6 sierpnia 2016

+ 2400 netto do obojętności

Dostałam pracę. (LOL) Po trzech latach zlewkowego podejścia do studiów dostałam pracę w quasi-korpo. Już w styczniu mówiłam, że chciałabym po licencjacie iść na staż do biura tłumaczeń, że niby to jest moja przyszłość. W ostatniej chwili zmieniłam zdanie z darmowej katorgi z niepewną może-umową w przyszłości na biuro z tarasem, z panią robiącą kanapki i zupy, oraz z ludźmi z którymi codziennie przybijam piątkę. Taka zwykła, za biurkiem a nawet jest ok.

Wszyscy znajomi i rodzice bardzo się podjarali, że idę do pracy, że łał, że jestem taka samodzielna. Prawda jest taka, że denerwował mnie brak odpowiedzi, a po telefonie z biura było mi to po prostu obojętne. Chyba chodziło mi o to, by kolejnych wakacji nie spędzić w domu, gdzie jedyne, co mogłam to gotować, sprzątać i we wszystkim pomagać. A tu robię to samo i jeszcze mam za to kupę kasy. Nie wiem na co wydam ten hajs, bo jestem strasznie skąpa, ale pewnie pójdzie to wszystko na jakieś głupoty typu Aliexpres (nie daj Boże) albo pierdolety z sefory.

Jest we mnie bardzo dużo obojętności. Wszystkie te porywy serca, rozpacz, rozmemłanie, ta heroiczna walka z wiatrakami było nic nie warte i kosztowało mnie masę nerwów. A może po prostu broniłam się przed obojętnością? Przechodzi mi powoli. Wciąż przeżywam porażki, ale częściej bywa mi po prostu pusto niż przykro z jakiegoś powodu. To smutne, że taka młoda osoba mówi, że jej nie zależy, ale czy mi kiedykolwiek zależało?

Jedyne czego się obawiam to to, że pod presją czasu, znajomych czy mamy, zdecyduję się spędzić życie z człowiekiem mi obojętnym. To znaczy, że będę z kimś, bo tak jest wygodnie a nie dlatego, że go kocham. Wciąż (niestety lub stety) mam nadzieję, że nie będę taka samotna, że będę miała komu zrobić obiad albo mieć z kim wyjść do parku. Tak bardzo tego chcę i tak długo na to czekam. Pragnę akceptacji, czasu i ramienia do którego można się przytulić. Czy to tak wiele? Chyba tak. Bo wszystko powoli we mnie umarło, ale nadzieja się jeszcze tli.

Jeszcze.