24 marca 2016

Wiosna 2016

Ludzie chyba tak mają, że przeczuwają różne rzeczy i się do nich podświadomie przygotowują. Na przykład do śmierci. Każdy kiedyś umrze (na szczęście, choć raczej jest mi to obojętne), ale dopiero w podeszłym wieku myśli o tym, kogo wychujać i nie przepisać mu spadku. Czasem przygotowujemy się do zmian w życiu, czasem tylko do zmiany stylówki. Mówi się, że kobieta zmienia fryzurę, kiedy zamierza rozpocząć nowy etap. Słabo, bo siana nie zamierzam ścinać, farbować, wydłużać czy nawet prostować, a gdzieś tak w głębi pustego serduszka czuję, że coś się zmieni.

Robi się tu coraz puściej. W życiu, na komputerze, na tapecie i archiwum rozmów. Skrzętnie usuwam jakiekolwiek ślady dawnych znajomości. Bez pardonu żegnam znajomych z facebooka i blokuję ich konta, tak by o nich zapomnieć. W liście zablokowanych coraz więcej osób. Myślę, że już dawno przekroczyłam 100. Ot, tak. Usuwam zdjęcia, teksty, listy i notki napisane w 2011 i dotąd nieopublikowane. Jakbym szykowała się na coś nowego. Jakbym nie wiedziała, że to nie nadejdzie.

Usuwam też stare esemesiaki, kontakty z telefonu i historię stalkowania. Nie liczę już tygodni odkąd ostatni raz rozmawialiśmy. Wyciągam z szafy stare, nienoszone już ubrania, wyrzucam je, albo zawożę do domu licząc, że same znikną. Regularnie sprawdzam też karton z bielizną i skarpetkami; nawet najmniejsza dziurka dyskwalifikuje to do noszenia. To nie jest tak, że nie dbam. Ratowałam kiedyś sweter. Cerowałam powiększającą się dziurę, w pasmanterii zakupiłam specjalną nitkę w jego kolorze (szarą). Zaszywałam bez ustanku, aż poddałam się, gdy zaraz po zaszyciu - następnego dnia w czasie wkładania - dziura rozciągnęła się od pachy aż do łokcia.

I wiecie co? Tak sobie usuwam te rzeczy, kasuję pamiętniczki, śmieszki, heheszki, wymazuję wspomnienia, choć wiem, że do tego trzeba czasu (albo czegoś bardziej spektakularnego), ćwiczę na nowo dystans, nie spinam się, że coś muszę, nie oczekuję i jem dużo warzyw. Ale w głowie mam pusto. Nie mam o kim myśleć, nie mam o kim śnić. Na siłę do moich "scenek rodzajowych" podstawiam twarz i charakter typa z uczelni (którego nienawidzę) czy sąsiada spotkanego w windzie. I jakoś to nie wychodzi.

Znów nadeszła ta pora czytania horoskopów, tragicznej chęci przygotowania się na przyszłość. Przewidzenia, kiedy i gdzie może czekać jakaś zmiana. Jedyną zmianą jaką widzę to tight gap wyławiający się z wciąż jeszcze tłustych ud. Jem dużo kaszy i dla niepoznaki wysypuję do niej zmielony ostorpest, który ma pomóc mi przyśpieszyć pracę wątroby (czyli i spalania tłuszczu). Wynikiem tego działania jest głód pojawiający się zaraz przed zaśnięciem. Jeśli wiecie jak temu zaradzić - piszcie. Boli mnie też serce. Jak wstaję, czasem jak kaszlę, a czasem po prostu ot, tak. Po mojej twarzy przemyka straszny grymas, ale na tym się kończy. Problem mam też z zatokami. To niesamowicie budujące, gdy patrząc na przebijające się przez zasłony promienie słoneczne, wybierasz sobie sukienkę, którą ubierzesz. Problem pojawia się, gdy idziesz do łazienki i odkrywasz, że 1/4 twojej twarzy jest opuchnięta tak, jakby pogryzło Cię stado pszczół. Dorzucimy do tego światłowstręt i osłabienie po wystawieniu się na słońce. Nienawidzę wiosny.

Jestem gotowa na coś nowego, ekscytującego, pobudzającego, fascynującego i na tyle intensywnego, że aż denerwującego (i nudnego). Jestem gotowa, ale już nie czekam. Jestem gotowa, ale jest mi to obojętne.

Wiosna 2016 w 100%, Życie w 12%.