30 grudnia 2015

Nie ma tak źle

Pamiętam jak prawie rok temu, w Sylwestrową noc, stałam przed gminnym ośrodkiem kultury w okolicznej wiosce i patrzyłam na pijanych znajomych i obcych bawiących się w OSP po drugiej stronie ulicy. Pamiętam jak Elizabeth i jej chłopak cały wieczór kłócili się o byle pierdy a potem całowali, pamiętam jak rozmawiałam z nim o pewnej osobie. Pamiętam gdy machaliśmy zimnymi ogniami, a Panowie a niedopasowanych garniturach i poluzowanych krawatach podpalali fajerwerki. Pamiętam widok na okoliczne wioski i Dziurę Główną. Pamiętam też myśl "Może w tym roku, ale nic na siłę".

Z wymuszonym zaskoczeniem muszę przyznać, że w tym roku miałam do czynienia z umiarkowanie szalonymi zmianami. Prawie wszystko to działo się za sprawą jednej osoby. Przypuszczałam, że tak się kiedyś stanie. Że jedna osoba popchnie mnie do działania, żeby coś zmienić. Wystarczył jeden smutaśny post na 9chacie w niedzielę wieczorem. Napisało do mnie wtedy kilku chłopaków. Nie miałam ochoty z nimi rozmawiać, z nim też nie. Pamiętam, że byłam dosyć śpiąca, ale z grzeczności odpisywałam. Podobał mi się kwiecisty język, ogromna dawka czułości i takiej przekornej pewności siebie. Wymiana numerami telefonów, pierwsza rozmowa. Spotkanie. Duże podwartościowanie niskiej samooceny. Czy to był powód czy przyczyna? Tego nie wiem. Nie mam już większej nadziei na ponowne zetknięcie się naszych ścieżek czy zwykłe spotkanie przy kawie, ale jestem wdzięczna, za to co mnie spotkało.

1. Jestem weselsza
Mam duży problem z przystosowaniem się do środowiska, może coś w deser społeczno-socjalneej dysfunkcji. Z drugiej strony jestem dobrym manipulatorem (czasem) i chciałam to wykorzystywać do własnych celów. Jestem bardziej otwarta i zyskałam w ostatnich miesiącach dwie nowe koleżanki z którymi spędzam czas. Nie jestem już taka apatyczna i w nieustannie złym humorze. Zdarza mi się być wesołą, uśmiechniętą. To nie narkotyki, niestety.

2. Schudłam
Wraz ze zmianami wewnętrznymi zaczęłam wprowadzać zmiany zewnętrzne. Kilka kilogramów mniej robi różnicę. Nawet na pasku od spodni :P. Jeszcze to nie jest ideał (no raczej) ale przez to mniej się garbię i mam całkiem ładną figurę.

3. Płakałam
Bardzo dużo. Od lipca jednak tylko raz zdarzyło mi się doprowadzić do takiego stanu, że się trzęsłam (nie wiem jak jak opisać takie lekkie konwulsje) i zaczynała mnie boleć głowa. Dzięki temu znam też sposoby na szybkie zamaskowanie nocnego płakania, by rankiem nikt się nie zorientował, patrząc na twojego opuchnięte powieki, że jesteś zwykłą pizdą.

4. Porzuciłam nałogi
W lutym, po niezdanym egzaminie z morfologii, poszłam się napić i coś zapalić. W końcu trafiłam do domu znajomej, gdzie rozdzieliliśmy kolejny litr alkoholu i 2 paczki papierosów na trzy. Około szóstej nad ranem wróciłam do domu. Wszystko, co miałam na sobie wrzuciłam do pralki. A ja sama myłam włosy 4 razy, zanim pozbyłam się okropnego zapachu papierosów.

Alkohol. Może nie porzuciłam zupełnie, ale zmieniłam swój profil. Lubię się napić i nie kryję uwielbienia do drinków z palemką. Taka przyjemność raz na kilka tygodni jest całkiem wporzo.

5. Nie oczekuję
Nauczyłam się w tym roku jednej bardzo ważnej rzeczy. Nie oczekiwać. Po ludziach można spodziewać się tylko najgorszego. Lepiej się pozytywnie rozczarować. Wychodzę z reakcją do otoczenia (czy osoby) nie liczę na interakcję. Teraz zacytuję sama siebie:

Brak odpowiedzi też jest odpowiedzią.

Tylko trochę bardziej boli. Pokłuje. Nim się obejrzysz minie tydzień. Miesiąc. Rok.

A co przyniesie następny? Chciałabym w końcu spotkać kogoś, kogo pokocham, kto pokocha mnie. I wam, wszystkim samotnym serduszkom, życzę tego samego.

17 grudnia 2015

Świąteczny spadek formy

Jak zwykle przed świętami czuję się słabo. Czas na podsumowania, nowe postanowienia, refleksje doprowadzające do refluksji. Rodzinna atmosfera oscyluje w granicach zera bezwzględnego a i szanse na jakąkolwiek poprawę też są raczej nikłe. Chciałabym być świąteczną osobą. Raz w roku chciałabym założyć sweter z napisem "Merry Christmas ya filthy animal", grać kolędy, piec ciasteczka, mieć tyle kasy, żeby bez żalu kupić sobie naklejki z pingwinkami. Chciałabym mieć takie święta, jakie mi się wymarzy, a nie takie, jakie mieć muszę.

Czas podsumowań doprowadza mnie na granicę rozpaczy i szaleńczego smutku. Czy kiedykolwiek uda mi się poznać kogoś kto jest w porządku, jest szczery albo honorowy? Czy kiedykolwiek uda mi się spotkać kogoś, kto po pięciu minutach rozmowy nie będzie chciał mi się dobrać do tyłka, tylko wyrazi zwyczajna chęć poznania? Ot, tak, najzwyczajniej w świecie, spędzić ze sobą czas. Chciałbym kogoś, kto po prostu będzie. Wszechświecie, czy to takie trudne? Czy kiedykolwiek przed 25 urodzinami uda mi się być z kimkolwiek? Moi znajomi wchodzą w związki, rozstają się, rodzą im się dzieci, a ja? Gdzie w tym wszystkim ja? Gdzie mam iść, by spotkać tą właściwą osobę? Co mam zrobić, żeby spędzać "miły dzień" częściej niż raz w roku? Byłam na wakacjach w Budapeszcie na całe 12 dni, fajny był ten wyjazd, ale to ten jeden czerwcowy dzień dręczy mnie nieustannie. Te pocałunki, ciepły dotyk, pomruk zadowolenia w uchu, te przyjazne dłonie obejmujące mnie, słodkie szepty, a przede wszystkim obecność drugiej osoby. Nie było nocy, żebym przed snem nie próbowała sobie tego przypomnieć, nie było dnia, żeby coś nie przypomniało mi o tym gorącym czerwcowym popołudniu. W kalendarzu grudzień, a ja tylko myślę o tamtej sobocie.

W sumie taka jestem, bardzo szybko się napalam, a potem muszę przez kilka miesięcy walczyć z "uczuciem" i doprowadzać się na skraj rozpaczy, żeby jakoś to wszystko wyrównać. Czy to moja wina, że chcę być z kimś blisko, a nie jestem w stanie tego osiągnąć. Zbliżam się, ale nigdy nie osiągam punktu styczności. Jak jebana asymptota. Czasem nachodzi mnie myśl, że mogłam się dać przeruchać w tym kiblu. Jak ostatnia szmata, w końcu każdy jest trochę kurwą, c'nie? Teraz w sumie staram się o tym zapomnieć, ale hm... ktoś mi pokaże język, a ja od razu przypominam sobie TEN język pieszczący moje usta. I tak w kółko. Nie lubię takich akcji; najpierw ktoś poświęca Ci całą uwagę, dręczy słodkimi esemesiakami w nocy, a potem przez pięć miesięcy musisz szantażem wymusić rozmowę.

Ha! To was zaszokuje! Zaczęłam jeździć na łyżwach! Byłam na razie kilka razy ale bardzo mi się to spodobało i nie raz się jeszcze wybiorę. Ja i sport - no kto by pomyślał. Powiedziałam matce, że byłam na łyżwach, zaproponowała, że dośle mi trochę kasy, jeśli mi brakuje. S.z.o.k. Może dlatego, że rzadko się odzywam, rzadko dzwonię.

Jeżeli kiedykolwiek będę miała dziecko (lub -ci) - bo ktoś będzie chciał ze mną je mieć czy coś w ten deser - to osobiście zapewniam, że te dzieci babci od strony swojej mamy nie będą widywać za często. Bo to jest, kurwa, zasrany ciemnogród, umysłowa Kambodża i festiwal dwulicowości. Wystarczy, że ja przez to przeszłam i jeszcze musiałam się sama sabotować, żeby od tego uciec. Nie pozwolę sobie, żeby ktoś tak zniszczył moje dzieci, tak samo jak próbował zniszczyć mnie. O nie.

Żeby było śmieszniej nawet nie mam jak z matką pogadać. O czym bym nie zaczęła słyszę, że nie jestem wyjątkowa, inni mają gorzej i nie mogę traktować innych z góry? Mam się dostosowywać do poziomu innych? Ona zaczyna mówić o jakiś moich znajomych ze szkoły, a ja się tylko denerwuję. Jestem zawieszona pomiędzy wieloma światami. Jedne opuściłam, aspirując do drugich, a tam gdzie udało mi się dostać jestem traktowana protekcjonalnie. To, co opuściłam, staram się wyplenić, wyzbyć złych nawyków nabytych w przeszłości, staram się nie być taka jak inni z mojego otoczenia (kolejny epos na osobną notkę). W tym całym temacie pod tytułem "Życie" jestem sama. Sama, sama, sama.

Bardzo brakuje mi ciepła drugiej istoty żywej. Myślę mocno o psie, ale taki luksus muszę odłożyć na kilka lat później. A tak bardzo bym chciała mieć zwierzątko do którego będę mogła się przytulić. Pies Cię kocha bezwarunkowo, a w dzisiejszych czasach zazwyczaj trzeba coś sobą reprezentować. Najczęściej w cenie jest głębokie gardło, a nie umysł.

Trochę galimatias, ale edytuję tę notkę już 20 raz, a piszę ją od początku listopada.

Ahh, dostałam piękny prezent (przed)świąteczny. Wybrane eseje Sylvii Plath (totalnie smutaśne - w sam raz dla mnie) i czekoladki z Lindta to szalone połączenie, ale ostatnia pozycja zostaje tajemnicą, bo oficjalnie wciąż dieta i ćwiczenia są u mnie numero uno. Ostatnio Karolyna stwierdziła, że ostatnimi czasy jestem "czasem wesoła". To dużo, że ktoś to zauważył. To dużo, bo to znaczy, że coś się zmieniło. Może być tylko lepiej.

Trzymajcie się tam.
Jakoś.

2 października 2015

W.e.g.e.t.a.c.j.a.

Mija kolejny uroczy dzień, kolejnego uroczego miesiąca. Mamy jesień, a od czerwca moje smutne życie stało się jeszcze smutniejsze. Wystarczyło lizanko na peronie, macanka w parku, by wspomnienia pewnej uroczej soboty stały się udręką dnia codziennego. U.D.R.Ę.K.Ą.

Czuję się teraz jak Bridget Jones, którą gardzę za typową małomiasteczkowość, naiwność i próbowanie na siłę by zmienić cokolwiek. Oj, przecież ja jestem taka sama. UPS. Jak zwykle popłakałam się pod prysznicem, już po popatrzyłam na siebie w lustrze i postanowiłam. Koniec kurwa, wegetacji. Pobudzona potrzeba czułości i dotyku drugiej osoby (albo czegoś ciepłego i miękkiego) zamieniła moje smutne i melancholijne życie w koszmar.

Czuję się jak gówno. Co z tego, że jesteś ładny, skoro jesteś chujowy? Pani psycholog powiedziała mi, że nie będę inteligentniejsza. Szkoda. Niby stosuję te rady, niby jakoś widać zmianę zachowania, postawy, że niby pewniej, pierś wypięta, brzuch wciągnięty, quasi-uśmiech, żeby nie odstraszyć. Widzicie te martwe oczy? Po prostu dead inside.

Chodzę. Trochę uciekam od wszystkiego; współlokatorów, rodziny, uczelni, od blogaska. Po tych 10 kilometrach mam dość wszystkiego. Przynajmniej zmęczona zasypiam szybciej nie myśląc o tym co było, czy co będzie. Nie mam też depresji, żeby winić ją za taki stan rzeczy. Czuję się silniejsza na ciele. Dusza jest martwa, serce na ostatniej prostej do dołu. Co to za życie?

Dieta doprowadziła do tego, że nie jestem w stanie zjeść ciężkostrawnych rzeczy. Czipsy, pączki; nawet po drożdżówce jest mi niedobrze. Codziennie kurczak z makaronem, lub z ryżem (czy kaszą), pomidorowa ew. rosół, czasem ziemniaki. Boję się ugotować spaghetti, kupić salami a co dopiero zjeść pizzę. W czasie nocnego wypadu na miasto po jednym piwie rozbolała mnie wątroba. Poszliśmy coś zjeść i dostałam jakąś kanapkę z podpiekanym gównem (lepsze to, niż McDoanld). Zjadłam z niesmakiem, a resztę nocy spędziłam zwijając się z bólu i popijając kolę. Czy ja mam teraz jeść cieciorkę czy innego gówno? Czy moje życie będzie kiedyś smakowało tak dobrze jak włoskie wakacje w słońcu Toskanii, a nie jak kolejna sucha kanapka z chudym twarogiem, jak gówno? Słabo, bo moje życie kręci się wokół jedzenia, ale wokół czegoś musi. Chyba lepsze jest to, niż ciągłe leżenie w łóżku i popłakiwanie w podusię, za to, że jest się zwykłą, pustą pizdą.

Mija kolejny rok, a ja wciąż niczego nie osiągnęłam. Ani sławy, ani pieniędzy, ani życia emocjonalnego, ani prywatnego. Nie udało mi się utrzymać ciekawej znajomości dłużej niż 3 miesiące (bo już w lipcu wiedziałam, że to pierdolnie, ale żyłam nadzieją aż do wyczerpania zapasów), nie udało mi się mieć wyższej średniej, nie udało mi się uciec, nie udało mi się nic, nie udało mi się żyć.

Dni mijają, a ja sobie W.E.G.E.T.U.J.Ę.

28 sierpnia 2015

Sierpień

-Nie lubię sierpnia. No, po prostu nienawidzę. Nie wiem dlaczego. Zawsze jestem taka jakaś niespokojna, neurotyczna, melancholijna, częściej popłakuję i jem, a mniej spuszczam z krzyża bo i tak po tym wszystkim się popłaczę. Boję się, cholernie się boję. A czego?
Nie wiem.
Jestem taka niespokojna, mam niespokojny sen i sny. Budzę się zlana potem, jakby już, tuż tuż, było coś strasznego. To kolejny rok z takim dziwnym posmakiem sierpniowej niepewności a potem okazuje się, że nic się nie wydarza. Bo nic się nie wydarzy. Takie lęki byłby racjonalne w przeddzień urodzin (bo jesteś rok starszy niż byłeś, a dalej nie zaruchałeś) czy pod koniec roku kalendarzowego. No, coś się kończy, źle nie było, dobrze też nie. Kolejny smutny rok samotności, alkoholu i nierealnych wyobrażeń na temat ludzkiego ciała w niemieckich produkcjach pornograficznych z lat 90'. Dużo łóżka i mniej ludzi. Jeszcze mniej nadziei i jeszcze więcej leków przeciwbólowych. Dużo bezsennych nocy i jeszcze więcej łez bezradności. Konwulsje z bólu i takie poczucie, że zaraz musisz zwymiotować, bo już nie wytrzymujesz. I choć w sierpniu gotuję najwięcej, smażę jabłka i kotlety, zaprawiam konfitury i robię soki z własnoręcznie zebranych owoców, choć suszę pomidory i pławię się w dobrociach ziemi, choć próbuję nieznanych smaków, tracę apetyt. Wypycham na siłę kolejną łyżkę jogurtu, otrąb; nawet hamburger czy gniotki (gnocchi) z gorgonzolą nie są wstanie zabić posmaku obrzydzenia. Nie tylko wobec siebie, ale i wobec świata. Tak bardzo mi niedobrze, tak bardzo jest mi źle i tylko liczę na rękę, która mnie z tego wszystkiego wyciągnie. A jak się pojawi chociażby palec, to uciekam, bo nie chcę być od kogoś zależna, nie chcę być wdzięczna, nie chcę komuś czegoś wisieć. I tak z jednego marazmu w drugi.

Chodzę do psychologa i jedyne co zauważyłam to, to, że wszystkie moje "phoblemy" to po prostu wpływ pojebanych zachowań mojej matki( i jej rodziny), która no cóż... jest tylko moją matką. Kiedyś bardzo mi to przeszkadzało, dziś wiem, że to ona powinna iść na tę terapię,a nie ja. I jeszcze na siłę wypycha mnie z chaupy w ramiona "wyimaginowanych" bojsików (no bo z tym koleżkom z czerwca nie chcę mieć nic wspólnego). Jak mnie to denerwuje! Jestem jak bulterier, jak wściekły byk, jak Tomy Lee Jones w "Ściganym". Ale uśmiecham się i mówię jej "Jeszcze słowo, a się puszczę z murzynem i będziesz miała czarnego wnuka. F.U.J!" a potem wracam do budowania kolejek. Tyle mam co się pośmieję.

Wiesz kiedy się dobrze czułam? Kiedy jechałam do Niemiec. Kiedy gnałam autostradą, z głośników krzyczeli Samanta Fox, Sabrina, Michale Jackson i Tina Turner. Czułam się dobrze. Czułam na chwilowo wolna od tego wszystkiego. Tak bardzo się boję. Tak bardzo się boję. Boję się. Nie czuję się sobą, tak jakbym chciała... czy ja wiem uciec sama z siebie. To jest straszne bo nie ma już niczego, czym mogłabym się napełnić. Czym mogłabym wypełnić tę zasraną pustkę po sercu, płucach, po uczuciach. Gry, alkohol, telewizja, internet, telefon, jedzenie, to mało. Modlitwa, to też mało. A ja bym tak chciała przestać się martwić, przestać się już bać raz na zawsze. (I żeby mnie ktoś potrzymał za łapkę)

-Może dlatego, że sierpień to miesiąc trzeźwości?

-A, może.

17 sierpnia 2015

Ch-ch-ch-changes

Ostatnio czuję się dość dobrze. Dziwnie dobrze. Ale spokojnie, Panowie, to tylko pozory. Chodzę do pracy, nie narzekam, czytam sobie różne książki, wieczorem gram w Wieśka i nieszczęsne Rollercoaster Tycoon tak długo, aż z trudem zwlokę się do łóżka (jakiś niecały metr). Trzymam się kurczowo diety, co nie znaczy, że nie oszukuję. Jest w miarę ok, gdyby nie te posrane godziny jedzenia. I tego, że wstaję, o 6 rano, żeby przygotować sobie szamę na cały dzień. Czuję się strasznie pedalsko z tymi wszystkimi pojemniczkami. Do szkoły nie nosiłam śniadania, a teraz dźwigam dodatkową torbę z jakimiś zielonym pojebstwem. W każdy wtorek o 14.20 wsiadam w pociąg i jadę do psychologa. To miłe spotkania. Trochę słabo, bo płacę komuś za to, żeby mnie rozumiał. Wolałabym mieć takie zrozumienie na co dzień, w domowym zaciszu, no ale, nie wszystko jest takie jakie byśmy chcieli. A teraz po kolei.

Klienci odwiedzający sklep, w którym pracuję, wciąż zdziwieni są poziomem słownictwa jakiego staram się używać. Nie tylko odchamiam się poprzez czytanie literatury rosyjskiej, ale i staram się wypowiadać na poziomie elokwentnego 8-latka. Mam na myśli wypowiadanie całych zdań, bez zająknięć i powtórzeń, przejęzyczeń i dziwnych zasysów, gdy brakuje mi powietrza. Staram się używać ciekawych zamienników wyrażenia "no to..", choć nie wyzbyłam się oscylującego na poziomie czterolatka ułomnego "ehe". Dlatego ciągle muszę Polish my Polish żeby się jakoś pokazać. Co nie znaczy, że nie mam ochoty wyśmiać plebejskiego akcentu, stylu czy postawy ("A-do-mi-pani-rabaot-na-te-rajtki-za-dwa-pińdziesiont?") odwiedzających mój sklep.

Nigdy jakoś o tym nie opowiadałam, ale zanim trafiłam pod ten adres "wyrzuciłam" się ze szkoły i ten blog był początkiem wszystkiego. Mamy moich "koleżanek" był strasznie zbulwersowane moją postawą ("Bo ona zawsze była rozważna"), ale cieszyły się z mojego obniżonego zachowania i ocen, a po cichu liczyły na mój tragiczny upadek, żeby ich "córcie" w końcu były lepsze ode mnie. I tak po zmianie szkoły, te matki nachodziły moją sprawdzić, czy przypadkiem nie jest mi lepiej niż było. Co więcej, nie przestały przychodzić do niej, jak poszłam na studia i przychodzą po dziś dzień, czy przypadkiem Pani Kardiolog nie ma się lepiej bo przecież "No moja Gosia to jest co tydzień w domu, a Pani córka to chyba raczej rzadko?". Kurwa, czasem mam ochotę polać tę budę benzyną i spalić, bo jak osoba "wykształcona" może być tak kurwa wścibska i jak ona może zajmować państwowe stanowisko, skoro reprezentuje sobą co najmniej umysłową Kambodżę? Nie rusza mnie to (prawie), bo przecież nie po to spierdalam, żeby się przejmować jakąś starą pudernicą.

Psycholog.
Mój psycholog (psycholożka jest strasznie pedalskie, czasami feminizacja męskich form zawodów to zbyteczna fanaberia) to spoko ziomka. Opowiadam jej dużo o Kasi Tusk i o swoim dzieciństwie (oglądałam dużo Ziarna, bawiłam się z dziećmi 5-6 lat starszymi ode mnie i prosiłam sąsiada, by sikał przez balkon - jedno z niewielu erotycznych doświadczeń, które po wpłynięciu na wody świadomości powoduje facepalm - ale jak na tamte czasy było całkiem zabawne. A i dziś fascynują mnie fontanny, krany, rączki od prysznica i rzeczy z których wytryskują różne ciecze. Co na to powiedziałby Freud?). Odczuwam pewien niedosyt. W tych rozmowach i w portfelu.
Droga ta impreza, no, ale jolo. Udane samobójstwa popełnia się tylko raz.

Przy rozmowie o tym, że "gdybym nie myślała tak wiele, to byłabym szczęśliwsza" usłyszałam kilka smutaśnych informacji. Gdzieś na poziomie 5-6 klasy podstawówkowej doszłam do wniosku, że będę się zadawała z ziomkami, który doceniają to, co mam w głowie a nie na twarzy. No to było po prostu świetne wytłumaczenie dla pryszczatej mordy, krzywych zębów i grubego dupska. Potem Pani Bozi się odwidziało i jakoś no... wyrabiam się (nie jest to jeszcze proces skończony). Ale dalej uważam, że wolałabym, gdyby ktoś mnie lubił, bo jestem fajna (a jestem!) niż dlatego, że jestem ładna (a jestem!). Ale przez ten czas było mi z tym co najmniej źle. Nie mówię, że zostałam od razu tipsiarą; solarka, usta w kolorze odbytu i blond pasemka, ale pogodziłam się z tym, że muszę skupić się na swoim PR. Muszę wyrobić swoją rozpoznawalną markę i to jest mój cel na najbliższe miesiące. To tak na prawdę najgorsza część roboty. O ile wyprostowanie zębów nie wymagało ode mnie zaangażowania, tak to, co teraz będzie się działo będzie umiarkowanie szalone i boję się troszkę, że się zatracę gdzieś po drodze. Jestem jednak dobrej myśli i może pochwalę się wynikami.

Dieta i ćwiczenia czyli bycie pedałem.
Ah. Dieta.
Myślałam kiedyś, że dopiero jak znajdę chłopaka, to wtedy schudnę i się wylaszczę (Ale żeby nie było, że jestem jakaś mega gruba i brzydka), bo przecież osobowość jest najważniejsza (pojebana, ale przynajmniej jakaś). Żeby sobie chłopak pomyślał, że "#noregrets, najlepsza inwestycja ever xoxo". Ale doszło do mnie, że :
1. Jak nie teraz, to kiedy?
2. Znając siebie, jakbym kogoś znalazła, to bym go skutecznie utuczyła, żebym sama nie czuła się taka samotna, a w końcowym rozrachunku nie schudłabym w ogóle.
3. Jakbym nie schudła i zaszła w ciążę (no na przykład: przez przypadek), na bank zostałabym jedną z tych grubych matek, które mijam każdego dnia, jak z ledwością schylają się by pobrać swe pacholątko z podłogi.
4. To jest taki typ, że nie dość, że są grube (co najmniej 100 kilo, a po sobie wiem jak wygląda 84) to jeszcze brzydkie, mają krótkie, tłuste włosy, chodzą w obcisłych ledżinsach i koszulkach, które uwydatniają to co się "przelewa" a na dodatek mają jakiś pedalski tribal albo motyla na łopatce. F.U.J.
5. Kurtka.
6. Po cichu liczę na stado adoratorów, których poznam w drodze do szkoły albo w warzywniaku, bo w innych miejscach nie bywam (#poorkidsofinstagram).
7. Jeśli ludzie na fejsie chwalą się każdym straconym kilogramem (i ogólnie robią z tego straszną szopkę), to dlaczego ja nie miałabym zrobić tego samego bez zbędnego opowiadania o tym wszystkim wokół?

Waga ruszyła (cyt. Mama: "Łoooo widać Ci kolana"). Ogólnie mam do "zrzucenia" 15 kilosów. Tak sobie postanowiłam, że nie będę jakaś super chuda, ale jakoś w miarę reprezentatywna (jakbym teraz nie była). Okolice 70 kilogramów wyglądają rozsądnie i myślę, że efekt będzie całkiem wporzo. Za mną pierwsze 3,4 kg, a co ciekawe, nie było to jakieś trudne. Po prostu jem te zasrane jogurty, otręby, jakieś marcheweczki do obiadu, jednym słowem pedalstwo. Tęsknię za ziemiorami z boczkiem i cebulą i za Cuba libre pitym po pracy na balkonie w czasie zachodu słońca (romantycznie, c'nie?). Zadziwiła mnie reakcja ojca. Sam jest raczej większy, niźli nie, ale po usłyszeniu, że wstępuję na taką ścieżkę zdrowego żywienia szczerze mi pogratulował i życzył wytrzymania co najmniej 3 miesięcy. Dziwne. Niepodobne. Szokujące.

Pierwsze 3 tygodnie diety nie obfitowały w sport (kilka wyjazdów, leń i nowe gry), ale teraz ćwiczę 3 razy w tygodniu. Biegam lub puszczam sobie jakiś pederastów na jutube i próbuję powtórzyć ich ruchy bez przewracania się. Idzie różnie, ale jest ok.

No future.
Kurwakurwakurwakurwa. Siedzę po nocach i gram aż do wycieńczenia, żeby jakoś zatrzymać potok myśli. Staram się skierować to wszystko na ilość gości w parku, kredyty i nowe misje w Wieśku. Siedzę na 9chat'cie, trollując i naśmiewając się z innych. Zabijam czas jak mogę i już nie wiem. Nie wiem co jeszcze robić. Nie zatrzymam myśli, ale chcę jakoś... czy ja wiem... przestać. Boję się, cholernie się boję. Stany lękowe nasiliły się. Od czerwca nie myślę o niczym innym jak o jakiejkolwiek formie czułości, którą mogłabym otrzymać. Z jednej strony fajnie wiedzieć, za czym się tęskniło ale z drugiej jak to zdobyć? Czym zasłużyć? Gdzie to dostać? Co teraz?




Buziaki

4 sierpnia 2015

Egészségedre

Zdaję sobie sprawę, moi mili czytelnicy, że jesteście tu raczej dla moich wywodów, kanapek z pasztetem i zwiewno-rubasznego tonu w opowiadaniach z dnia codziennego. Lecz dziś, w ramach suweniru (oprócz otwartego przed chwilą wina, zapalniczek z gołymi paniami i kupionej hurtowo koronkowej bielizny - wiadomo w jakim celu *wink wink*) będziemy mieli post podróżniczy z prawdziwego zdarzenia (choć od wyjazdu minął miesiąc). Zastanawiałam się nad formą i treścią, coby polecić wam dobre knajpki, urokliwe kawiarnie czy naukowo stymulujące muzea, ale zrezygnowałam z tego. Panie, kto to czyta? Sama wolę prowadzić zrównoważoną turystykę - za dnia kultura, nocą zaś jej brak (czyli wtapianie się w tłum lokalsów z drinkiem z palemką w jednej ręce i z papieroskiem w drugiej).

Co zwiedzić? Wszystko. W czasie 12 dniowego pobytu zobaczyłam wszystkie darmowe atrakcje polecane w listach "co czeba zobaczyć w Budapeszcie". Najlepsze rzeczy z tego wyjazdu?

1. Parlament

Jaki jest, każdy widzi. Wszystko ładnie, tylko kto myje te wszystkie okna? Byłam tam o każdej porze dnia i nocy. Świetna sprawa.

2. Lody w kształcie Różyczek.
Szał. Kolejka krótsza niż do wrocławskich PolishLodów ale sztuka wykonania zachwyca. Smak taki sobie - mówię to ja, bo na lodach to się znam *wink wink*(650 huf czyli ok. 9 zł za chwilkę przyjemności).

3. Citadela.
Taki widoczek z góry

Taka górka, na którą się idzie z pół godzinki i nie ma tam łazienki. Brak sklepu z piciem wynagradza widoczek na całą okolicę.


4. Akwarium
Chciałam wrzucić fotkę swoich nóżek, ale są zbyt blade (powiedzmy)
Deak ferenc ter. Kwadrat 10x10 (no, może więcej, ale nie mam miarki w oku) o głębokości 0,5 metra do moczenia nóg. Najlepsze miejsce do opalania i pośredniego kontaktu z wodą i za darmo.

5. Darmo szama

Bier, Grażyna, bo za darmo.

6. Margrit
Wyspa Małgorzaty to idealne miejsce na piątkowy wieczór. Bar zapodaje najlepsze lemoniadki na świecie (zimne i orzeźwiające). Bliskość wody sprawił, że czułam się prawie jak w Sopocie. Prawie, bo nie śmierdziało.

7. Tesco/aldi/spar. Cokolwiek z klimatyzacją.
Jednym słowem: Pogoda nam sprzyjała.

1 lipca 2015

Dlaczego się jeszcze nie zabiłam?

W moich smutaśnych postach często przewija się motyw śmierci. Bo jestem trochę emo. Jak każdy w naszej gimbazie. Profesjonalny poradnik Jak się zabić? jest najczęściej czytanym tekstem na tym blogasku. (Ach, sława, doświadczenie i pinionszki z reklam). I choć gimnazjum dawno skończyłam, to w rozwoju dalej jestem na poziomie średnio rozgarniętego czterolatka. Niemniej jednak dzięki licznym ale subiektywnym obserwacjom prowadzonym już od późnej podstawówki wiem, że śmierć była dla mnie tematem bardzo nęcącym. Jedno ze wspomnień datuję na czwartą klasę podstawówki i czasy "Złotych myśli" (a internet był na korbkę), kiedy to jedno z zadań wymagało narysowania czegoś, co oddaje Ciebie. I narysowałam, choć rysować nie umiem, dziewczynę stojącą na wysokim budynku z zakrwawionym nożem w ręku (czy na sali jest psycholog?). "Ojej, to takie straszne, ale trochę tak jak Ty". Hej, dziewczyny, dzięki. Wiem jak wyglądałam w podstawówce, Wy, wcale nie byłyście ładniejsze.

Z własnych obserwacji (subiektywnych, a jakże) wynika, stwierdzam, uważam, że mam depresję. To nie dlatego, że jestem melancholijno-liryczna czy dlatego, że trzymam ludzi na odległość kija od miotły. Nie umiem tego wytłumaczyć. Źle czuję się wśród ludzi, moja matka - królowa kontroli nie rozumie mnie i widząc, że chcę iść dalej, że chcę osiągnąć coś więcej na siłę trzymała mnie w domu (i każe wracać w każde wakacje. I feel you, Harry Potter). Każdego dnia odkrywam w sobie kolejne kompleksy, które mają jakieś podłoże w dzieciństwie. A może tylko dorabiam sobie taką historyjkę?

Edwin Shneidman (taki suicydolog/psycholog) stwierdził, że samobójcy nie chcą umrzeć. Oni tylko nie mogą dłużej żyć z bólem, którego zdrowy lub niedotknięty nieszczęściem ponad siły nie jest w stanie sobie wyobrazić. Chcą przerwać cierpienie, a nie umrzeć. I do końca każdy ma nadzieję, nawet wbrew logice, że ktoś go uratuje.

Boję się śmierci, boję się, że czeka na mnie coś wspaniałego a ja zaprzepaszczę to swoją głupotą, swoimi "widzi-misię". Boję się, że tuż-tuż coś/ktoś jest. Jakoś tak przeżywam mijające dni, tygodnie lata. Zmieniam ubrania, gram w gry, uczę się nawet, działam i wciąż czekam. (Nie obrażę się, jak to będzie jakiś w miarę ogarnięty kolo, który poda mi rękę jak się w alkoholowym amoku stoczę ze stołu i zapoda jakimś konkretnym cheesy line - tak jest w musicalach. Oni zakochują się w sobie i przez życie idą tanecznym krokiem. średnio.)

Stali czytelnicy blogaska wiedzą, że z uporem maniaka "znikam" z każdej imprezy na jakiś czas. To test. Kto i w jakim czasie zauważy moją nieobecność. Zajmuje im to średnio godzinkę. Godzinka w krzakach lub pod schodami jest całkiem przyjemna. Całe życie na coś (jedzenie) lub na kogoś (dostawca pizzy) czekam, ta godzina mnie nie zbawi. Znikałam z mieszkania. Moje współlokatorki albo waliły głupa ("Myślałam, że jesteś u koleżanki") albo mówiły, że ich nie było na mieszkaniu. Ja się pytam, w środku tygodnia przez 3 dni? Wy głupie i puste pizdy. Mogłam leżeć martwa w rowie. A ty nawet nie umiałaś wysłać esemesiaka. I już wiem. Wiem, że nikt mnie nie znajdzie, nikt mnie nie uratuje, nikogo to nie obchodzi. Nikogo nie obchodzę.

Dlaczego się jeszcze nie zabiłam?




Bo nie ma nikogo, kto by mnie uratował.

12 czerwca 2015

Tęsknota

Tęskniłam. Żyłam trochę jak we śnie, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Starałam się trochę jakoś ogarniać, powoli i stopniowo. Tęskniłam i nawet o tym nie wiedziałam. Zawsze czegoś mi brakowało, głównie pieniędzy i darmowego alkoholu, z rzadka myślałam o czułości. Coś drgnęło. Ktoś się pojawił. Z daleka. Pojechałam na spotkanie "w połowie drogi" z głośno bijącym sercem i drżącymi dłońmi, z zaschniętym gardłem i zamkniętymi oczami. Podróż minęła mi na zastanawianiu się "jak będzie?". Kręciłam się po peronie szukając pozycji w której wyglądam najlepiej. Na samym końcu zastygłam przed ekranem z odjazdami pociągów, udając, że jest to pierwszorzędna rozrywka w tym momencie. Odpisałam na esemesiaka, że "Wszystko ok" (nawet nie przypuszczałam, że tak będzie), włożyłam telefon do torby, spojrzałam na ekran z pociągami i... już. Przytuliłam się do obcego człowieka, zanurzyłam się w jego ramieniu i stwierdziłam "Chłopczyk nawet ładny, od dziś na nim mieszkam" (no nie do końca, ale ok xD) Po chwili chciałam się oddalić, ale on wciąż mnie trzymał. To takie uczucie jak trzymają was ciotki i całują po policzkach a wy zgadzacie się na to tylko za pieniądze (dobrze was znam, łapczywe torby!). Tkwiłam dalej w tym ujęciu i z każdą mini-chwilką chciałam jeszcze więcej, troszkę więcej. Może i rozgrzewam się jak przedwojenny bojler, ale Panie, jaki hajc. Trzymałam się sztywno i jak na prawdziwego tkliwego nihilistę przystało - mimo braku dystansu - z dystansem. Niestety, doznałam kilku ciosów śmiertelnych. Poczułam zaciskające się pęciny wokół mojego pasa, poczułam odchylenie głowy, swoją - bardziej z ciekawości niż z chęci spojrzenia śmierci w oczy- również odchyliłam.

Cios pierwszy.
Skroń. Usta uderzyły nad okiem, trochę w czoło, trochę z boku. AHA SPOKO, myślę sobie, może wytrzymam.

Cios drugi
Policzek. Ale bliżej ust. HALO, CO EJST? Poczułam krew odpływającą z twarzy, członków; serce resztką sił pompowało ostatnie chwile życia. Boli, jak boli!

Cios trzeci
Kącik ust. Męka. O, Panie, wybacz i weź mnie maluczką do siebie, nie krzywdź więcej. Usłużnie padam na twarz i błagam, nie. Wolałabym być rozerwana przez harpie, na matczynych łez padole zwijać się we krwi potomnych; błagam tylko nie to. Tylko nie ja.

Poległam.
Nie czekając na jakikolwiek znak, nie zważając na grupę podstarzałych pań jakieś pięć metrów dalej, docisnęłam się bardziej. Moje usta bezgłośnie krzyczały "Więcej!" skazując mnie na wieczne człowieczeństwo. Drzwi bastionu tęsknoty zostały zniszczone, pożoga namiętności trawiła każdy skrawek skóry i wnętrzności. Żaden samotny wieczór nie dał mi tyle bólu i tyle przyjemności na raz. Ręka gładząca mnie po włosach była cudownie ciężka i jeszcze mocniej przypierała mnie do drugiego człowieka, a druga, ciasno opleciona na kibici dawała pewność, że zrobi wszystko bym martwa nie poległa na brudnym peronie. Pochwyciłam tą twarz (bo słabo z rękami opuszczonym stać w tak podniosłym momencie, c'nie?). Nie piękną i nie brzydką. Ludzką. Parzyłam na zamknięte oczy za ciemnymi oprawkami okularów, patrzyłam na grzywkę zasłaniającą gojące się rany. Widziałam krzywy nos stykający się z moim. Skupiałam się na tych niecierpliwych ustach spijających ze mnie niewyobrażalną tęsknotę, strach, lęki, brak samoakceptacji i posmak gumy do żucia. Na koniec spojrzałam w niebieskie, śmiejące się do mnie oczy. Opuściłam wzrok.

Było mi wstyd. Za tę chwilę słabości, za brak wiary w siebie, za chwilę człowieczeństwa. Było mi wstyd za brak krępacji, za namiętność, za brak dotyku. Było mi wstyd być człowiekiem i czuć, bo wiedziałam, że przyjdzie mi zapłacić za to bardzo dużą cenę. Za chwilowe pobudzenie, zwalenie tego tak długo i skrupulatnie budowanego muru, będę musiała poświęcić jeszcze więcej by go zbudować na nowo. Ale... nie chcę. Chcę znów czuć, pojmować. Jestem gotowa na ból rozstania jaki przyjdzie, po chwilach uniesienia i bliskości. Dla nich, dla kilku chwil akceptacji, nie byciem "drugim/trzecim/nigdy wyborem" jestem gotowa. Z głośno bijącym sercem postaram się nie być jebusem i pajacem (choć wiem, że wszystko co chcę powiedzieć muszę przeczytać z kartki, serio). Aż dziwnie dobrze mi było uświadomić sobie, że jeszcze coś czuję, że jeszcze żyję.
(trochę, szkoda, że na peronie)

To było potrzebne.

Tęskniłam.
Ale nawet o tym nie wiedziałam.




(spoko, niedługo przyjdzie wakacyjna depresja. Stay tuned, fellas)



















EDIT 21.06.2015, 05:06:

Już mi przeszło. Fala letniej depresji i odór sesji skutecznie przyblokowały wyrwy i pozostał sam ból, smutek, cierpienie (i śmierć z niedożywienia). Strasznie się boję, ale nie wiem do końca czego. Mam ataki paniki i dużo płaczę. Skłaniam się do podjęcia bardzo ważnej decyzji. Jestem chyba gotowa, by walczyć, bo chciałabym choć trochę normalnie funkcjonować. Za dużo znalazłam błędów i wypaczeń.

Lovki, Kiski.

4 czerwca 2015

Dyskretny urok dorosłości

Miałam napisać notkę o tym, jak bardzo dorosłość ssie. O tym, jak moi rodzice zapomnieli o złożeniu i życzeń. O tym jak bardzo nienawidzę i jak bardzo wszystkim gardzę. O tym, jakbym se chciała uciec i tam zacząć nowe życie. Ale nie zacznę, bo i tak wiąż będę sobą, tą małą, głupiutką, niezbyt rozgarniętą trzpiotką (xD), jebusem, pajacem i nadwornym błaznem. Ale czy nie było tak, że to błazen był najmądrzejszą osobą na dworze?

Miałam napisać notkę o tym, jak bardzo tęsknię, pragnę, marzę. O tym, jak gram tu i tam. Miałam pisać o mostach, papieroskach, smuteczkach przy soczku. O tym, że weltschmerz, że boli, że wódka droga, że hedonizm i nihilizm ale tylko od 8.50 do 18.15 - gdy mama jest w pracy.

Miałam napisać o matce, randomowej ziomali - typowej fitgurl, o tobie, o sobie, o polityce i papieżku. O tym, że wyjazd z kraju, że już nie wierzę, że in vitro takie złe, że Bozia patrzy.

Nie napiszę o niczym, bo nie mam o czym. Coś się zmienia, ale jeszcze za wcześnie, żeby się chwalić, coś tam kiełkuje, ale jest zbyt mało widoczne (przynajmniej dla mnie). Powoli dostrzegam dyskretny urok dorosłości.

Nigdy nie będzie zbyt dobrze. Zawsze trzeba będzie na coś poczekać, ale czy warto?

Zobaczymy.

28 marca 2015

Chcę

Chcę biec przed siebie.
Chcę biec w nocy, w mieście, w lesie.
Chcę biec i krzyczeć.
Chcę biec i płakać.
Chcę mknąć w nieznane.
Chcę poczuć wiatr we włosach.
Chcę smakować słońce.
Chcę jeść lody.
Chcę uprawiać seks na plaży.
Chcę wziąć cię za rękę.
Chcę jechać samochodem.
Chcę lecieć samolotem.
Chcę bawić się w chowanego.
Chcę patrzeć w gwiazdy.
Chcę spać w hamaku.
Chcę kąpać się w morzu.
Chcę palić kościoły.
Chcę być na koncercie.
Chcę umrzeć.
Chcę nie kłamać.
Chcę pokochać.
Chcę uciec.
Chcę zapomnieć.
Chcę ciebie.
Chcę biegać nago po lesie.
Chcę wierzyć.
Chcę być na szczycie.
Chcę patrzeć na miasto nocą.
Chcę coś zmienić.
Chcę.



no weź mnie do tego kościoła. A potem go spal.

7 marca 2015

Czy kiedykolwiek....?

Czy kiedykolwiek zaznam pożądania?
Czy kiedykolwiek uda mi się stąd uciec?
Czy kiedykolwiek poznam człowieka i będę go lubić?
Czy kiedykolwiek będę zaakceptowana?
Czy kiedykolwiek uda mi się coś osiągnąć?
Czy kiedykolwiek kogoś pokocham Z WZAJEMNOŚCIĄ.
Czy kiedykolwiek będę szczęśliwa?
Czy kiedykolwiek zamknę przeszłość?
Czy kiedykolwiek usłyszę dobre słowa od matki?
Czy kiedykolwiek komuś zaufam?
Czy kiedykolwiek nie skłamię?
Czy kiedykolwiek coś mi się uda?
Czy kiedykolwiek będę grać dobrze?
Czy kiedykolwiek kogoś polubię?
Czy kiedykolwiek nie będę samotna?
Czy kiedykolwiek ktoś mnie przytuli?
Czy kiedykolwiek kogoś zabiję?
Czy kiedykolwiek nie poddam się?
Czy kiedykolwiek zajdę daleko?
Czy kiedykolwiek znajdę coś?
Czy kiedykolwiek będę dla kogoś pierwsza?
Czy kiedykolwiek ktoś będzie dla mnie pierwszy?
Czy kiedykolwiek będę ładna?
Czy kiedykolwiek wyjdę z depresji?
Czy kiedykolwiek zacznę żyć?
Czy kiedykolwiek wrócę?
Czy kiedykolwiek pogodzę się z życiem
Czy kiedykolwiek będę miała dzieci?
Czy kiedykolwiek ktoś mnie zaakceptuje?
Czy kiedykolwiek ktoś pójdzie ze mną w ogień?
Czy kiedykolwiek pasmo lamentu się skończy?
Czy kiedykolwiek znajdę "moje" miejsce?
Czy kiedykolwiek cię znajdę?
Czy kiedykolwiek uwierzę w siebie?
Czy kiedykolwiek zniknę?
Czy kiedykolwiek ktoś mnie zrozumie?
Czy kiedykolwiek poddam się leczeniu?
Czy kiedykolwiek będę walczyć do końca?
Czy kiedykolwiek nie będzie gorzej?
Czy kiedykolwiek już cię nie zobaczę?
Czy kiedykolwiek już mi się nie przyśnisz?
Czy kiedykolwiek nie powiem po raz kolejny, że muszę to skończyć?
Czy kiedykolwiek zapomnę?
Czy kiedykolwiek marzec był dobry?

Żaden miesiąc nie był dobry. Zawsze coś się pierdoliło.

15 lutego 2015

Naznaczona

Po-walentynkowy wieczór dobiega końca, a ja pod wpływem tym razem informacji z instagrama (dzień wódki dopiero będzie, więc spox - wyczekujcie rzewnych pościków) zadumałam się (znów) nad swoją egzystencją (marność nad marnościami). Zapodaję właśnie najlepRZy surfrock. Nalewam sobie herbatki z sokiem malinowym, owijam szczelnie kołderką i pochylam się pokornie nad klejącą się klawaturą. Znów.

Moja dobra znajoma zaręczyła się. Wiek podobny, reszta już nie. Ale wiadomo, takie rzeczy się nie liczą. Nie ważne, czy jesteś brzydki, czy gruby, czy głupi, czy inteligentny, czy niski, czy wysoki, czy jesteś hujem, czy szmatą, czy pierwszą lepszą raszplą. Nie ważne czy jesteś Hitlerem a twoim hobby jest masowe zabijanie wszak i on miał dziewczynę. Nie wiem o co mi chodziło w tym akapicie bo poszłam jeść zupę. Ale... aaa! Tak! Ważne, że jest ktoś dla kogo warto się uśmiechać, warto wstać z łóżka i walczyć.

No to... moja znajoma się zaręczyła. Nie, nie jest w ciąży, nie umiera, jej chłopak nie wyjeżdża. Ma lat 20 a jej chłopak 18. Kochają się. I to jest piękne. Chyba. Znaczy się... no jeżu, no wiadomo... bez zazdrości. W sensie gratki, daję dysię i liczę na rewanżyk. Zostaje mi cieszyć się z jej szczęścia, bo na nie zasługuje. Jest wspaniałą osobą, pomocną i w porządku.

No ale jak to jest? (Ulubione pytanie życia, nie tylko po wódce ale i już na trzeźwo)

W sensie... Oj kurwa.

Po prostu nie mam komu zaufać. No kurwa mać. Potrzebuję odrobiny akceptacji i zaufania.