2 października 2015

W.e.g.e.t.a.c.j.a.

Mija kolejny uroczy dzień, kolejnego uroczego miesiąca. Mamy jesień, a od czerwca moje smutne życie stało się jeszcze smutniejsze. Wystarczyło lizanko na peronie, macanka w parku, by wspomnienia pewnej uroczej soboty stały się udręką dnia codziennego. U.D.R.Ę.K.Ą.

Czuję się teraz jak Bridget Jones, którą gardzę za typową małomiasteczkowość, naiwność i próbowanie na siłę by zmienić cokolwiek. Oj, przecież ja jestem taka sama. UPS. Jak zwykle popłakałam się pod prysznicem, już po popatrzyłam na siebie w lustrze i postanowiłam. Koniec kurwa, wegetacji. Pobudzona potrzeba czułości i dotyku drugiej osoby (albo czegoś ciepłego i miękkiego) zamieniła moje smutne i melancholijne życie w koszmar.

Czuję się jak gówno. Co z tego, że jesteś ładny, skoro jesteś chujowy? Pani psycholog powiedziała mi, że nie będę inteligentniejsza. Szkoda. Niby stosuję te rady, niby jakoś widać zmianę zachowania, postawy, że niby pewniej, pierś wypięta, brzuch wciągnięty, quasi-uśmiech, żeby nie odstraszyć. Widzicie te martwe oczy? Po prostu dead inside.

Chodzę. Trochę uciekam od wszystkiego; współlokatorów, rodziny, uczelni, od blogaska. Po tych 10 kilometrach mam dość wszystkiego. Przynajmniej zmęczona zasypiam szybciej nie myśląc o tym co było, czy co będzie. Nie mam też depresji, żeby winić ją za taki stan rzeczy. Czuję się silniejsza na ciele. Dusza jest martwa, serce na ostatniej prostej do dołu. Co to za życie?

Dieta doprowadziła do tego, że nie jestem w stanie zjeść ciężkostrawnych rzeczy. Czipsy, pączki; nawet po drożdżówce jest mi niedobrze. Codziennie kurczak z makaronem, lub z ryżem (czy kaszą), pomidorowa ew. rosół, czasem ziemniaki. Boję się ugotować spaghetti, kupić salami a co dopiero zjeść pizzę. W czasie nocnego wypadu na miasto po jednym piwie rozbolała mnie wątroba. Poszliśmy coś zjeść i dostałam jakąś kanapkę z podpiekanym gównem (lepsze to, niż McDoanld). Zjadłam z niesmakiem, a resztę nocy spędziłam zwijając się z bólu i popijając kolę. Czy ja mam teraz jeść cieciorkę czy innego gówno? Czy moje życie będzie kiedyś smakowało tak dobrze jak włoskie wakacje w słońcu Toskanii, a nie jak kolejna sucha kanapka z chudym twarogiem, jak gówno? Słabo, bo moje życie kręci się wokół jedzenia, ale wokół czegoś musi. Chyba lepsze jest to, niż ciągłe leżenie w łóżku i popłakiwanie w podusię, za to, że jest się zwykłą, pustą pizdą.

Mija kolejny rok, a ja wciąż niczego nie osiągnęłam. Ani sławy, ani pieniędzy, ani życia emocjonalnego, ani prywatnego. Nie udało mi się utrzymać ciekawej znajomości dłużej niż 3 miesiące (bo już w lipcu wiedziałam, że to pierdolnie, ale żyłam nadzieją aż do wyczerpania zapasów), nie udało mi się mieć wyższej średniej, nie udało mi się uciec, nie udało mi się nic, nie udało mi się żyć.

Dni mijają, a ja sobie W.E.G.E.T.U.J.Ę.