8 lutego 2013

Żart życia

Miałam okazję do wywinięcia największego, najbardziej epickiego i zjawiskowego żartu życia. Przebiłby on tort, czipendejsów i "nju lajf". Osiągnęłabym mistrzostwo trollingu, zła i destrukcji. Byłabym panią narodów na rydwanie ognia. (taki post-apokaliptyczny żart, ale tak się widzę). Zniszczyłabym dużej grupie osób dzień, który ma być wyjątkowy. I byłby. Nie tylko wyjątkowy, ale i niezapomniany, epicki i kosmiczno-fantastyczny. A ja pławiłabym się w demonizmie, chaosie i fontannie z czekolady.

Na pewno byłyby niezapomniane wspomnienia: ja na zdjęciach, ja na filmie, ja tam, gdzie być nie powinnam, ja w jaskini lwa, potem jakiś głupi komentarz, i seria: ja po wpierdolu, ja bez zębów, straty w alkoholu, ja pod kroplówką i ja ze szwami.

Miałam okazję do wywinięcia największego i najlepszego żartu w życiu. Ale dowiedziałam się o nim troszkę za późno (jakieś 2 godziny). Gdyby nie to, to prawdopodobnie nie siedziałabym teraz przed komputerem i nie czekała, aż załaduje się gra. Teraz byłabym pewnie w więzieniu, szpitalu(80% prawdopodobieństwa) albo w barze opijając swoje moralne zwycięstwo. Wpierdol byłby nieunikniony, ale zepsucie studniówki byłoby tego warte.

Niezapomniany żart z życia pozostał tylko marzeniem.