25 grudnia 2011

Mission Impossible: Wigilia

Wigilia sama w sobie była strasznie nudna. Nie miałam siły, ochoty a może po prostu chciałam być miła i nie komentowałam żadnego dania. Użyłam tylko jednego "spadaj" i tylko dwóch "sama jesteś..." z czego jestem bardzo dumna. Stanęliśmy przy stole, pomodliliśmy się, w tle brzęczały kolędy, a ja pełna nadziei na rychły koniec świata i podniosłego nastroju przeczytałam fragment pisma świętego, dodałam również kilka śmiesznych komentarzy na temat stylu pisania św. Łukasza. Nadszedł czas życzeń. Jak co roku: lepszego zachowania, lepszych (!) ocen, uśmiechu, lepszych ocen i lepszego zachowania. Miłości mi nikt nie życzy, bo ja jeszcze jestem za młoda i za głupia na takie pierdoły. Ja się mam uczyć a nie o chłopakach myśleć. Ja wygłosiłam: "Niczego, bo wszystko już macie, a rozumu i zaufania do dzieci nie sprzedają w sklepach". Padre zachichotał,a matriarchat skrzywił oblicze.

Cała godzinę jedzenia (WTF?!) słuchałam jaka to panga nie jest zajebista i żebym se wzięła, bo pyszna jest przecież. A matriarchat to już w ogóle kucharz na 102. Wypiłam barszcz i zjadłam zrobione przez siebie pierogi z serem bo innych nie lubię a następnie pozostałam przy standardzie wigilijnym: ziemniaki z masłem, ziemniaki pieczone w piekarniku, zmielony filet rybny z kształcie delfina w panierce i masa mandarynek a do picia oczywiście podmieniona zimna herbata zamiast kompotu z suszu. Skończyłam po 15 minutach, po czym matriarchat skomentował fakt, że tylko o prezentach myślę i kazał mi jeszcze coś zjeść. Zaczęłam tworzyć dzieło z owoców, ziemniaków i ryby by potem je sfotografować ale rządy totalitarne znów stwierdziły że się bawię i marnuję jedzenie. Patrzyłam jak jedzą a z każdą chwilą napawałam się obrzydzeniem do jedzonych przez nich grzybów i kapusty z grochem. Potem wypiliśmy lampkę wina, znaczy ja zostałam pominięta w nalewaniu, ale nie żebym o sobie dała zapomnieć. W końcu usłyszałam: "Ciekawe czy przyszedł do ciebie aniołek, a taka niegrzeczna jesteś że pewnie ci nic nie zostawił!" Skwitowałam to "Sama se kupiłam prezent, bo aniołek zawsze daje jakieś wieśniactwo" i poszłam pod moją pół-żywą (a jak, ekologia na piątkę) choinkę by przynieść prezenty i zniszczyć sobie psychikę. Wigilia skończyła się, a ja poszłam spać (trzeba odespać te Krakowa, te Katowice, te jazdy do Warszawy, ten zapieprz cały)

Jak co roku jest kaszana.
Książka, kasa, czekolada.
Matka-sweter, ojciec- płytę
ma wigilia zakrawa na stypę!
Sztuczny uśmiech to podstawa,
za krzywe zęby dostanę brawa.
Kalendarz, skarpetki, perfumy
Moje Święta to masa nudy!
I jak co roku jest to samo-
Nie lubię wigilii-wybacz mi mamo!

Ah to haiku
EDIT: Ej lol! W tym roku wykorzystałam wszystkie tematy wigilijno-świąteczne na notki. W przyszłym roku będę chyba pisać o polityce, albo o tym jak to idę na studniówkę (sama), nikt mnie nie kocha i, że skończyła się kola. Jak napiszę coś o świętach to mnie zabijcie.

16 grudnia 2011

Dlaczego nienawidzę świąt

Oto powody które niszczą unikalny "zapach" świąt. Jak na razie nikt i nic nie zmieniło mojego zdania odnośnie tej kwestii.

1. Zakupy- bo to od nich należy zacząć przygotowania do świąt. Zapieprzanie z dwudziestoma kilogramami przez 2 kilometry w poszukiwaniu auta to na prawdę świetny trening. Jeszcze rok a zacznę startować w podnoszeniu ciężarów albo w rzucie karpiem na odległość. Wyczekiwanie 5 godzin w trzykilometrowej kolejce do kasy, bo inne kurwa są zamknięte, bo panie mają przerwę to moje jedyne wspomnienia przedświątecznych zakupów. A zapomniałbym o poszukiwaniu wszystkiego w całym sklepie. Jak zazwyczaj mam dobrą orientację, to manager sklepu tuż przed świętami zarządzi przemeblowanie i szukanie rodzynek trwa 2 godziny dłużej. Najlepsze jest to że mimo wszystkich świątecznych zakupów, w wigilię trzeba zapieprzać do sklepu bo zawsze czegoś brakuje.

2. Wielkie Żarcie- Trzydniowe wpierdalanie na chama. Dla wielkiego murzyńskiego huja przygotowujemy pięć ton potraw, tylko po to by nie mieściły się w lodówce. W wigilię wpierdalamy ile się da, bo przecież można, pomijam fakt że tak to wpierdalamy cały rok. Wpierdalamy ile się da, tylko po to by przed sylwestrem stwierdzić że nie mieścimy się w żadną sukienkę. Z leżenia do jedzenia, potem przekąska ze śledzika, popita, znowu żremy, drzemka, znowu żremy, sen. Oj wątroba się odwdzięczy.

3. Kolędy- Zwłaszcza te w wykonaniu Edyty Górniak dołączone do świątecznej Vivy, które nie przypominają melodią kolęd tylko hymny narodowe Boliwii czy Kenii. Słysząc standardy świąteczne w radiu 1 grudnia krew mnie zalewa. Po trzech dniach słuchania w kółko "Last Christmas" czy "All I want for Christmas is You" mam ochotę wsiąść śrubokręt i zacząć dźgać wszystko wokół.

4. Reklamy- szczególnie te Coca-Coli. Na każde "Coraz bliżej święta" miałam, i mam ochotę wyrzucić telewizor przez okno. Reklamy mi nie przeszkadzają, bo mogę na spokojnie, w czasie ich trwania, zrobić siku, kanapkę i herbatę. Ale teraz, kiedy reklamy polecające Barbie Sado-Maso z podręcznym zestawem tortur czy Grę "Usuń dziecko", trwają pół godziny i puszczane są co 15 minut to na prawdę zaczynam wątpić w publiczną telewizję i na serio zastanawiam się czy nie kupić sobie kablówki, bo tam ponoć są programy bez reklam.

5. Świąteczne Filmy- "Świąteczna gorączka", "Witaj święty mikołaju","Grinch-Świąt nie będzie" (mój numer 1) czy nieśmiertelny "Kevin Sam w Domu" puszczane przez pierwsze 2 dni świąt demotywują do życia. Każdy z nich debilnie głupi, z irracjonalnymi dialogami, sztuczna grą i idiotyczna fabułą wplecioną w zimową scenerię Ameryki lat 90' sprawia że zaczynam płakać rzewnymi łzami. Bo to właśnie wtedy, jak byłam mała i głupia filmy te miały swój urok. Sprawiały, że w świętach była jakaś magia. Teraz to już tylko kupa.

6.Zjazdy Rodzinne- Kiedyś wspominałam, że jest to jedna z wielu rzeczy na liście tego co nienawidzę najbardziej. Rodzinne zjazdy nie są prawdziwymi Rodzinnymi Zjazdami bez pytań:"Kiedy przyprowadzisz swojego kawalera?", "A masz już jakiegoś chłopca na oku?" czy "To gdzie chcesz iść na studia?" Nie były by też sobą gdyby wszyscy wujkowie (ciotki czasami też) się nie upili i nie zaczęli śpiewać kolęd na balkonie. Pomijam całe świąteczne wpierdalanie, rozmowy o szkole czy o tym, że "ten karpik wyszedł ci świetnie, Marylko!".

7.Prezenty- mimo, że w nich tkwi cała magia świąt. To wyczekiwanie na kolejną piżamę, sweter czy skarpetki jest na prawdę nużące. Nie lubię prezentów dostawać (co jest chyba anomalią) ponieważ od dalszej rodziny dostaję atlasy ze zwierzątkami(np.: "1000 młodych zwierząt") czy moje ulubione książki wysoce edukacyjne np.: "Wynalazki, które zmieniły świat" (niestety nie było tam wibratora czy kajdanek z futerkiem), a od matriarchatu książki: "Pamiętnik księżniczki", "Dziewczyna Ameryki" czy "Zmierzch" lub ubrania typu sweter czy piżama. Prezentów nie lubię dawać, bo jak zaczynałam je dawać były totalnie ignorowane, zapomniane a po 2 latach wyrzucane. Wielkie dzięki.

8. Sprzątanie- to przyjemność, sprzątać prasować czy wycierać podłogi. Przynajmniej dla mnie, jeżeli nie muszę tego robić, a jakiś mały kat nie stoi mi nad głową i nie wrzeszczy "Jak to wycierasz?! Tu nie wytarłaś! Dlaczego tak krzywo?! Wypłucz tą szmatę bo są smugi!". Ale przed świętami nienawidzę tego szczególnie.

9. Święty Mikołaj- tak nie lubię go. Za jego "HO! HO! HO!" i czerwone ubranie. Zawsze uważałam że jest dziwny, nie wspominałam o grupie wiernych elfów, które są na każde jego polecenie. A tak wygląda św. Mikołaj w oczach człowieka smutnego :



10. Świąteczne Pierdolenie- tego w szczególności nienawidzę. Wspominanie że święta, to radość, miłość i wszystko inne jest bez sensu. Każdy z nas nienawidzi świąt, tylko jeszcze o tym nie wie. Nie ma już ludzi który kochają święta. To minęło bezpowrotnie. Nic nie będzie takie jak kiedyś. Całe święta obchodzimy na przymus, mimo to oszukujemy się że liczy się czas spędzony z rodziną.

Mały przedświąteczny smaczek...

9 grudnia 2011

I tak dostaniesz skarpetki

Już w tamtym roku narzekałam na fakt dostawania prezentów. Pomijając zażenowanie, towarzyszące otrzymywaniu ich jest jeszcze coś. Takie malutkie coś. Trafność wyboru. Będąc młodsza mówiłam zazwyczaj rodzicom co chcę. Płyty, książki czy plecak. Wszystko super, git majonez. Do pewnego momentu jakim jest rodzaj książki, artysta który znajduje się na płycie czy kolor wyżej wymienionego plecaka. Będąc młodocianym fanem Maanamu i Muse, trudno ukryć swe zażenowanie dostając płytę "Top Kids 7" od ojca, który jest miłośnikiem Deep Purple czy The Sweet. Trudno mi też zrozumieć fakt, że będąc lekko przy-głupawym (oj, wtedy tak)fanem Dostojewskiego dostać "Dziewczynę Ameryki 2" (Przez pół książki bohaterka pierdoli o tym, że jej chłopak chce ją przelecieć i się zastanawia czy mu dać czy nie). Boli mnie to, że mieszkając z rodzicami, oni nie znają moich duchowych potrzeb. Tak blisko, a jednak tak daleko.

Gdy nie mówiłam, co chcę, by nie robić problemów (a jednak były, bo podobno "nie wiadomo czego chcę")to też było źle. Tak źle i tak niedobrze. Co mną kierowało, by nie mówić im czego chcę? Chyba tylko głupota. W tamtym roku, gdy nie wypowiedziałam na głos swoich magicznych życzeń (m.in. własna śmierć, żeby świąt nie było, żeby spaliła się szkoła) dostałam książkę, płytę (od siebie oczywiście) i kalendarz. Tak... najgorszy prezent jak można dostać, oznaczający upływający czas, przemijanie życia i kruchość ludzkiego istnienia. Dzięki Mamo! Na prawdę super!

Jak to jest że nigdy nie trafią? Nieważne jak by człowiek im przypominał o tym co by go "ucieszyło" pod choinką, i tak dostanie, kurwa, skarpetki. Podpowiadanie w sklepie co jest fajne, a co nie, czy przypadkowe "wspominanie" o czymś poszło na marne. I tak dostawałam piżamę.

Swój list napisałam już dawno temu. Ciekawe czy w tym roku choć jedna z pozycji się spełni.

25 listopada 2011

Jak nie masz dziewczyny, to jesteś gejem!

Tak ostatnio rozkminiałam tematy o gejach. Znaczy ja w sumie wszystkich mężczyzn przed trzydziestką wkładam do szufladki "gej" bo jak dziewczyny nie ma, tylko z kumplami się zadaje, to z lekka podejrzane jest. Nie wiem, może nie spieszno mu do zalesiania i zaludniania Ziemi, a rodzice naciskają, nalegają, bo przecież jak tak można dziewczyny nie mieć, chcą jeszcze wnuków dożyć. A tak na serio, tom chłopca spotkała co lat ma już 22 a tak jakby nawet pierwszej bazy nie zaliczył.

I tak mnie wzięło, że chłopaków to się szybciej posądza o gejowanie niż dziewczyny o lesbijstwo. Bo na przykład weźmy takiego 27-letniego kolesia. Wiadomo, że się matka, czy ojciec martwi czy jej/jego syn nie jest gejowy. Bo jak na dodatek dziewczyny nie ma, to troszku podejrzane. Bo jest tak, że jak dzieci wkraczają w pewien okres, to się wszyscy wokół pytają o dziewczynę, o chłopaka, o dzieci. A na przykład w przypadku dziewczyn to tak szybko nie jest. Mówi się że chce karierę zrobić, wyrobić sobie pozycję, i dopiero przed trzydziestką są pytania czemu nie ma jeszcze męża, że starzeje się i nikt jej nie będzie chciał, że dzieci nie ma, a w nich ponoć przyszłość.

I raczej w naszym społeczeństwie utarło się tak, że częściej się słyszy i mówi o gejach, niż o lesbijkach. Prawie każdego "kawalera" posądzamy o gejowsko, a dziewczyny to tak jakoś głupio od razu o lesbijstwo posądzić.
Przykład: Dwóch studentów. Mieszkają razem. Zaraz znajdzie się jakiś moherowy żołnierzyk, co powie że oni to geje są! A jak dwie dziewczyny mieszkają razem, to się mówi, że zaradne, że koszty tną, że na lepsze jutro pracują.

Kolejny przykład. Dziewczyna przez dłuższy czas nie ma chłopaka, to się mówi, że chce odpocząć, że chce poszukać odpowiedniego, że sprawdza czy ktoś się nadaje. Ale jak chłopak przez dłuższy czas nie ma dziewczyny i mówi, że na razie nie szuka, to od razu wszyscy wokół podejrzewają, że jest gejem. Choć z drugiej strony jak dziewczyna jest przed trzydziestką, to od razu że starą panną zostanie, że musi być okropna skoro nikt jej nie chce. Kolejny przykład. Dwie bliskie przyjaciółki. Chodzą na piwo, do klubu potańczyć, to jest fajnie. Nawet jak chłopaków nie mają, to się mówi, że maja jeszcze czas itp. A jak jest dwóch bliskich przyjaciół i ciągle tylko na piwo w "męskim gronie" to, to jest podejrzane, a jak żaden dziewczyny nie ma, to już w ogóle jakiś hardkor! Każdy chce, żeby jego dziecko w końcu się ustatkowało, zmądrzało, a jak mija taka magiczna granica, to się wszyscy właśnie o takie rzeczy dopytują.

A tu na przykład 20 lat na karku i jeszcze dziewczyny nie miał. Możliwe, że się nawet nie całował. A jak dziewczyna nie ma chłopaka w wieku 20 lat, to że łatwa nie jest, że nauka się liczy i dobrze, że nie ma, bo po co komu jeszcze jedna młoda matka.

Czemu się więcej rozmawia o gejach? Czemu tak trudno rozmawiać o lesbijkach. No tak. Dzięki filmom porno ukształtowała się myśl, że lesbijki to tylko młode, ładne i zawsze chętne. I, że z tego się wyrasta. A geje są brudni, źli, gwałcą dzieci i są obleśni.

Jeżeli nie masz dziewczyny to jesteś gejem. I nie ma bata. Idź i szukaj. A jeśli nie, to może zaproś jakąś koleżankę na piwo, być może coś wyjdzie z tego, a przynajmniej ojciec nie będzie się martwił o honor rodziny.




4 listopada 2011

Bitwa Warszawska

Nie lubię filmów historycznych, nie lubię filmów biograficznych (chyba że mówimy o gwiazdach Rocka), a szczególnie tych o papieżu, choć był spoko. Nie dość, że widzimy w nich ludzi, których kojarzymy, że "to ten z Klanu co kiedyś ukradł batona", czy "To ta suka co zdradziła Andrzeja" to na dodatek dialogi, fabuła i cała ta otoczka "rodem z Hollywood" przesiąknięta jest polskim smrodkiem. Powoduje to jednego wielkiego hefta miedzy popcornem, colą i komentarzami "ja pierdolę".

Akcja filmu zaczyna się w Warszawie w przedpotopowym klubie Gogo. Śliczna i urocza Natasza Urbańska gra miłą i filigranową tancerkę Olę, która związana jest z polskim Orlando Bloomem czyli Borysem Szycem, który jak się okazuje w filmie jest tylko zwykłym żołnierzem. Sama jakość obrazu w pierwszych scenach i ich charakter jestem skłonna porównać do reklamy "Szpilki, makijaż, wszystko na tip-top, i dzień jest nasz!". Jeden wielki Facepalm. Podczas erotycznego tańca "Janko" oświadcza się, bo wojenka wzywa. Ni to romantyczne, ni wzruszające, to tak jakby zapytał czy robiła dzisiaj kupę. Potem szybki ślub w Las Vegas, czy po prostu na Pradze, i możemy ruszać w Big War Trip. (Wprost z kościoła, bez żadnego macanka czy zaliczenia najważniejszej bazy.) Ale hmmm... na jednego, nic nie znaczącego się żołnierza czeka cały pułk/oddział/jednostka? No tak, główni bohaterowie rozdają karty. Potem standard- Olę ktoś podrywa, a ona wraz z wiernymi koleżankami opija kolesia i cieszy banana na kolejnych "performansach artystycznych".

Mija czas, kilka osób zdążyło wyjść do kibla i wrócić. Szyc został skazany na śmierć, ale jako główny bohater jakoś się wymigał. Ola myśli, że on nie żyje, i idzie do wojska za sanitariuszkę. Jakoś się tam akcja przeplata i toczy jak kulka. Czasem walną niezbyt śmiesznym żartem jak "Takie strzelanie to do dupy" czy "Wódka nie plami munduru i honoru". Przychodzi czas na scenę tytułową, która zajęła z 10-15 minut. Powolne opadanie prochu, kawałków ziemi i martwych ciał żołnierzy, a szczególnie Łukasza Garlickiego (cyt.:"Lubiłam księdza z Brzyduli". To ja się pytam za co? Bo twarzy jakoś przyjemnej nie miał). Walka na śmierć i życie, walka o Polskę, o Warszawę, walka patriotów przeciw socjalistycznym zapędom; giną ludzie, kobiety, dzieci, mężczyźni, niewinne istoty naznaczone są brzemieniem walki o niepodległą Polskę i ciężarem odpowiedzialności za jej losy, cierpią gwałcone kobiety, ale Natasza Urbańska ma zawsze idealną fryzurę, makijaż, a na dodatek jako jedyna przeżywa w okopach. Jak to w filmach, zawsze jest mały Hepi Ęnd. Urbańska słyszy głosy w swojej głowie i znajduje ukochanego na sali szpitalnej. Forever and ever together. Amen.

Smaczku dodały sceny:
a)przed wojskiem jechała "mini orkiestra" zagrzewająca do walki, ale nie wiem czemu słyszałam bębny, a na przyczepie nie było żadnego bębna.
b) Jedyna osoba, która przeżyła walkę w okopach to Urbańska.
c) Ujęcia powoli opadającego prochu rodem z Hollywood
d) Opicie jakiegoś generała szampanem i spirytem
e) Szyc dostał w klejnoty rodowe, ale potem na konia mógł usiąść
f) Nawet na froncie Urbańska ma śnieżnobiały uśmiech
g) Ujęcia nóg koni (komputerowe, bo Photoshopa mieli tylko na kalkulatorze), co się ma nijak do walki
h) Sztuczne wąsy Piłsudskiego i Stalina.

Co do przekazania historii nie mam zastrzeżeń, ale gdyby tak wyciąć cały wątek Urbańskiej... świat byłby zbyt idealny. Hoffman robił kiedyś lepsze filmy ( i dziadzieje na starość).

23 września 2011

Mały Terrorysta

Jest ciepło. I słonecznie. I coś za ładnie. I rok szkolny. I właśnie z tego powodu postanowiłam przejść się po okolicy (dobra, po mieście). Takie małe sprawdzenie terenu, kto z kim chodzi, kto teraz rządzi na dzielni czy kto ostatnio wprowadził się do mieszkania naprzeciwko. Wszystko to, choć mało interesujące, zawsze jest wspaniałym powodem do plotek z sąsiadkami w kolejce po bułki.

Przechodząc tak przez park w którym planowałam zrobić sobie małą sjestę pijąc pepsi zakupione w Tesco, Ale najpierw chciałam zobaczyć czy nie ma żadnych ćpunów czy dziwnych "par" zabawiających się ku odrazie babć i degeneracji dzieci w okolicy, zauważyłam babcię ze swoim grubciowatym wnukiem na spacerze. Sam fakt dziesięciolatka na "wieczornym" spacerze zaintrygował mnie. No cholera! Muszę iść! I nie żałowałam.

Z donośnym głosem, z idealnym rytmem i z niebywałą pasją rozkazywał swojej babci. Gdyby był starszy i miał mundur idealnie nadawałby się na jednego z oficerów SS, teraz pewnie miałby wszystkie odznaczenia w HitlerJugend. Oprócz jednej. Ale to taki mało ważny szczegół. Nie zazdroszczę rodzicom takiego dziecka. Wychowali rozpieszczonego grubaska. Gardzę takimi dziećmi, które nie rozumieją że są też inne dzieci na osiedlu. I nie lubię sytuacji takich jak ta.

Mały terrorysta: Babcia daj ciastko!
Babcia: Kamilku nie mam już ciastek. Wszystkie zjadłeś.
Mały terrorysta: (płaczliwie) Ale ja chcę ciastko!
Babcia: Mówiłam ci, że nie mam ciastek! Poza tym jest już późno i nie powinieneś jeść ciastek!
Mały terrorysta: ALE. JA. CHCĘ. CIASTKO!
Babcia: Nie mam ciastek
Mały terrorysta: Ciaaaaaaaaastko (zaczął płakać)
Babcia: No dobrze Kamilku już idziemy do domu, to ci kupię ciastko




Oddasz?

22 lipca 2011

A potem włożył mi rękę pod kiecę

No wiesz, siedziałam sama w barze i podszedł on. Taki, przystojny, seksi, zarost jak doktór House. Gadaliśmy o literaturze, filmach i poezji. W końcu stwierdziliśmy, że tu jest zbyt tłoczno i poszliśmy do parku. Po drodze zahaczyliśmy o Żabkę i kupiliśmy Leśny dzban. Byłam już trochę wstawiona, ale noc była taka piękna! Siedzieliśmy na ławce patrzyliśmy sobie w oczy, a on położył rękę na moim kolanie. Widać śpieszno mu było bardzo, bo zataczał delikatne kółka, a jego palce były coraz wyżej. Bawiłam się troszkę jego włosami, ale w końcu uległam i również zaczęłam go podmacywać. Gdy jego ręka wylądowała pod moją kiecą, zdałam sobie sprawę z tego, że zapomniałam majtek, bo dzisiaj dopiero rano pranie robiłam. Przysunęłam się bliżej, żeby miał wygodniej, ale on uporczywie jak myśliwiec krążył po moim udzie. Zachęciłam go wzrokiem, a on przesunął rękę dalej. Najpierw wyczuł bujne włosy, a potem...

Nikt nie uciekał tak szybko jak on.

Dlaczego nikt nie rozumie, że nawet jako Transwestyta mam prawo do miłości?


? Tak wiem, i mam świadomość faktu, że jestem dziwna.

15 lipca 2011

To już koniec

Tak przynajmniej zapowiadali na plakatach co w oknie kina naszego wisiał. Tak mówili wszyscy na sali, tak mówiłam ja, gdy lat temu kilka kończyłam ze łzami w oczach ostatnią stronę zdając sobie z tego sprawę, że zamyka się pewien rozdział w moim życiu. Tak. Ostatnia strona siódmej części Harrego, tak jak jej koleżanki, w przeciwieństwie do stron z innych tomów zostały przerzucone tylko raz. Jedyny. Nigdy więcej nie powróciłam do przygód małego czarodzieja. A cholera chciałabym.

(Nie wiem czego się spodziewałam, nie przewidywałam reakcji na zakończenie kolejnego etapu w moim życiu. Po prostu poszłam tam. Wiadomo, jak Ąri Potter to trzeba elegancko, lans jakiś mały, szpan. Tom ubrała koszulę, przed wyjściem zapodałam Sweetów w głośnikach i rozważałam żywot swój smutny.)

Klimatyzacja, zapach popcornu, ciche szepty zaraz po włączeniu reklam i świadomość nadchodzącego końca tworzą fantastyczny klimat. Niepowtarzalny. Zaczęło się.
Walka dobra ze złem, miłość, nienawiść i takie tam efekty specjalne. Niby nic, a człowiek bardziej się wyryczał niż na Niewolnicy Isaurze. A może to zdanie sobie sprawy z faktu, że jedyną osobą bez popcornu byłam ja?

(Wbrew obiegowej opinii nie płakałam po Mufasie, a nawet nie wiem kim on jest. Tak, nie oglądałam Króla Lwa i jestem z siebie bardzo dumna. Czekam na oficjalny lincz, szafot i ukamienowanie.)

Koniec? Wiadomo-spektakularny. Powalający. Trochę patetyczny i przesadzony, jednakże z całym swoim sumieniem (co go nie mam) jestem skłonna powiedzieć, że co najmniej epicki. Przynajmniej dla mnie. Być może na ocenę wpływa moje przywiązanie do serii, niespełniona miłość do Harrego i lekkie popłakiwanie na przystanku, ale fakt faktem Harrego już nigdy nie zobaczymy. To już jest koniec. Spektakularny. I warto go zobaczyć.

Albo przynajmniej uczcić pamięć o tak wspaniałej książce.

(Tak wiem, że będziemy napędzać wielką maszynkę jaką jest kapitalizm, ale co poradzić. Piracić nie będę. Przynajmniej Harrego)

5 lipca 2011

Facebook Ssie

Tak sobie chodzę po fejsiku. Nudzi mi się, to oglądam znajomych znajomych. Byłe dziewczyny kolegów, obecnych chłopaków koleżanek i z każdym kolejnym profilem, z każdym kolejnym zdjęciem, z każdym kolejnym komentarzem mam coraz to większą ochotę popełnić małe seppuku, a że takiego "sprzyntu" nie posiadam pozostaje mi skórzany pasek i klamka. Ludzie to debile. Ich intelektualna nędza, dno i pustka, którą skrzętnie chowają po przykrywką "chodzę do biol-chemu" powoli wypływa na takich portalach społecznościowych. Czasami zastanawiam się czy oni w ogóle zdają sobie sprawę z tego, że obcy ludzie czytają ich wypociny i potem się zastanawiają "kurna, skąd oni biorą takie dragi?!" czy "A może to ja jestem jakiś pojebany?". To nie prochy, moi państwo. To życie. Ich smutne życie. Szczęścia życzę.

1. Witek G. "Ale się najebałem"

Statusy typu "Jutro picie!!" czy "Bawimy w Kanciapie!" wręcz wołają o rozwalenie monitora siekierą. Nie trzeba kończyć studiów psychologicznych, by widzieć ich żałosne wołanie o poklask. Ale banda baranów oczywiście da "Lubię to" bo przecież kto nie lubi pić? Oczywiście pod nimi miliony komentarzy "też tam będę! 3mcie się papatki!", "Kuba jak zwykle zarzyga Pawła", "ssij pae", "lubie placki" czy "jacek, nici z seksu ;/ mogę zrobić ci loda", które przez 4 dni będą mi wyskakiwać na głównym, bo jakiś debil dalej offtopuje jak to Anka pokazała cycki. Jeszcze grosze są "rozmowy" pod statusem "Ahh ahh mam okres!" no po prostu kisiel w majtkach! A... i jeszcze głupsze komentarze "przecieka ci", "a ja jestem w ciąży" czy "ja mam dopiero za 2 tyg. haha!". Co kogo kurwa obchodzi czyjś cykl menstruacyjny? Już lepiej, żeby opisywała swój pociąg seksualny w poszczególnych fazach księżyca czy swoje sny! Najlepiej, niech umrze.

2. Anna dodała 348 nowych zdjęć do albumu "Sesyjka"

Jak już oglądnęliśmy tablicę. Czas na fotencje. Czego ja sobie nie robiłam podczas ich oglądania. Bicie, gryzienie, wbijanie widelca w nogę, nacinanie nożem czy zwykłe walenie głową w blat biurka. Szlag mnie jasny trafia jak wchodzę na profil jakiejś osoby i widzę min. 15 albumów w każdym z nich oczywiście 127498 zdjęć. I takie ambitne podpisy: "Z moim misiaczkiem :D:*:*", "Z kaczorkami", "Sesja z Ann" czy "Takie zwykłe, ale zrobione moją zajebistą lustrzanką" które wprost krzyczą: "PATRZCIE, KURWA, JAKA JESTEM WYJEBANA W KOSMOS. GNIJCIE W ROWIE GŁUPKI" Najgorsze są albumy z "tematycznymi" tytułami np. "Niech żyje bal" gdzie na 200 zdjęć, 100 to bohaterka ze swoim "partnerem" w różnych pozach i częściach sali, 50 to te jak tańczą, 20 to zastawa stołowa i to co wpieprzali cała noc, 20 to ujęcia całej klasy a ostatnie 10 to przygotowania do imprezy, czyli właścicielka profilu w maseczce, bez makijażu, jak goli nogi i wąsy, z porannym pryszczem, czy jak jej pies obsikuje buty.

3. Roman wysłał ci zaproszenie do gry "Fashion World"

Nie wchodziłam przez 2 godzinki, a tu OLABOGA! 13 zaproszeń do gry Fashion World, Wampire Wars czy FarmVille. Ale o so chodzi? Czyżbyście tak bardzo mnie lubili? Chcecie, żebym była waszą sąsiadką w "Treżer Ajland"? Aaa... chodzi wam o jakieś pieprzone bonusy, itemki, czy "Ajland kasz". Kiedyś kliknęłam w jedno takie gówno i przez tydzień jakiś bubek, co z nim nie gadałam przez 4 lata pisze mi "wyślij mi red gema". Coooo? Weź spierdalaj gościu. Do gier nic nie mam. Człowiek się może odprężyć jak czeka, aż mu się focie załadują czy jak czyha na nowy status związku swoich sweet przyjaciół.

4. Eugenia zmieniła status związku na "To skomplikowane"

Czwarty raz w tym tygodniu. Siedemnasty w tym miesiącu, a przecież jest środa i dopiero 10. Wszystkie gratulacje całuski i "moje kochanie" pod statusem "w związku" zawsze mam nieodpartą chęć skomentować czymś takim "kto chciał takiego paszteta jak ty?" chociaż sama lepsza nie jestem. Zaś przy wszystkich "Wolnych" powstrzymuje mnie szacunek do samej siebie przed skomentowaniem "i dobrze, już się twój chłopak przekonał jaką jesteś zołzą. Nawet się do burdelu nie nadajesz". Nie przeszkadza mi bycie "w związku", "wdową" czy "wolnym" po prostu zmienianie tego codziennie jest wkurzające.

5. Teodor lubi "Seks w parku" i 54789357 innych stron.

Wchodzisz na profil jakiejś fajnej laski. Lubi fajną muzykę, książki, filmy. Ciekawe co jeszcze. "Pokaż inne strony" powoli najeżdżasz myszką i klikasz. Pasek ładowania wlecze się jak PKP. Co jest kurna? ahhh..."... i 98753458976 więcej". Bez przesady! To leży na pograniczu głupoty i choroby psychicznej. Z tego pierwszego jest bardzo blisko do tego drugiego.


Ludzka głupota ukazuje się w najmniej oczekiwanych momentach. Ale najwięcej jest jej na takich właśnie portalach. Nie lubię ludzi, który codziennie prześcigają się w ilości "Lubię to" czy w ilości komciaków pod fociami z sesji. Gardzę nimi. Ale zawsze dzięki temu wiem, kto gdzie chadza, kto z kim się bawi, i kto z kim aktualnie chodzi. To ważne żeby przetrwać w dzisiejszym świecie. I ważne by móc wykorzystać te informacje w swych niecnych celach.

16 czerwca 2011

Najważniejsze, by przyznać, że ma się problem

Dzień zaczynam od Kornflejksów z zimnym mlekiem. Bo nie lubię ciepłego, bo rzygać mi się chce. Potem herbatka z sokiem malinowym, szuru-buru, uszy, oczy, zęby i już w koszulce z Dip Parpl zmierzam w stronę Lidla. Kolejny dzień opierdalania się. Obczajam promocję, czy nie ma tańszego mięsa, a tu tylko lody z zeszłego roku, jakieś klapki, co w nich nikt nie chce chodzić i szalone wysłanniczki ojca R. Głośniki są fajne w Lidlu jak jeszcze 2 dni temu były za 59.90 tak teraz 16% w dół i 49.90. Przynajmniej tak pisali na ulotce. By nie wyjść na nieasertywną zawinęłam czipsy i puszkę Pepsi za co mnie skasowali 2.98, 2 grosiki wydali reszty, jakoby miało się na przyszłość przydać. Najlepiej się rozkminia życie przy piwie, ale tak jakby to ja nie piję, więc wzięłam pepsi. Też ma bąbelki.

Choć, gdybym mogła piwo pić, to problem bym miała, czy Brackie, czy Porter, choć Heineken też ok. To jest mój pierwszy problem. Zaraz za nim jest brak asertywności. A potem... potem jest już tylko czarna bezdenna otchłań. Nic z tym nie zrobię. Sorry Mała, taki lajf.

W życiu mam ogólnie wiele problemów i wad i schiz ale zmierzam wybrać się do psychologa, może mi pomoże, albo po prostu będzie z kim porozmawiać. Właśnie mi się przypomniało, że ludzie mówią, że mam w sobie za dużo negatywnych emocji. Ogólnie to ja jestem złym człowiekiem. Chyba. Przynajmniej na takiego zakrawam. Chyba. I nie umiem powiedzieć jak się czuję. Żyję, to raczej dobrze. Chyba.