakieś niewyraźne twarze, że drinki kolorowe wokół nas, i gdzie się podziały tamte prywatki i "gdzie moje fajki, kurwa?". Pozytywnie stawiam komciaki, że git ryje, że jak mię łeb boli i oj tam oj tam. Nagle pacze. Koleżanka z ławy szkolnej lat dziecięcego horroru (podstawówka) wrzuca focie jakiegoś małego bobo, co to widać levelu 1 nie ma jeszcze.

Myśle se : Sister? Najn!

Das ist ihr ein klein Kind!

Si si seniorita! Małe bejbi pochodziło z macicy mojej koleżanki. So sad, but true. Przypominam, iż w tym roku obchodzimy dopiero szalone 18' urodziny, co prowadzi do tego, że jestem przerażona tym co ludzi robią. Ona szczela dzieciakami na prawo i lewo, a ja ŻADNEJ bazy niet. To ja się pytam w jakim kraju my żyjemy? i Czy ja rzeczywiście mam taki krzywy ryj? (O cyckach nie mówię, bo ponoć spoko).

6 kwietnia 2012

Jezus umarł, umyj okna

Awangarda, dżez i podziemia panują w moim umyśle. Ale zamiast tworzyć coś, co będzie inspiracją dla przyszłych pokoleń, a po mojej śmierci nikt tego i tak nie będzie chciał kupić, to sobie spokojnie sunę z mopem po mieszkaniu. Dlaczego wyznacznikiem "porządku" są zawsze święta? Gdyby nie one, prawdopodobnie nikt by nie posprzątał, nikt by nie napędzał, i tak już pędzącej jak pkp gospodarki. Kiedyś to były święta, wielki post, przygotowywanie palemki, taka wielka, kurwa, celebracja. A teraz? "Ej, nie no, trzeba kupić jajka, majonez, kabanosa, żurek, barszcz, kupę, ciasto upiec, posprzątać, goście będą, ale bez przesady, nic nie kupujemy, bo po co, potem i tak nikt tego nie je". Tia, lodówka mi się nie domyka, wypierdoliłam połowę swoich ruchomości, tylko książki się jakoś trzymają.

Wczoraj tak, dla przykładu byłam w sklepie. Wiadomo, szczeliłam se bułkę na parkingu, czekając na matriarchat. Ta podchodzi, mówi, że za zająca dała 13 zł (słownie: czynaście) a za jajca kolejne 13 (słownie: czynaście!), co w sumie daje 26 (słownie: dwajścia sześć zł). Totalny szok. Mówię jej, że źle czyni nie biorąc mnie na zakupy, a jak nie wie, to niech dzwoni, bo po to ma telefon. A ona że sorki, że za późno i dupa. To ja jej mówię, że za dwajścia sześć złotych to bym pół sklepu wykupiła. Ona mówi spoko. Masz dychę i kup. To poszłam do Aldika, bo tanio. Ludzi nie ma, to spoko. Pacze: jajca za złotych "czy bez grosza" biorę dwie paczki, bo wiadomo, lepiej więcej, bo po drodze do kościoła to się lubi zgubić parę jajek w otchłaniach paszczy. Staję przy kasie, pacze: zające prawdziwe, czekoladowe, dorodne, zające z jajkami, sztuk dwanaście za osiem bez grosza. A zając ten, to nie taki co mader kupiła, tylko porządny, prawdziwy, czekoladowy, no typowy zając wielkanocny, taki, że wszyscy na dzielni ci go zazdroszczą, nawet gnojki spod ósemki takiego nie mają. Ale nie wzięłam, bo już mam jednego zająca.

Jedna kasa otwarta była, ale nagle zblazowana kasjerka zaprasza mnie do drugiej. Jeden moher mnie wyprzedził, ale liczyłam, że drugi puści, zwłaszcza, że tylko z dwoma jajkami byłam. Ale nie kurwa! Ta polaczkowatość, ta pyszność bycia lepszym, to gówniane przekonanie, że jest się pępkiem świata, nie pozwoliły starszej pani z pełnym koszem puścić biednego dziecka z jajkami. Ona musi być pierwsza, i żaden gnojek tego nie zniszczy. Nie kurwa i koniec. Newer, 4ewer. Jeszcze bezczelna mówi "Ooo, kolejka chyba obowiązuje", ja jej na to "Ale ja mam tylko jajka", a ona " A co tam, pani młoda, pani postoi".
NIE KURWA
To jej mówię tak " To, że pani stała 30 lat temu w kolejkach, to nie znaczy, że teraz ma sobie je pani skracać". (ojciec powiedział, że riposta doskonała) Babka czerwona, ale nie puściła. Jeszcze bezczelnie przy wykładaniu towarów, Jezusa wzywała o kościach wspominając. Sztachetą to mało, bo powiedziałaby, że nieoszlifowana.

Wspominałam, że nie lubię świąt?

30 marca 2012

Nie żyję i mam się dobrze

Każdy kolejny dzień podobny jest do poprzedniego. Wszystko zlewa się w wielokolorową plamę, którą zwykłam zostawiać w łazience po obiedzie. Ograniczam wszystko co mogę. Ruchy, ciężar jak niosę do szkoły, wiedzę, która jest mi potrzebna. Boję się, że nie zdam matury, a to już za rok. Nie wiem jak ją zdam, skoro nie wiem co chcę robić w życiu. Najłatwiejszą opcją byłoby pójście na anglistykę, wszak angielskim władam dobrze, nawet piosenki sama układam (bo taka ze mnie wrażliwa i artystyczna dusza), ale nie są to jakieś górnolotne frazy z przekazem.

Ograniczam jedzenie i picie. Nie biorę już bułki do szkoły, mijam ludzi z obojętnością, nie doszukując się w nich znajomej twarzy. Ograniczyłam wydawanie pieniędzy, bo te przeznaczam jedynie na masowe środki transportu. Ograniczyłam życie, ilość słów wypowiadanych do ludzi i zwierząt, zwykłam je nawet liczyć, by po godzinie zapomnieć na jakiej liczbie stanęło i zacząć od początku. Ograniczyłam rozmowy i czynności życiowe. Jedyną rzeczą jakiej nie ograniczam jest sen. Jego długość znacznie wydłużyłam. Kładę się o 8 czy 9, budzę się o 4 i tak przez następne 2 godziny rozmyślam jak bardzo jestem samotna. Czasem popłakuję, ale cicho, tak by nikt nie słyszał. Nie odwiedzam fejsa, nie składam życzeń, nie odpowiadam na nieistniejące zaczepki, pocztę rzadko czytam, i tak przychodzą reklamy. Telewizji nie oglądam, nie czytam gazet, nie wiem kto wygrał wybory, nie chodzę do kina, nie oglądam ambitnych filmów, słucham chujowej muzyki, w domu jem tylko budyń.

Menele i cyganie nie zaczepiają mnie już na dworcach, jesteśmy prawie jak rodzina.

16 marca 2012

Mamisynek

Oto jest Tomek. Ma ponad 30 lat, lubi muzykę klasyczną, kotlety schabowe, pracuje jako nauczyciel i mieszka z mamą. A oto pani Teresa, mama Tomka. Syna kocha nad życie i zrobi wszystko by było mu dobrze. Ale ostatnio coś zaczęło się między nimi psuć. NO dobrze może nie miedzy nimi, ale pani Teresa przeraziła się niezmiernie gdy jej syn oznajmił, że ma dziewczynę!

Totalny szok jaki ogarnął jej stare ciało był porażający. JEJ. KOCHANY. SYNEK. KOCHA. INNĄ. KOBIETĘ?

To NIEMOŻLIWE!

A jednak!
Pomimo 30 lat starań pani Teresy, jej wylanego potu nad pierożkami, jej pociętych palców przy obieraniu warzyw, bo zbilansowana dieta to podstawa jej syn tak beztrosko oznajmia jej, że ma dziewczynę a na dodatek młodszą! Przecież ona nie ma żadnego doświadczenia! Ani w kuchni, ani w życiu! A w łóżku to pewnie dobra jest bo ubiera się jak pannica spod latarni. Bo która kobieta będzie wiedziała jak przyprawić rosołek dla jej Tomeczka? Bo która kobieta będzie wiedziała jak posegregować mu skarpetki? Żadna.
Tylko jego matka.



Co gorsza, Tomek stwierdził, że chce z nią zamieszkać (z dziewczyną). Toż to skaranie boskie! Tak bez ślubu?! Bóg się na was pogniewa! Co ty w niej widzisz człowieku. Nie jest jakaś specjalna, taka chuderlawa, zaraz ja wiatr porwie, a ty musisz mieć porządna dziewczynę. A nie jakieś byle co! Spójrz na córkę Kowalskiej spod 8 ona taka ładna, zadbana, wykształcona! W szkole dzieci uczy matematyki! I w niedzielę zawsze na 11 jest w kościele! A ta twoja?! Bez boga chcecie żyć! Ot co! A Bez Boga ani do proga! Co sobie ludzie o was pomyślą?! Bezbożnicy!

To takie smutne. Jej jedyny syn opuszcza swoją matkę dla innej kobiety!



Tomek jak powiedział, tak zrobił. Zranił matkę niezmiernie. Zamieszkał ze swoją dziewczyną. A pani Teresa, dmuchając i chuchając na synka, by mu się nic nie stało robiła wszystko, by o niej nie zapomniał. Przychodzili z dziewczyną co niedzielę na obiad. Bo domowe jest lepsze niż takie "z restauracji". Przychodzili i rozmawiali o życiu a w szczególności o Bogu. Dlaczego jest on tak ważny w dzisiejszym świecie. Ale dziewczyna Tomka jest agnostyczką. Co wprawiło panią Teresę w osłupienie. Jak To?! To jak wy chcecie żyć?! Tomek zgodnie z dziewczyną odpowiadają, że chcą wziąć ślub cywilny. A gdzie przysięga przed Bogiem? To jest najważniejsze. A jak dziecko wychowacie?! Też bez Boga? Będą się z niego śmiali, że rodzice ślubu nie mają, że bękarta chowają. O dziecku nie myślą na razie.

Najważniejsze jest teraz znalezienie większego mieszkania. Pani Teresa posunęła się do ostateczności i zaproponowała im wspólne mieszkanie. Jest duże, ona cały czas w domu, dziecka może pilnować. Coś o tym dziecku za dużo mówi. Czyżby zmieniła swoje nastawienie do "NIEJ"? Tej która odebrała jej syna? Nie... to był tylko początek niecnego planu pani Teresy. Tomek wrócił do domu, ale wprowadził też ją- Anitę. Na początku było wszystko fajnie. Obiad na stole, rodzinna atmosfera, ciasto na niedzielę. Ale wszystko zaczęło się psuć, kiedy Anita oznajmiała, że do kościoła nie idzie. Jak to nie wierzysz w Boga?! Musisz wierzyć! Wszyscy wierzą! Na nic zdały się tłumaczenia, że Anita nie wierzy i już. Owszem, wychowała się w katolickiej rodzinie, ale nie wierzy w Boga. Koniec. Kropka. Nie pomogły rozmowy z duszpasterzem, głośne wieczorne modły pani Teresy w pokoju czy, coraz częstsze, komentarze na temat Anity.

Sielanka się skończyła. Czas na desant. It's showtime! -powiedziała pani Teresa, przyodziewając moherowy beret i wyruszając na spotkanie kółka różańcowego. Jeszcze się pokłócą z Anitą i tyle będzie z ich wspólnego mieszkania. Ona już o to zadba. I zadbała, nawet za dobrze. Codziennie raczyła Anitę jakimś komentarzem dotyczącym jej ubioru (że za krótka kurtka, że za duży dekolt), sylwetki (że za chuda, za małe cycki "No jak ty dziecko tym wykarmisz!"), sposobu życia("Bez boga ani do proga!" czy "Jak to mięsa nie jesz? Musisz jeść, bo szkapa jesteś") i jej licznych znajomych ("Co to był za chłopak, A Tomek go zna?"). Anita żaliła się na mamę Tomka, a ten tłumaczył, że ona się po prostu o nią martwi. Na domiar złego Anita straciła pracę i musiała cały dzień siedzieć w domu. Teraz zaczęła się ostra jazda bez trzymanki. Że leń z niej, że nie umie gotować, że Tomka zniszczy i tylko czeka aż ona umrze, żeby dom sprzedać i wyjechać. Anita płacze, a pani Terasa że mazgaj z niej. Anita w chwili słabości wygarnęła jej co o niej myśli. Starą aż przytkało, a potem bez pospiechu kazała się jej wynosić. Zadzwoniła do Tomka i opowiedziała mu, o Anicie. Tomek wrócił z pracy. Zaczęli się wszyscy kłócić.

A czyją stronę objął Tomek? MATKI. Czego by jego matka nie powiedziała to ona ma rację. Tomek usłyszał o znajomym Anity, że pijak i był u niej kilka razy i pewnie Anita go zdradza, na nic się zdały tłumaczenia, że ten chłopak to jej kuzyn. To był jej kochanek i basta. Tak mówi pani Teresa-Tak ma być. Anita z płaczem wyprowadziła się od nich. Życie pani Teresy i Tomka wróciło do normy. Tomek przeprosił Anitę, za matkę ale stwierdził, że kocha ją i nie może jej zostawić, bo to jego matka. Pani Teresa dalej gotuje obiadki Tomkowi, pierze jego skarpetki i usilnie próbuje zeswatać go z córką Kowalskiej.



Czy Anita czekać będzie na Tomka, aż "jej" teściowa umrze?
Nie wiem, ale Tomek nigdy nie będzie szczęśliwy, chyba że z córką Kowalskiej spod 8. Bo ona co niedzielę do kościoła chodzi. I też uczy dzieci. Ach... zapomniałabym że jest straszną feministką i Tomkiem gardzi, tak samo jak jego matką.

2 marca 2012

Gdy prawa ręka swędzi to wcale nie znaczy, że poznasz miłość swojego życia

Od wieków w naszym ukochanym zaściankowym kraju krąży wiele irracjonalnych i zabobonnych przesądów dotyczących życia, miłości, przyszłosci czy przyszłego męża. Z pokolenia na pokolenie widać że ludzie albo mają niższe IQ albo wierzą w przesądy tak mocno, jak w wygraną w lotka (tak, na pewno kiedyś wygracie. Okrągły milion). Jestem brutalna. Prawda również. A brutalna prawda od brutalnego człowieka boli bardzo bardzo. Aż za bardzo. Na prawdę sądzicie że jeśli swędzi was lewa ręka, to na pieniądze? A prawa na znajomości?

GÓWNO PRAWDA!

Otóż, od dłuższego czasu swędziała mnie ręka, by nie być gołosłownym to powiem, że prawa. A jak prawą ręką się witamy, to z pewnością przyjdzie nam poznać kogoś nowego, bo witać się będziemy. A nuż, będzie to prezydent czy perkusista Andrzej! Ważne, że będziemy wśród ludzi i powinniśmy zażyć więcej leków przeciwdepresyjnych. To się przygotowałam, rękę umyłam, zupę lewą jadłam, żeby nie zaplamić rękawa, nie przeciążyć prawej ręki. A tu co? Gówno właśnie. Albowiem nikogo nie witałam, nikogo nie poznałam, nikt ręki nie wyciągnął. Nawet po pieniądze. (aż dziw bierze)

MIT OBALONY.

PS. Coś za dużo zjadłam pomidorów i żem sokiem pomarańcznym przepiła to mi ta cholera znów wyskoczyła na ręce, czerwona taka jak szatan, wysypka swędząca.

10 lutego 2012

Cipa z mięsnego

Przyszła mi ochota na pyszniusie spaghetti -a tak w ogóle to weekend walę-tynkowy samotnie spędzić mi przyjdzie- tom poszła do mięsnego M&W, prawie jak H&M. Stoję w kolejce, tam panie typu "A jakby ton jaśniejsze te rajstopki?!?!" i jeden pan, co konkretnie kilo mielonego poprosił. I ja również konkretnie mówię do zblazowanej sprzedawczyni, że 60 deka/o mielonego. Ta mi coś pierdzieli do drugiej o nabijaniu, czy coś. Ja tam jednym uchem słuchałam, bo drugim czytałam esemesiaka. Ona nabija na kasę, lansik i szacuneczek. Podpytuje mnie nieśmiało czy coś jeszcze, a ja na to że w garmażerii nie siedzę. Ona że 13 złotych jej wiszę. Płacę, ale coś mnie uwiera w duchu i pytam z dociekliwością czterolatka, ile kosztuje kilo mielonego. Ona że 13 złotych, a ja na to że chyba jej się coś popierdoliło (dosłownie, bom się zdenerwowała), bo ja 60 deko kupiłam, i za więcej płacić nie zamierzam. Wiem, że one niby są takie "szprytne" że niby "oh,oh przez przypadek". Ale jak przy mięsie nie robię, to co se mam nie dorobić? Pierwszy raz w tym sklepie zakupów dokonywałam, bo zazwyczaj to Tesko czy Lidl zaopatrywał mą lodówkę, to se pewnie pomyślały, jak nowa to nabijemy se 4 złocisze. Nie przy mnie. Pani z niesmakiem kasę oddała, przeprosić nie przeprosiła. Skargę miałam wysłać do szefostwa na samej górze, ale Imperator zagroził, że jeszcze mam czas na bezprzedmiotowe spory.

A szkoda, bo bym babce dojebała, że złodziejka i jeszcze brudną ręką z tipsem mięsa dotyka. Wstyd!

Jakby wojna była, to pierwsza by była do kolaboracji, cipa z mięsnego.

6 stycznia 2012

Portale randkowe jako miejsce ludzi otępiałych umysłowo

Kolejny tytuł na pracę magisterską.

Weszłam z ciekawości. Nie żebym szukała. Tak jakoś. I tak se myślę, że to jest jednak paranoja. Dziewczęta udają, że są takie "szalone" dodając "xD", ":P" na końcu nicku. Panowie wstawiając podwójne "s" czy ostre słówka czują się bardziej męsko. NO-JA-PIERDZIELĘ. Ponad 90% osób miało rok urodzenia w nicku, cyferki, bardziej ważne, lub datę śmierci kota. Prawdopodobnie tylko 1% ludzi miało jakieś coś coby mnie zaciekawiło, czy to szalony nick czy to słit focia, czy po prostu twarz taka jakby miła.

Zdjęcia

Zdjęcia profilowe użytkowników w przedziale 18-25 były wykonywane prawdopodobnie przez jedną osobę- fotografa z prawdziwego zdarzenia. ŁaŁ. Większość kolesi miało focie, albo bez koszulki, albo w okularach przeciwsłonecznych. Czyżby chcieli wydać się bardziej tajemniczy? Coś na styl Jamesa Bonda? A zdjęcia z opaloną klatą? No cóż... "Pacz mała ile biorę na klate, takie jak ty chrupam na śniadanie!!" czy "Jestem taki męski, w moich ramionach nic ci nie grozi bejbe". Nic tylko wyciągać telefon i pisać do psiapsiółek że się poznało fajnego Misiaka!

Panie preferowały prześwietlone zdjęcia na tzw. rybkę, oczywiście zaraz po solarce, artystyczne zdjęcia w krzakach i obcisłych wydekoltowanych bluzeczkach. By dodać sobie trochę tajemniczości, tak jak panowie, wkładały zasłaniające pół twarzy okulary przeciwsłoneczne, co się nijak odnosi do celu zakładania takiego konta, na takim portalu. Były też bardzo popularne trzy (?) lata temu zdjęcia (ł)oczu i grzywek. No tak, teraz wszyscy patrzą tylko na osobowość, która i tak jest denna, bo dziś nie ma już ludzi wartościowych (chyba że mówimy o jakichś szejkach czy Billu Gatesie).

Idąc głębiej, wertując kolejne profile, gdzie zdjęć jest udostępnionych więcej, ja, jako naczelny andergrandowy hejter miałam ochotę wypieprzyć komputer przez okno (żal mi było staruszka, a w karcie obok ładował się Bananowy doktor). No cóż, konkluzja jest prosta. Na portalach randkowych mamy bardzo duży odsetek cór Koryntu. To takie pocieszające! Wchodzisz na poważny portal randkowy, bo w realu trudno ci zagadać, szukasz może nie miłości, ale jakiegoś dobrego przyjaciela a znajdujesz siedlisko kurw i romantycznych dresów zapodających teksty o prawdziwym życiu.

Przybyłem, zobaczyłem, przeleciałem

Ambitne, dosadne a przede wszystkim głupie. Opis służy do "zareklamowania się" a nie do pisania osiedlowych mONdrości. Ci starsi czy ci, który dalej się edukują, owszem, mieli coś ciekawego, ale nie było to godne zapamiętania. Jakieś cytaty że dobry den! czy HelloU czy zrób cytrynę z lemoniady, ale również nic coby mnie za serce ujęło.

"Wysoki i poszukujący sensu w życiu wodnik, nie palący"

Poziom zażenowania i facepalmu osiągnął kolejny szczyt. Kolejny ośmiotysięcznik podbity. Dzięki Boże. Gdybym nie bała się bólu i faktu że przeżyję i wszyscy będą pytać "dlaczego to zrobiłaś?", to tak z chęcią strzeliłabym sobie w rozczochraną. Ludzie w dziale "O mnie" w polu "czas wolny" w 90% wpisywali imprezy, sex czy dojenie krów. Normalka. Ale ja, ja jestem taka kurwa ambitna, tak bardzo chciałam podnieść swoje mniemanie o ludziach, tak bardzo chciałam przez chwilę poczuć że są inni, tak bardzo inaczej zjebani jak ja, zjebani w inną stronę. Nie potrafię skomentować faktu że w polu czas wolny jakiś pojeb wpisał "Oglądam Tv". Każdy ogląda Tv, ale żeby nie mieć jakiś zajęć, jakiś ambicji, jakiejś pasji? Żeby sie specjalnie na kurs modelarstwa nie zapisać, tylko po to by wyjść z domu?

"Książę na białym koniu"

Takie były preferencje pań z przedziału wiekowego 18-25. No kto by nie chciał? Która z nas nie marzy o umięśnionym brunecie, stylowo ubranym, ze świetną pracą, samochodem i domkiem letniskowym w Kołobrzegu? I wiadomo... miły, inteligentny, oczytany, znający języki (jes of kors, naturliś ja wol, absolimo), zabawny, dobry w łóżku, niezdradzający, kupujący buty i sukienki...No kto by nie chciał? Hmmm... ale... czy przypadkiem ... tacy... ludzie... nie istnieją? No ja nie wiem, jak masz takiego chłopaka, to super, gratulacje i "Lubię to" na fejsie. Serio. MhM.

Zamykam kartę z portalem randkowym i idę napić się herbaty, bo czy jest sens? Czy jest sens w tym, że tylko się zdenerwuję, że zniszczę sobie nerwy jak mogę na spokojnie napić się herbaty i poczekać na księcia na białym koniu? To nie ma sensu. Ludzi jakich szukam nie znajdę w internecie. Znajdę w bibliotece, na koncercie Dip Parpl czy innego Ret Hod Czili Peperz, znajdę w empiku przy płytach, znajdę w Tesco, znajdę gdzieś, kiedyś.

Ale nie dziś.