28 sierpnia 2015

Sierpień

-Nie lubię sierpnia. No, po prostu nienawidzę. Nie wiem dlaczego. Zawsze jestem taka jakaś niespokojna, neurotyczna, melancholijna, częściej popłakuję i jem, a mniej spuszczam z krzyża bo i tak po tym wszystkim się popłaczę. Boję się, cholernie się boję. A czego?
Nie wiem.
Jestem taka niespokojna, mam niespokojny sen i sny. Budzę się zlana potem, jakby już, tuż tuż, było coś strasznego. To kolejny rok z takim dziwnym posmakiem sierpniowej niepewności a potem okazuje się, że nic się nie wydarza. Bo nic się nie wydarzy. Takie lęki byłby racjonalne w przeddzień urodzin (bo jesteś rok starszy niż byłeś, a dalej nie zaruchałeś) czy pod koniec roku kalendarzowego. No, coś się kończy, źle nie było, dobrze też nie. Kolejny smutny rok samotności, alkoholu i nierealnych wyobrażeń na temat ludzkiego ciała w niemieckich produkcjach pornograficznych z lat 90'. Dużo łóżka i mniej ludzi. Jeszcze mniej nadziei i jeszcze więcej leków przeciwbólowych. Dużo bezsennych nocy i jeszcze więcej łez bezradności. Konwulsje z bólu i takie poczucie, że zaraz musisz zwymiotować, bo już nie wytrzymujesz. I choć w sierpniu gotuję najwięcej, smażę jabłka i kotlety, zaprawiam konfitury i robię soki z własnoręcznie zebranych owoców, choć suszę pomidory i pławię się w dobrociach ziemi, choć próbuję nieznanych smaków, tracę apetyt. Wypycham na siłę kolejną łyżkę jogurtu, otrąb; nawet hamburger czy gniotki (gnocchi) z gorgonzolą nie są wstanie zabić posmaku obrzydzenia. Nie tylko wobec siebie, ale i wobec świata. Tak bardzo mi niedobrze, tak bardzo jest mi źle i tylko liczę na rękę, która mnie z tego wszystkiego wyciągnie. A jak się pojawi chociażby palec, to uciekam, bo nie chcę być od kogoś zależna, nie chcę być wdzięczna, nie chcę komuś czegoś wisieć. I tak z jednego marazmu w drugi.

Chodzę do psychologa i jedyne co zauważyłam to, to, że wszystkie moje "phoblemy" to po prostu wpływ pojebanych zachowań mojej matki( i jej rodziny), która no cóż... jest tylko moją matką. Kiedyś bardzo mi to przeszkadzało, dziś wiem, że to ona powinna iść na tę terapię,a nie ja. I jeszcze na siłę wypycha mnie z chaupy w ramiona "wyimaginowanych" bojsików (no bo z tym koleżkom z czerwca nie chcę mieć nic wspólnego). Jak mnie to denerwuje! Jestem jak bulterier, jak wściekły byk, jak Tomy Lee Jones w "Ściganym". Ale uśmiecham się i mówię jej "Jeszcze słowo, a się puszczę z murzynem i będziesz miała czarnego wnuka. F.U.J!" a potem wracam do budowania kolejek. Tyle mam co się pośmieję.

Wiesz kiedy się dobrze czułam? Kiedy jechałam do Niemiec. Kiedy gnałam autostradą, z głośników krzyczeli Samanta Fox, Sabrina, Michale Jackson i Tina Turner. Czułam się dobrze. Czułam na chwilowo wolna od tego wszystkiego. Tak bardzo się boję. Tak bardzo się boję. Boję się. Nie czuję się sobą, tak jakbym chciała... czy ja wiem uciec sama z siebie. To jest straszne bo nie ma już niczego, czym mogłabym się napełnić. Czym mogłabym wypełnić tę zasraną pustkę po sercu, płucach, po uczuciach. Gry, alkohol, telewizja, internet, telefon, jedzenie, to mało. Modlitwa, to też mało. A ja bym tak chciała przestać się martwić, przestać się już bać raz na zawsze. (I żeby mnie ktoś potrzymał za łapkę)

-Może dlatego, że sierpień to miesiąc trzeźwości?

-A, może.

17 sierpnia 2015

Ch-ch-ch-changes

Ostatnio czuję się dość dobrze. Dziwnie dobrze. Ale spokojnie, Panowie, to tylko pozory. Chodzę do pracy, nie narzekam, czytam sobie różne książki, wieczorem gram w Wieśka i nieszczęsne Rollercoaster Tycoon tak długo, aż z trudem zwlokę się do łóżka (jakiś niecały metr). Trzymam się kurczowo diety, co nie znaczy, że nie oszukuję. Jest w miarę ok, gdyby nie te posrane godziny jedzenia. I tego, że wstaję, o 6 rano, żeby przygotować sobie szamę na cały dzień. Czuję się strasznie pedalsko z tymi wszystkimi pojemniczkami. Do szkoły nie nosiłam śniadania, a teraz dźwigam dodatkową torbę z jakimiś zielonym pojebstwem. W każdy wtorek o 14.20 wsiadam w pociąg i jadę do psychologa. To miłe spotkania. Trochę słabo, bo płacę komuś za to, żeby mnie rozumiał. Wolałabym mieć takie zrozumienie na co dzień, w domowym zaciszu, no ale, nie wszystko jest takie jakie byśmy chcieli. A teraz po kolei.

Klienci odwiedzający sklep, w którym pracuję, wciąż zdziwieni są poziomem słownictwa jakiego staram się używać. Nie tylko odchamiam się poprzez czytanie literatury rosyjskiej, ale i staram się wypowiadać na poziomie elokwentnego 8-latka. Mam na myśli wypowiadanie całych zdań, bez zająknięć i powtórzeń, przejęzyczeń i dziwnych zasysów, gdy brakuje mi powietrza. Staram się używać ciekawych zamienników wyrażenia "no to..", choć nie wyzbyłam się oscylującego na poziomie czterolatka ułomnego "ehe". Dlatego ciągle muszę Polish my Polish żeby się jakoś pokazać. Co nie znaczy, że nie mam ochoty wyśmiać plebejskiego akcentu, stylu czy postawy ("A-do-mi-pani-rabaot-na-te-rajtki-za-dwa-pińdziesiont?") odwiedzających mój sklep.

Nigdy jakoś o tym nie opowiadałam, ale zanim trafiłam pod ten adres "wyrzuciłam" się ze szkoły i ten blog był początkiem wszystkiego. Mamy moich "koleżanek" był strasznie zbulwersowane moją postawą ("Bo ona zawsze była rozważna"), ale cieszyły się z mojego obniżonego zachowania i ocen, a po cichu liczyły na mój tragiczny upadek, żeby ich "córcie" w końcu były lepsze ode mnie. I tak po zmianie szkoły, te matki nachodziły moją sprawdzić, czy przypadkiem nie jest mi lepiej niż było. Co więcej, nie przestały przychodzić do niej, jak poszłam na studia i przychodzą po dziś dzień, czy przypadkiem Pani Kardiolog nie ma się lepiej bo przecież "No moja Gosia to jest co tydzień w domu, a Pani córka to chyba raczej rzadko?". Kurwa, czasem mam ochotę polać tę budę benzyną i spalić, bo jak osoba "wykształcona" może być tak kurwa wścibska i jak ona może zajmować państwowe stanowisko, skoro reprezentuje sobą co najmniej umysłową Kambodżę? Nie rusza mnie to (prawie), bo przecież nie po to spierdalam, żeby się przejmować jakąś starą pudernicą.

Psycholog.
Mój psycholog (psycholożka jest strasznie pedalskie, czasami feminizacja męskich form zawodów to zbyteczna fanaberia) to spoko ziomka. Opowiadam jej dużo o Kasi Tusk i o swoim dzieciństwie (oglądałam dużo Ziarna, bawiłam się z dziećmi 5-6 lat starszymi ode mnie i prosiłam sąsiada, by sikał przez balkon - jedno z niewielu erotycznych doświadczeń, które po wpłynięciu na wody świadomości powoduje facepalm - ale jak na tamte czasy było całkiem zabawne. A i dziś fascynują mnie fontanny, krany, rączki od prysznica i rzeczy z których wytryskują różne ciecze. Co na to powiedziałby Freud?). Odczuwam pewien niedosyt. W tych rozmowach i w portfelu.
Droga ta impreza, no, ale jolo. Udane samobójstwa popełnia się tylko raz.

Przy rozmowie o tym, że "gdybym nie myślała tak wiele, to byłabym szczęśliwsza" usłyszałam kilka smutaśnych informacji. Gdzieś na poziomie 5-6 klasy podstawówkowej doszłam do wniosku, że będę się zadawała z ziomkami, który doceniają to, co mam w głowie a nie na twarzy. No to było po prostu świetne wytłumaczenie dla pryszczatej mordy, krzywych zębów i grubego dupska. Potem Pani Bozi się odwidziało i jakoś no... wyrabiam się (nie jest to jeszcze proces skończony). Ale dalej uważam, że wolałabym, gdyby ktoś mnie lubił, bo jestem fajna (a jestem!) niż dlatego, że jestem ładna (a jestem!). Ale przez ten czas było mi z tym co najmniej źle. Nie mówię, że zostałam od razu tipsiarą; solarka, usta w kolorze odbytu i blond pasemka, ale pogodziłam się z tym, że muszę skupić się na swoim PR. Muszę wyrobić swoją rozpoznawalną markę i to jest mój cel na najbliższe miesiące. To tak na prawdę najgorsza część roboty. O ile wyprostowanie zębów nie wymagało ode mnie zaangażowania, tak to, co teraz będzie się działo będzie umiarkowanie szalone i boję się troszkę, że się zatracę gdzieś po drodze. Jestem jednak dobrej myśli i może pochwalę się wynikami.

Dieta i ćwiczenia czyli bycie pedałem.
Ah. Dieta.
Myślałam kiedyś, że dopiero jak znajdę chłopaka, to wtedy schudnę i się wylaszczę (Ale żeby nie było, że jestem jakaś mega gruba i brzydka), bo przecież osobowość jest najważniejsza (pojebana, ale przynajmniej jakaś). Żeby sobie chłopak pomyślał, że "#noregrets, najlepsza inwestycja ever xoxo". Ale doszło do mnie, że :
1. Jak nie teraz, to kiedy?
2. Znając siebie, jakbym kogoś znalazła, to bym go skutecznie utuczyła, żebym sama nie czuła się taka samotna, a w końcowym rozrachunku nie schudłabym w ogóle.
3. Jakbym nie schudła i zaszła w ciążę (no na przykład: przez przypadek), na bank zostałabym jedną z tych grubych matek, które mijam każdego dnia, jak z ledwością schylają się by pobrać swe pacholątko z podłogi.
4. To jest taki typ, że nie dość, że są grube (co najmniej 100 kilo, a po sobie wiem jak wygląda 84) to jeszcze brzydkie, mają krótkie, tłuste włosy, chodzą w obcisłych ledżinsach i koszulkach, które uwydatniają to co się "przelewa" a na dodatek mają jakiś pedalski tribal albo motyla na łopatce. F.U.J.
5. Kurtka.
6. Po cichu liczę na stado adoratorów, których poznam w drodze do szkoły albo w warzywniaku, bo w innych miejscach nie bywam (#poorkidsofinstagram).
7. Jeśli ludzie na fejsie chwalą się każdym straconym kilogramem (i ogólnie robią z tego straszną szopkę), to dlaczego ja nie miałabym zrobić tego samego bez zbędnego opowiadania o tym wszystkim wokół?

Waga ruszyła (cyt. Mama: "Łoooo widać Ci kolana"). Ogólnie mam do "zrzucenia" 15 kilosów. Tak sobie postanowiłam, że nie będę jakaś super chuda, ale jakoś w miarę reprezentatywna (jakbym teraz nie była). Okolice 70 kilogramów wyglądają rozsądnie i myślę, że efekt będzie całkiem wporzo. Za mną pierwsze 3,4 kg, a co ciekawe, nie było to jakieś trudne. Po prostu jem te zasrane jogurty, otręby, jakieś marcheweczki do obiadu, jednym słowem pedalstwo. Tęsknię za ziemiorami z boczkiem i cebulą i za Cuba libre pitym po pracy na balkonie w czasie zachodu słońca (romantycznie, c'nie?). Zadziwiła mnie reakcja ojca. Sam jest raczej większy, niźli nie, ale po usłyszeniu, że wstępuję na taką ścieżkę zdrowego żywienia szczerze mi pogratulował i życzył wytrzymania co najmniej 3 miesięcy. Dziwne. Niepodobne. Szokujące.

Pierwsze 3 tygodnie diety nie obfitowały w sport (kilka wyjazdów, leń i nowe gry), ale teraz ćwiczę 3 razy w tygodniu. Biegam lub puszczam sobie jakiś pederastów na jutube i próbuję powtórzyć ich ruchy bez przewracania się. Idzie różnie, ale jest ok.

No future.
Kurwakurwakurwakurwa. Siedzę po nocach i gram aż do wycieńczenia, żeby jakoś zatrzymać potok myśli. Staram się skierować to wszystko na ilość gości w parku, kredyty i nowe misje w Wieśku. Siedzę na 9chat'cie, trollując i naśmiewając się z innych. Zabijam czas jak mogę i już nie wiem. Nie wiem co jeszcze robić. Nie zatrzymam myśli, ale chcę jakoś... czy ja wiem... przestać. Boję się, cholernie się boję. Stany lękowe nasiliły się. Od czerwca nie myślę o niczym innym jak o jakiejkolwiek formie czułości, którą mogłabym otrzymać. Z jednej strony fajnie wiedzieć, za czym się tęskniło ale z drugiej jak to zdobyć? Czym zasłużyć? Gdzie to dostać? Co teraz?




Buziaki

4 sierpnia 2015

Egészségedre

Zdaję sobie sprawę, moi mili czytelnicy, że jesteście tu raczej dla moich wywodów, kanapek z pasztetem i zwiewno-rubasznego tonu w opowiadaniach z dnia codziennego. Lecz dziś, w ramach suweniru (oprócz otwartego przed chwilą wina, zapalniczek z gołymi paniami i kupionej hurtowo koronkowej bielizny - wiadomo w jakim celu *wink wink*) będziemy mieli post podróżniczy z prawdziwego zdarzenia (choć od wyjazdu minął miesiąc). Zastanawiałam się nad formą i treścią, coby polecić wam dobre knajpki, urokliwe kawiarnie czy naukowo stymulujące muzea, ale zrezygnowałam z tego. Panie, kto to czyta? Sama wolę prowadzić zrównoważoną turystykę - za dnia kultura, nocą zaś jej brak (czyli wtapianie się w tłum lokalsów z drinkiem z palemką w jednej ręce i z papieroskiem w drugiej).

Co zwiedzić? Wszystko. W czasie 12 dniowego pobytu zobaczyłam wszystkie darmowe atrakcje polecane w listach "co czeba zobaczyć w Budapeszcie". Najlepsze rzeczy z tego wyjazdu?

1. Parlament

Jaki jest, każdy widzi. Wszystko ładnie, tylko kto myje te wszystkie okna? Byłam tam o każdej porze dnia i nocy. Świetna sprawa.

2. Lody w kształcie Różyczek.
Szał. Kolejka krótsza niż do wrocławskich PolishLodów ale sztuka wykonania zachwyca. Smak taki sobie - mówię to ja, bo na lodach to się znam *wink wink*(650 huf czyli ok. 9 zł za chwilkę przyjemności).

3. Citadela.
Taki widoczek z góry

Taka górka, na którą się idzie z pół godzinki i nie ma tam łazienki. Brak sklepu z piciem wynagradza widoczek na całą okolicę.


4. Akwarium
Chciałam wrzucić fotkę swoich nóżek, ale są zbyt blade (powiedzmy)
Deak ferenc ter. Kwadrat 10x10 (no, może więcej, ale nie mam miarki w oku) o głębokości 0,5 metra do moczenia nóg. Najlepsze miejsce do opalania i pośredniego kontaktu z wodą i za darmo.

5. Darmo szama

Bier, Grażyna, bo za darmo.

6. Margrit
Wyspa Małgorzaty to idealne miejsce na piątkowy wieczór. Bar zapodaje najlepsze lemoniadki na świecie (zimne i orzeźwiające). Bliskość wody sprawił, że czułam się prawie jak w Sopocie. Prawie, bo nie śmierdziało.

7. Tesco/aldi/spar. Cokolwiek z klimatyzacją.
Jednym słowem: Pogoda nam sprzyjała.