Czyli u mnie po staremu. Po pierwszym miesiącu zachłystywania się nowym życiem, znajomymi i całym tym gównem zaczynam przejrzewać na oczy. Powoli. Nie liczę już czasu, chyba, że rano, gdy zbieram się na zajęcia, staram nie patrzeć się na upływające godziny podczas zajęć, gotowania, pisania czy czegokolwiek. Nie liczę już ile godzin będę spała, ile jedzenia potrzebuję na weekend za ile dni wrócę do domu. Nie liczę też na miłość, choć mogłoby być fajnie.
Poznałam parę osób, które pokazały mi, że w życiu coś trzeba robić, dlatego znów zaczynam pisać. Może być to największe gówno, ale coś muszę robić. Zdałam obie sprawę z tego, że nie robiąc nic (czyli siedzenie na fejsie i podglądanie sąsiadów) nie osiągnę w życiu nic. Jeden wiersz pozwolił mi poznać inny świat, a ja oczywiście spierdoliłam, czyli jak zwykle. Może dojrzałam do tego teraz? Dlaczego dopiero teraz wiem, że mając jakąś pasję można czerpać z niej przyjemność niekoniecznie nastawiając się na zysk? To co napisałam, wysyłam. To co napiszę, też wyślę. Jeśli podoba się to moim znajomym, to może spodoba się gdzieś dalej. Zawsze chciałam stworzyć coś własnego, coś czym będę mogła się pochwalić, coś co będzie trochę mną, ale tylko ja będę o tym wiedzieć. I nie mówię tu o dziecku. (iks de). Cel jest, nie do końca określony, ale jest, chęci też. Brakuje czasu, ale tego już nie liczę.
Zapisałam się na dodatkowe zajęcia, żeby nie myśleć. Dlaczego? Bo myślenie boli. Im bardziej zastanawiam się nad tym, czy owym, tym bardziej jest mi źle (na duszy). Tym bardziej pragnę zmiany, lecz ciągle tkwię w marazmie. Zaczynam to zmieniać. Chcę coś robić, nie myśleć o tym jak bardzo pojebany jest świat, nie przejmować się błahymi problemami, nie chcę fantazjować przed pójściem spać, o czymś co się nigdy nie wydarzy. Chcę skupić się na swojej robocie, a potem, gdy ją skończę robić coś innego. Wciąż chciałabym poznać kogoś, kto może nie zawsze, ale czasem chciał ze mną pojechać czy tu czy tam, żeby czuć się dobrze w swoim towarzystwie. Oczywiście nie zamierzam czekać w krzakach z chloroformem. Międzyczasie chcę robić coś, co daje mi przyjemność i satysfakcję. Reszta wyjdzie w praniu.
Czasem popłakuję sobie jeszcze, że jestem sama, bo dalej robię wszystko sama, ale jest to to chyba kwestia przyzwyczajenia. Ale tylko czasem. Staram się zamiast tego coś poćwiczyć, przygotować ubranie na jutro, nie liczyć za ile zadzwonią znajomi. Nie czekam na sylwestra, żeby sobie coś postanowić, nic nie postanawiam, po prostu to robię. Zmarnowałam już tyle czasu na bezsensowne czekanie. To się skończyło.
Wiem, że wszechświat słucha i szykuje mi niezłą niespodziankę. JMK i PaterNoster mówią mi to już od ponad roku. Wolałabym od razu, ale poczekam i nie zamierzam się nudzić.
Pani Kardiolog, gdzie Twoje cudowne, ironiczne podejście? nie myśl tyle, a na pewno się nie martw! będzie dobrze ;) oderwiesz się myślami od jakichś szarych smutów.
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz jak bardzo mi się podoba to, że wstąpiła w Ciebie jakaś motywacja! Choć przyznam, że podobał mi się Twój sarkastyczny styl - ale myślę, że zmiana będzie dla Ciebie pozytywna, że odnajdziesz w tej zmianie coś czego szukałaś do tej pory w życiu.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że będziemy mogli tu zobaczyć efekty tej motywacji i poczytać o tym "nieśmiesznym gównie" :)
SAMOTNOŚĆ W TŁUMIE ... co tego, że mam kumpli z którymi mogę iść na browar czy na wódkę (?). Moja samotność polega na tym, że nie mam "drugiej połówki" - JA istnieję tylko w połowie - i bez niej nigdy nie będę "pełny". Jedynym ratunkiem dla mnie jest konkretna dziewczyna, którą kocham ponad wszystko.
UsuńNo więc, mniej więcej dlatego jestem samotny.
Twój ziomuś może ma to samo ... mimo, że było z nim wtedy 20 osób ^^ To smutne.