W moich smutaśnych postach często przewija się motyw śmierci. Bo jestem trochę emo. Jak każdy w naszej gimbazie. Profesjonalny poradnik Jak się zabić? jest najczęściej czytanym tekstem na tym blogasku. (Ach, sława, doświadczenie i pinionszki z reklam). I choć gimnazjum dawno skończyłam, to w rozwoju dalej jestem na poziomie średnio rozgarniętego czterolatka. Niemniej jednak dzięki licznym ale subiektywnym obserwacjom prowadzonym już od późnej podstawówki wiem, że śmierć była dla mnie tematem bardzo nęcącym. Jedno ze wspomnień datuję na czwartą klasę podstawówki i czasy "Złotych myśli" (a internet był na korbkę), kiedy to jedno z zadań wymagało narysowania czegoś, co oddaje Ciebie. I narysowałam, choć rysować nie umiem, dziewczynę stojącą na wysokim budynku z zakrwawionym nożem w ręku (czy na sali jest psycholog?). "Ojej, to takie straszne, ale trochę tak jak Ty". Hej, dziewczyny, dzięki. Wiem jak wyglądałam w podstawówce, Wy, wcale nie byłyście ładniejsze.
Z własnych obserwacji (subiektywnych, a jakże) wynika, stwierdzam, uważam, że mam depresję. To nie dlatego, że jestem melancholijno-liryczna czy dlatego, że trzymam ludzi na odległość kija od miotły. Nie umiem tego wytłumaczyć. Źle czuję się wśród ludzi, moja matka - królowa kontroli nie rozumie mnie i widząc, że chcę iść dalej, że chcę osiągnąć coś więcej na siłę trzymała mnie w domu (i każe wracać w każde wakacje. I feel you, Harry Potter). Każdego dnia odkrywam w sobie kolejne kompleksy, które mają jakieś podłoże w dzieciństwie. A może tylko dorabiam sobie taką historyjkę?
Edwin Shneidman (taki suicydolog/psycholog) stwierdził, że samobójcy nie chcą umrzeć. Oni tylko nie mogą dłużej żyć z bólem, którego zdrowy lub niedotknięty nieszczęściem ponad siły nie jest w stanie sobie wyobrazić. Chcą przerwać cierpienie, a nie umrzeć. I do końca każdy ma nadzieję, nawet wbrew logice, że ktoś go uratuje.
Boję się śmierci, boję się, że czeka na mnie coś wspaniałego a ja zaprzepaszczę to swoją głupotą, swoimi "widzi-misię". Boję się, że tuż-tuż coś/ktoś jest. Jakoś tak przeżywam mijające dni, tygodnie lata. Zmieniam ubrania, gram w gry, uczę się nawet, działam i wciąż czekam. (Nie obrażę się, jak to będzie jakiś w miarę ogarnięty kolo, który poda mi rękę jak się w alkoholowym amoku stoczę ze stołu i zapoda jakimś konkretnym cheesy line - tak jest w musicalach. Oni zakochują się w sobie i przez życie idą tanecznym krokiem. średnio.)
Stali czytelnicy blogaska wiedzą, że z uporem maniaka "znikam" z każdej imprezy na jakiś czas. To test. Kto i w jakim czasie zauważy moją nieobecność. Zajmuje im to średnio godzinkę. Godzinka w krzakach lub pod schodami jest całkiem przyjemna. Całe życie na coś (jedzenie) lub na kogoś (dostawca pizzy) czekam, ta godzina mnie nie zbawi. Znikałam z mieszkania. Moje współlokatorki albo waliły głupa ("Myślałam, że jesteś u koleżanki") albo mówiły, że ich nie było na mieszkaniu. Ja się pytam, w środku tygodnia przez 3 dni? Wy głupie i puste pizdy. Mogłam leżeć martwa w rowie. A ty nawet nie umiałaś wysłać esemesiaka. I już wiem. Wiem, że nikt mnie nie znajdzie, nikt mnie nie uratuje, nikogo to nie obchodzi. Nikogo nie obchodzę.
Dlaczego się jeszcze nie zabiłam?
Bo nie ma nikogo, kto by mnie uratował.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńSkoro miłość to jest dla kogo żyć. Sama raczej żyję z przekory i ciekawości (choć mało co mnie już zachwyca, takim typowym dziecięcym zachwytem). Nadzieja. Bogate źródło ale nagle może się skończyć i co wtedy?
Usuńbardzo ciekawe to przemyślenie Shneidmana, nigdy tak na to nie patrzyłam, ale to ma sens.
OdpowiedzUsuńza każdym razem po godzinie zauważają, że Cię nie ma? punktualne bestie
Ta godzina to tak mniej więcej. Akurat na 3 drinki i telefony do domniemanego kochanka i miłości z podstawówki.
UsuńJa od zawsze żyję z przeświadczeniem, że umrę. Niegdyś w ogóle nie potrafiłem wyobrazić sobie swojej przyszłości, gdyś ograniczałem ją do następnego tygodnia w którym miałbym zginąć.
OdpowiedzUsuńPóźniej przyszedł okres narkotykowego przecinka, który pozwalał mi nie myśleć o śmierci prawie w ogóle. Ale później było już tylko gorzej.
Wydaje mi się, że to przez poczucie samotności. I bynajmniej nie chodzi o to, że w moim otoczeniu nikogo nie ma. Tylko o to, że ja czuję się tak beznadziejnie sam, niezrozumiały, w tym natłoku wszystkich gęb, które do mnie mówią.
I wlasnie chodzi o to uczucie samotności. W większej grupie 'nagle ' nachodzi mnie takie uczucie, że muszę uciec, bo nie wytrzymam. Tyle gęb ale żadna nie jest w sanie mnie pojąć. I uciekam bo sama czuję się mniej samotna, niż z nimi. Ale ile tak można? Bo potem siedzę w domu, niby przytulnie, niby z herbatką i kocykiem, ale co teraz? Uciekam, ale nie mam do kogo iść. Gdzie ktoś, kto powie, że jesteś dla niego najważniejszy? I szukam tych jednych sluchających oczu. Ale boję się, że nie znajdę.
Usuń