1 sierpnia 2014

Chyba sukces


Zaczęłam grać na pianinie. Po raz pierwszy od 3 lat. Trochę sukces. Nawet bardzo. Powoli przypominam sobie wszystko. Wybrałam kilka utworów, które będą w moim stałym repertuarze. Chopin też, choć nie przepadam. Zauważyłam, że większość z tych utworów jest z serii "nie zaruchałem" czyli są po prostu smutne i rzewne, trochę pedalsko-romantyczne, liryczne i melancholijne - czyli trochę jak ja. Mam też etiudy (takie bardziej na sprawność) - jedną Lista i jakiegoś Mietka. Mam też Czajkowskiego - coś z Jeziora Łabędzi (odkryłam to dopiero dzisiaj, jak zaczęłam ćwiczyć, ale która część to nie wiem, bo oczywiście wszystko w cyrylicy) jakieś rzewne gówno, ale ostatnie które grałam na egzaminie i jedno z niewielu które mi się podoba. Jak sobie wszystko przypomnę to chcę poszukać nowych nutek albo kogoś kto by mnie uczył. Bo ja na prawdę lubię grać. A ta przerwa dała mi do zrozumienia jak bardzo. Zrozumiałam też, że zamiast się złościć, zamiast płakać mogę grać i całą złość, wszystkie emocje przelać na klawisze. Wypadałaby też nastroić pianino, ale wtedy rodzice dowiedzą się, że gram, a na to jeszcze nie jestem gotowa. Jeszcze nie teraz.

Chyba każdy potrzebuje przerwy i chwili by zrozumieć jak niektóre rzeczy są dla niego ważne. Nawet jeśli ta chwila trwa 3 lata. Nie żałuję. Bo muzyka była ze mną przez ten cały czas, jak nie bardziej. Teraz mogę grać. Rozważam nawet kupno keyboardu albo elekronicznego pianina żeby grać na studiach. Ale zobaczymy. Kiedy gram, jest dobrze. Nie goni mnie egzamin, pan profesor nie krzyczy (a przydałby się do konsultacji). Jestem ja i pianino.

Gram.
Zaczyna być lepiej.
Jest dobrze.

30 czerwca 2014

Rozczarowania

Wszystkie żywota gorycze
Zamknąłem w sercu, jak w grobie:
Niech drzemią w nim tajemnicze,
Nie mówiąc światu o sobie.


/A.Asnyk

Nie odczuwam już ukłucia zazdrości, wszystko przestaje mnie obchodzić, powoli opadam w objęcia morfeusza, bo tylko tam jest jakaś nadzieja. Panicznie wierzę, że w snach wyczytam swoją przyszłość. Nie sądziłam, że można być tak obojętnym na wszystko. Jednak można, a i pewnie niedługo i siebie zaskoczę, gdy okaże się, że nie obchodzi mnie jeszcze więcej rzeczy, że egzystencja jaką prowadzę sensu większego nie ma, a dziś jest idealna pogoda na śmierć. Minęło najgorsze pół roku w moim życiu, jak na razie. Wciąż wyczekuję na coś co nigdy się nie wydarzy. Ile jeszcze mam czekać na jakiś pozytywny znak. Ile jeszcze mam wycierpieć dla jednej kropli szczęścia? A może jestem tak głupia i nie widzę go wokół mnie, bo liczę że po prostu pierdolnie mnie w twarz? Może wystarczy, że się po niego schylę? Tylko jak.

W sumie jestem tylko rozgoryczona, nieszczęśliwa i sarkastyczna.
Ale tylko jedna osoba o tym wie.
Dla reszty mnie nie ma, bo i po co.

3 czerwca 2014

Pani Kardiolog, lat 20

Panna z nałogami, nadwagą, depresją. Nieszczęśliwa, niewierząca, niewiedząca, cyniczna, rozgoryczona życiem. Bez poglądów, bez marzeń, bez planów i perspektyw na życie, które już zakończyła nawet go nie przeżywszy. Nie czyta, nie słucha, nie ogląda, nie skleja, nie rysuje, nie tańczy, nie pisze.
Bez dziecka i kredytowych zobowiązań. Jeszcze.

Chciałaby być mądrzejsza.

Wciąż się cenisz. Nie za bardzo? I tak jesteś kolejną szmatą, jak reszta tych pustych panienek, które spotykasz każdego dnia. Może, są przynajmniej ładne, wysokie, szczupłe i mają milijon znajomych. Ty - została ci JMK (która wyjeżdża) i PaterNoster (który też wyjeżdża) i jakieś tam koleżanki. Nikt nie będzie cię prowadził za rękę całe życie, bo każdy ma swoje. Ty, choć swojego nie masz i tak już je spierdoliłaś.

Na pozór ciągle masz seksistowskie żarty, suche żarty i smutne życie, jesteś urocza i zabawna, wszyscy myślą, że rżniesz się na prawo i lewo. W głębi czekasz na prawdziwą miłość.

Mogłabyś już zostać dziwką albo się zabić, bo wszyscy mają dość ciągłego wysłuchiwania o twoich pierdolonych, z dupy wyciągniętych, problemach.

Przynajmniej miałabyś co opisywać.



Parę poprzednich słów napisałam jakoś początkiem maja.

W tym momencie nie mam nic do powiedzenia.