7 września 2012

Mięsne Dranie

Mięsne Dranie po raz trzeci w mojej ulubionej dolinie zaściankowości i debilizmu. Głupota miesza się z fanatyzmem religijnym i spermą kolegów z przedszkola gdzieś pod krzakiem (nie ze mną). Marzeniem z dzieciństwa było przebranie się za Lorda Vadera, Klauna albo kolesia z kartonem na głowie. Skończyłam na tym, że przeleżałam cały koncert, czekając na zbawienie. Grupy koncertowiczów te same, fajne bojsiki nie-same, brzydkie laski- z bojsikami, a geje z przyjaciółmi. Nocny Harcerz - samotnie, ale i sam.

Elegancka koszula, spodnie spoczko, vansiki, alkohol - nie ma bata- i fajki - choć bida. Wzięłam kurtkę, w którą wsiąkały ostatnie krople deszczu; patrząc jak ludzie tłumnie czekają do wejścia smoka. W słuchawkach Iggy Pop, The Kinks i Joy Division. Zawyżam sobie mniemanie o dzisiejszym koncercie takimi pierdołami, tylko po ty by stwierdzić, że grali jak zwykle, czyli chujowo. Nie chodzi o MG, bo to akurat było bez zarzutu - wiadomo mega i magia. Jest po prostu chujnia na mieście. Super, mega, niezależny perfomans artystyczny gwiazd wielkiego formatu. blablabla. Serio takie koncerty, któryś raz z rzędu są nudne. I nie jest to koncert Stonesów czy Sera Dżona Ęltona, że trzeba ich widzieć i słyszeć. Jak na mój obecny stan psychiczny (chcę być niewidzialna) wystarczy, że słyszę. To i tak dużo.

Jedyny plus: bilety za 2 dychy. A ja i tak nie weszłam na teren koncertu. Zagadałam do ochroniarza, kiedy kończą, żeby mnie puścili darmo, ale to jakieś bubki z Warszafy. Tom poszła do baru przy kładce, piwo zamawiając, do barmana uśmiech puściłam zalotny, wyszłam na pole i zapaliłam fajkę. Piwo do dna. I poszłam szukać miłości, oddalając się od niej. Szłam przed siebie, nie patrząc na tłumy zmierzające w przeciwną stronę. Czułam się jak bohater na ostatnich dziesięciu stronach, po bitwie, co patrzy na pobojowisko i wdycha dym zwycięstwa (nikotyna, biczys). I tak szłam, mijając ludzi, przystanki, drzewa i sklepy. Miasto wymarło. Zmęczona podróżą, zasiadłam na przystanku i łez parę uroniłam. Bo nie weszłam, bo szkoła, bo bieda zamknięta, bo źle, bo brak bojsika, bo mama zauważy ubywającą Pepsi z Cytrynówką Lubelską. Jak se popłakałam, to usłyszałam dźwięki muzyki z niedaleka płynące, słyszałam śmiechy przyjaciół i wrogów (ponoć to nie to samo).

Gratuluję zjebanego życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Anonimy dostaję wetknięte w pranie. Tyle smaczku w życiu mi wystarczy.