15 lutego 2015

Naznaczona

Po-walentynkowy wieczór dobiega końca, a ja pod wpływem tym razem informacji z instagrama (dzień wódki dopiero będzie, więc spox - wyczekujcie rzewnych pościków) zadumałam się (znów) nad swoją egzystencją (marność nad marnościami). Zapodaję właśnie najlepRZy surfrock. Nalewam sobie herbatki z sokiem malinowym, owijam szczelnie kołderką i pochylam się pokornie nad klejącą się klawaturą. Znów.

Moja dobra znajoma zaręczyła się. Wiek podobny, reszta już nie. Ale wiadomo, takie rzeczy się nie liczą. Nie ważne, czy jesteś brzydki, czy gruby, czy głupi, czy inteligentny, czy niski, czy wysoki, czy jesteś hujem, czy szmatą, czy pierwszą lepszą raszplą. Nie ważne czy jesteś Hitlerem a twoim hobby jest masowe zabijanie wszak i on miał dziewczynę. Nie wiem o co mi chodziło w tym akapicie bo poszłam jeść zupę. Ale... aaa! Tak! Ważne, że jest ktoś dla kogo warto się uśmiechać, warto wstać z łóżka i walczyć.

No to... moja znajoma się zaręczyła. Nie, nie jest w ciąży, nie umiera, jej chłopak nie wyjeżdża. Ma lat 20 a jej chłopak 18. Kochają się. I to jest piękne. Chyba. Znaczy się... no jeżu, no wiadomo... bez zazdrości. W sensie gratki, daję dysię i liczę na rewanżyk. Zostaje mi cieszyć się z jej szczęścia, bo na nie zasługuje. Jest wspaniałą osobą, pomocną i w porządku.

No ale jak to jest? (Ulubione pytanie życia, nie tylko po wódce ale i już na trzeźwo)

W sensie... Oj kurwa.

Po prostu nie mam komu zaufać. No kurwa mać. Potrzebuję odrobiny akceptacji i zaufania.