30 czerwca 2013

Poimprezowe smuteczki

Oblewamy maturę. Jest 5:33. (piszę to dla siebie, żeby pamiętać, że była taka godzina, jak zaczynałam pisać i płakać). Wszyscy śpią. Fajne są takie imprezy. Zwłaszcza u mnie. Nikt nie płacze, wszyscy się dobrze bawią, dużo śpiewają, nie ma bójek, jest mało zdjęć. Wiadomo im mniej zdjęć tym lepsza impreza. Wiadomo też, że nie ma imprezy bez ofiary np.: poparzenie, rzyganie, krew. Ale to znaczy że było spoko. Teraz jest najlepiej. Słońce wschodzi, wódka się kończy i wszyscy śpią. Pojedyncze jednostki wracają z imprez do domu, chwiejąc się niemiłosiernie. W takich chwilach, bo przecież nie będę spała, nachodzą mnie różnego rodzaje refluksje (błąd celowy).

Zawsze robią się grupki. Mniejsze, większe, pary, indywidua. Czy by było 100 czy 5 osób - zawsze. Nie po to imprezujemy razem, by siedzieć w osobnych pokojach, a jak jedna grupa przychodzi, to inna wychodzi. Najbardziej mnie chyba boli, jak są pary. Nie potrafię im spojrzeć na twarze, bo tak mi głupio, że mogłam im przerwać coś "ważnego", że może w tej chwili mieli się pocałować, że jeżu, mogli uprawiać właśnie seks, a ja im wchodzę, tak bezczelnie, i się pytam, czy mogę sobie sprawdzić autobusy do dworca. Teraz też mi głupio, bo siedzę przy tym kompie, jak głupia jakaś, a poszłabym na balkon zapalić czy popłakać, ale nie, bo w pokoju z balkonem są oni i mi głupio, że im zakłócam prywatność, choć to moje mieszkanie (!!!). Borze. A może ja też chciałbym tak teraz zadzwonić do kochanka, że "O-borze, Andrzej, tak Cię kocham misiu". I nie certolić się, tylko wyjść na ten jebany balkon, zapalić i powiedzieć "Tęskno mi Panie" do tego jebanego świata, i stać na tym zimnie, czuć dreszcze na ciele, ale czuć, i mieć świadomość, że ktoś jest tu przy mnie, bądź rozumie mój ból. Bo być może, ja też chciałabym kogoś przytulić i nie mówię tu o napalonych laskach co mnie macają cały wieczór licząc na przygody, bo tego akurat nie potrzebuję. Może ja też chciałabym pogadać, pośmiać się, spojrzeć w oczy, poflirtować. A tu taki huj.

Chciałabym mieć świadomość, że jest ktoś w świecie, co też tak stoi na tym balkonie, akurat teraz, drży z zimna, leniwie zaciąga się papierosem i myśli to samo co ja. Że też by chciał, ale tak obok, a nie obojętnie jak turyści. Bo w sumie, lepiej się stoi we dwóch, blisko siebie - by trzymać ciepło - i patrzy na wschód słońca, na wracające miss mokrego podkoszulka w jednym bucie. I w sumie fajniej tak krzyknąć razem, żeby poszły do kościoła z nami na piątą (rano, a jak). Takie śmieszki, żeby były. I żeby czuć, że nie jesteś sam. Przynajmniej raz. Że ktoś jest tu i teraz. Żeby się nie liczyły jakieś pary na kanapie w salonie, tylko ta fajka, albo i nie, i że jest ktoś obok, co czuje to samo co ty.


najlepiej się czuję patrząc na wschód słońca (ew. zachód, ale wtedy zwykle popłakuję)

14 czerwca 2013

Gwałcę replay. Namiętnie

Wracałam dziś o piątej z imprezy. Najpiękniejsze chwile w życiu. Te kolory, te babcie. Wciąż kocham rum i jestem nieszczęśliwa. Pozdrawiam.

Dwje wersje.




najlepsze jest to, że nie opublikowałam części III.

przy dwóch ostatnich wciągam kolejną kreskę nieszczęścia

2 czerwca 2013

Wesela, wesela

W życiu każdego człowieka nadchodzi taki moment, czy to kuzynka się trafi, czy to brat, czy jakiś wujek po kisielu, że na wesele iść trzeba. I na nic są tłumaczenia „Ale mamo, muszę zabić tego Trolla na 29 levelu w Word of Wordcraft” czy „Patrz tato, moja pleśń zmieniła kolor, to z pewnością zmieni przyszłość całej nauki!”. Po prostu trzeba się spiąć, wskoczyć w garniak, czy tam kiecę jakąś, umyć się trzeba, a zęby przede wszystkim, bo zdjęcia będą robić. Nie jest miło. Nie jest nawet fajnie.

Jadźka, wyglądasz pięknie (ale przytyłaś)

W Polsce, a szczególnie w „zaścianku”, ciekawym jest zjawisko lansu, który jest charakterystyczny dla takich zgromadzeń rodzinnych jak wesele. Wszystko zaczyna się wraz z przyjściem zaproszenia na to fantastyczne wydarzenie. Ba, nawet wcześniej, bo popularna staje się w Polsce impreza zaręczynowa. Dowiadując się o weselu, w głowach naszych matek, cioć, wujków, ojców i innych kisielowych krewnych pojawia się potrzeba zaistnienia w świecie. Chcą podczas imprezy pokazać się z jak najlepszej strony. Wiadomym jest, że chcemy wyglądać fantastycznie, chcemy zostać zapamiętani jako dobrze ubrani, jako osiągający sukcesy. Prawdy nikt znać nie musi.

Zaczynają się poszukiwania sukienki. Oczywiście, wybór pada na te najkrótsze, najskąpsze czy też najbardziej błyszczące. Pojawiają się też pierwsze teksty „Co, ja w 42 nie wejdę? Jeszcze dwa lata temu miałam 40!”. To dopiero początek. W takich też sytuacjach pojawiają się też pierwsze myśli samobójcze „JezusMariaPrzytyłam!”. A tylko dwa tygodnie do wesela. Czy jest coś zabawniejszego, niż czekanie na pęknięcie sukienki ciotki Zosi? Chyba nie.

Nie zapominajmy o fryzjerze i kosmetyczce. Na weselu możemy zobaczyć przegląd top trendów ostatnich trzydziestu lat, w zależności, kto i w jakim czasie miał szansę brylować na imprezach. Efekt końcowy jest taki, że dwie osoby mają takie same sukienki albo ktoś wyszedł jak gwiazda niemieckiego kina pornograficznego, co jest oczywiście charakterystyczne dla osobników z Polski wschodniej i Pomorza.

Życzenia

Pomijając cały proces dojazdu do miejsca zbrodni („Zygmunt, zgubiliśmy się!”) i ceremonii ślubnej („Andrzej, rób zdjęcia!”), możemy spokojnie przejść do życzeń.
Tuż po wyjściu pary młodej z kościoła/urzędu stanu cywilnego, w tymże miejscu ustawia się gigantyczna kolejka z kwiatami, podarkami, misiami czy kopertami. Na całe szczęście nie wiem jak to jest usłyszeć od rubasznego wujka słowa „Chędoż często, czasem rankiem, zawsze dobrym bądź kochankiem. Zrób śniadanie żonie rano, by ci dała dziś w kakao”, „Na krewniaka czekam z wódką, trzymaj żonę swą pod kłódką” czy „Dużo seksu, mało dzieci, niech wam życie tak nie zleci, jak mi dzisiaj kubeł śmieci”. Serio, kto chciałby otrzymać takie życzenia? Łapka w górę!

Prezent Perfect

Czymże byłby wesela bez prezentów? Oczywiście kwiaty, to podstawa. Im większe i bardziej fikuśne tym lepiej. Kimże byłaby chrzestna z Opola be nowej pralko-zamrażarki w tym pudełku wielkości fiata 126p? Niczem. Nie tylko strój definiuje naszą postać w plotkach na najbliższe pięć lat, ale i prezent jakim chcemy nagrodzić parę młodą za ten samobójczy krok w stronę ślubnego kobierca. Najczęstszym prezentem są pieniądze albo puste koperty, jednakże miałam okazję zobaczyć gigantyczne misie, które nie sposób było wziąć, a także pudła z porcelaną w kaczuszki. Ludzie bywają bezczelni i na prośbę jednej z licznych krewnych by zamiast kwiatów przynieśli kupony lotto, przynieśli… kwiaty. Tony, miliony tuzinów. Za przeproszeniem, co komu po kwiatach, które za trzy dni zwiędną? Jasne, można dać jeszcze słodkie bukiety, ale taki jeden stoi od dwóch lat u mnie na pianinie. Z pewnością zacznę go jeść. Teraz.

Nałóż sobie szaszłyczka


uważaj Kazek, bo pobrudzisz

Po tradycyjnym toaście i szalonym "100 lat" czas na żarło. O jedzeniu na weselu można pisać poematy. Ale zawsze jest taki sam standard: rosół i ziemniaki z kotletem. Pary młode starają się wymyślać co ciekawsze dania, by urozmaicić smaki gości; czasami to wychodzi a czasem nie. Fontanna z czekolady, to istny hit weselny. Niezła atrakcja, dla mieszkańców Podlasia i Beskidów. Ale cóż z tego, skoro owoce nieświeże, stare jajka zepsuły ciasto, a ziemniaki niedogotowane?
Dobre jedzenie = dobre wesele. Z tego co najczęściej było wspominane w domu z imprez weselnych, to jedzenie. A u Kaśki były płonące szaszłyki, a u Grażyny nie podawali jedzenia, a u Witka, Kazek z Mirkiem pili wódkę z pieprzem, żeby zabić salmonellę itp., itd.

One Vodka… four vodka... floor

Wesele bez wódki? Ocipiałeś? Nikt na trzeźwo nie będzie tańczył, jadł i grał w żenujące zabawy organizowane przez rubasznego wodzireja. Alkohol to podstawa. Choć czasu się zmieniają - niektórzy chcą cichej i skromnej ceremonii zwieńczonej obiadem w gronie najbliższych, jednakże goście i tak robią swoje. Przykład z autopsji. Była wódka, ale mało, bo wyliczona symbolicznie. Nie było nawet muzyki. Lecz od czego są goście (świetnie poinformowani o takim, a nie innym przebiegu imprezy). Zajechali do sklepu, przywieźli wódę i muzykę. Choć sala była opłacona jedynie do dwudziestej pierwszej, to i tak niedobitki były wynoszone około północy. I nie sposób nie przygotować kolejnych butelek dla wychodzących gości. Nie mogą wyjść spragnieni.

Wódkę można by wcisnąć prawie w każdy omawiany aspekt, bo po wódce jesteśmy bardziej otwarci, towarzyscy, zabawni. Prawie zapomniałabym o momencie upojenia alkoholowego, kiedy to twoi wujkowie nie poznają własnych siostrzenic/bratanic i zaczynają je podrywać, oczywiście nie ma w tym nic złego, dopóki nie tańczysz z takim jednym, a on zaczyna cię obmacywać i wieszać się po tobie. Bywa też tak, że podczas picia wychodzą rodzinne tajemnice skrywane od lat. I nie ma bata. Musi być wpierdol. Bez dwóch zdań to taki weselny standardzik.

Masz już chłopaka?

Small talk nie jest polską specjalnością. Siedząc pośród starszych cioć i wujków jesteś poniekąd skazany na grad pytań, jakimi zasypią cię podczas deseru. "Gdzie do szkoły?, Jakie studia?, Jaka praca?, Masz chłopaka?, Czemu z nim nie przyszłaś?, Gdzie jest twój narzeczony?, Jak mama brała ślub, to była w twoim wieku. Ciotka Józka, to już miała jedno dziecko, a drugie w drodze. Co tam słychać, He?" Pytania te, choć pozornie proste, są studnią bez dna. W takich sytuacjach możesz liczyć na swój urok osobisty (albo i nie) a także na inteligencję (albo i nie), by usłyszeć „Gadane masz jak ojciec”. Po wspomnianym wyżej alkoholu wychodzą także prywatne poglądy nie niektóre sprawy. Np.: na politykę. Ach, ile kłótni, waśni i sporów wywołał ten wdzięczny temacik. Ważne, że wesele to możliwość do wymiany poglądów, opinii i sądów na dane tematy. Bo przecież, trzeba wiedzieć „Co tam słychać w handlu, Ziutek?

Muzyka i zabawa


żeby jej ino fryzury nie zniszczył!

Skoro mamy już wódkę, to czas na zabawę. Nie oszukujmy się, ale dobry zespół to filar polskiego wesela. Już na etapie planowania musimy wyzbyć się marzeń o kwartecie smyczkowym czy o zespole Death metalowym. Nawet, jeżeli twoi goście, to norwescy drwalowe z brodami, zafascynowani kulturą celtycką. Disco polo z lat 90’ jest niczym smrodek ciągnący się za skunksem. Niby nikt nie lubi, ale wszyscy znają i dobrze się przy tym bawią. Do lamusa wciąż nie odeszły typowe zabawy. Przeciąganie jajka czy innego banana prze nogawkę spodni, silnie kojarzy się z jednym. Kilka dni temu oglądałam wideo z wesela kuzyna, gdzie pod sam koniec zabawy goście dobierali się w pary i która z nich szybciej się rozebrała bez użycia rąk ta wygrywała. Oczywiście wśród tych zabaw są tradycyjne oczepiny, które kończą się różnie. A to szczęśliwi ludzie, którym udało się złapać bukiet i muchę muszą się pocałować, a zazdrosny partner któregoś z nich wszczyna bójkę. Albo jakieś jajko zostaje zgniecione podczas wędrówki wzdłuż nogawki. Bywa też, że któryś z podchmielonych wujków wychodzi na parkiet i zaczyna robić areobik albo… striptiz.

Polskie wesele dobiega końca. Wszyscy są spici i zadowoleni. Na wierzch wyszła kolejna rodzinna afera, która będzie się ciągła do kolejnego rodzinnego spotkania. Ciotka Kryśka jest definitywnie pokłócona z ciotką Anetą, a wujek Zbyszek jest już za stary na dansing (dlatego ta karetka). Nowożeńcy liczą straty, a ich rodzice są dumni, że nikt nie zarzygał toalety, jak to było u kuzyna Grześka. Wodzirej rzuca ostatnie zalotne spojrzenia na wychodzące dziewczyny, dając im znak, że na pewno zadzwoni. Jeszcze dzisiaj. Wszyscy są szczęśliwi, bo wybawili się za wszystkie czasy, a typowym, polskim weselu.

Amen.