21 września 2012

Zaprzedałam duszę za czerwone M&M'sy


soundtrack

Od ponad pół roku nie napisałam niczego wzniosłego, ambitnego, czy czegoś co dałoby się jakoś przytoczyć. Raczej prace typu zachowania społeczne w Polskim internecie, wstępna analiza do "Burzy" Szekspira czy donos na sąsiada nie są powszechnie akceptowane jako sztuka wysoka.
Komiksy też nie. (nie chcę sobie robić nadziei, że jednak coś robię)

Piszę, zazwyczaj, gdy ktoś mnie niemiłosiernie wkurwia. A teraz? Nie mam siły by coś mnie wkurwiało. Nawet konkursów literackich nie ma porządnych, żeby w nich wygrać kasę na buty czy fajki (których nie palę).

Nawiązując do tematu... nawet nie jem M&M'sów tylko czasem robię sobie zapiekanki. Czasem zapłaczę, czasem zatańczę, posłucham Joy Division. Oglądnę tv, wyłączę komputer przed 22. Z rana oglądnę porno.

7 września 2012

Mięsne Dranie

Mięsne Dranie po raz trzeci w mojej ulubionej dolinie zaściankowości i debilizmu. Głupota miesza się z fanatyzmem religijnym i spermą kolegów z przedszkola gdzieś pod krzakiem (nie ze mną). Marzeniem z dzieciństwa było przebranie się za Lorda Vadera, Klauna albo kolesia z kartonem na głowie. Skończyłam na tym, że przeleżałam cały koncert, czekając na zbawienie. Grupy koncertowiczów te same, fajne bojsiki nie-same, brzydkie laski- z bojsikami, a geje z przyjaciółmi. Nocny Harcerz - samotnie, ale i sam.

Elegancka koszula, spodnie spoczko, vansiki, alkohol - nie ma bata- i fajki - choć bida. Wzięłam kurtkę, w którą wsiąkały ostatnie krople deszczu; patrząc jak ludzie tłumnie czekają do wejścia smoka. W słuchawkach Iggy Pop, The Kinks i Joy Division. Zawyżam sobie mniemanie o dzisiejszym koncercie takimi pierdołami, tylko po ty by stwierdzić, że grali jak zwykle, czyli chujowo. Nie chodzi o MG, bo to akurat było bez zarzutu - wiadomo mega i magia. Jest po prostu chujnia na mieście. Super, mega, niezależny perfomans artystyczny gwiazd wielkiego formatu. blablabla. Serio takie koncerty, któryś raz z rzędu są nudne. I nie jest to koncert Stonesów czy Sera Dżona Ęltona, że trzeba ich widzieć i słyszeć. Jak na mój obecny stan psychiczny (chcę być niewidzialna) wystarczy, że słyszę. To i tak dużo.

Jedyny plus: bilety za 2 dychy. A ja i tak nie weszłam na teren koncertu. Zagadałam do ochroniarza, kiedy kończą, żeby mnie puścili darmo, ale to jakieś bubki z Warszafy. Tom poszła do baru przy kładce, piwo zamawiając, do barmana uśmiech puściłam zalotny, wyszłam na pole i zapaliłam fajkę. Piwo do dna. I poszłam szukać miłości, oddalając się od niej. Szłam przed siebie, nie patrząc na tłumy zmierzające w przeciwną stronę. Czułam się jak bohater na ostatnich dziesięciu stronach, po bitwie, co patrzy na pobojowisko i wdycha dym zwycięstwa (nikotyna, biczys). I tak szłam, mijając ludzi, przystanki, drzewa i sklepy. Miasto wymarło. Zmęczona podróżą, zasiadłam na przystanku i łez parę uroniłam. Bo nie weszłam, bo szkoła, bo bieda zamknięta, bo źle, bo brak bojsika, bo mama zauważy ubywającą Pepsi z Cytrynówką Lubelską. Jak se popłakałam, to usłyszałam dźwięki muzyki z niedaleka płynące, słyszałam śmiechy przyjaciół i wrogów (ponoć to nie to samo).

Gratuluję zjebanego życia.