Nie wiem jak to u was wygląda, ale zawsze przed snem, w fazie alfa(czy chuj wie co), gdy nie jestem pewna czy już śpię czy jeszcze nie, tworzę w swojej chorej głowie scenki rodzajowe z mojego lepszego życia. Czasem to jakiś wspólny biwak, czasem po prostu zwykłe uderzenie w ślinę ale raczej w romantycznych okolicznościach. W ten oto sposób pustą swoją egzystencję odmierzam czerwcami i tym kto mi się podoba. Od kilku lat niezmiennie każdego roku, w tym samym czasie (mniej-więcej), myślę przed snem o innej osobie. To miłe, mieć o kim myśleć przed zaśnięciem. To miłe (chyba) być również obiektem takich pomyślunków (ale nie w TAKIM sensie, zboczeńcy). Trochę się boję, bo od kilku(nastu) tygodni nie mam za bardzo o kim myśleć. Na siłę próbuję uformować jakiś wątek, refleksję (ale nie refluksję) o czymś przyjemnym i nic. Zasypiam z frustracją, a budzę się pusta.
Z drugiej zaś strony przestałam myśleć o śmierci najbliższych, o poczuciu straty. Przestałam się doprowadzać do spazmów i płakać codziennie. Jakoś się tak trochę uspokoiłam. Czuję się też pusto. Chciałabym mieć się czymś (kimś) wypełnić. Myśleć o kimś, móc zadzwonić czy zobaczyć się czasem i móc dotknąć. Chciałabym umieć dotykać, głaskać, bawić się palcami na ciele, nieśpiesznie wędrować opuszkami po ramionach, torsie czy głowie. No, ale nie umiem. Ułomność ta wynika raczej z ciągłego unikania dotyku innych niż z jakiejś naturalnej dysfunkcji. Krępowałam się nawet podać komuś rękę a co dopiero trzymać ją czy pozwolić jej wędrować po nodze czy plecach. Średnio mi z tym, bo tęskno mi do drugiego ciała. To okropne bo takie uczucie pojawia się znienacka i wciąż trudno mi to przystopować w miejscach publicznych. Czuję taki obrzydliwy dreszcz na szyi i przy żuchwie, potem na ramionach. Chcę to zatrzymać, a nie potrafię.
Jak to tak całe życie unikać jak ognia konfrontacji z mięsożercami i być takim zatwardziałym wegetarianinem i nagle, w jakiś pochmurny wtorek stwierdzić, że się pragnie schabowego? Bądźmy szczerzy: bez mięsa to taka trochę WEGEtacja.
Mogę z pewnością uznać, że dostałam od początku roku jakieś cztery kosze. Najbardziej zabawny to chyba ten, kiedy już czekając na ziomka, dostałam wiadomość, że się nie spotkamy bo chodziłam do katola. To zapoczątkowało masę innych smutnych wydarzeń tego dnia. To nie tak, że na kogoś napadam czy proponuję cokolwiek. Po prostu w jakimś momencie dostaję informację, że chyba jednak nie, albo nie dostaję żadnej informacji. W końcu brak odpowiedzi też jest odpowiedzią.
Ok. Nie ma sprawy.
To dziwne (przynajmniej dla mnie) i nowe; brak, jego odczuwanie i pragnienie wypełnienia pustki. Świadomość braku konkretnej rzeczy. Kiedyś był to sam brak i wystarczyło się wypełnić książką, telewizją, grą, śmieszkiem w internecie. A teraz? Moja potrzeba bliskości jest niezwykle silna. Jak nigdy.
STRASZNE TO EJST.
Czerwiec już się zaczął, a w głowie pusto. P.u.s.t.o.
O!
4 czerwca 2016
13 kwietnia 2016
Spacer
Jedyne, czego chcę na ten moment to kochać i być kochaną.
Choć wystarczyłby zwykły niedzielny spacer po parku.
Choć wystarczyłby zwykły niedzielny spacer po parku.
24 marca 2016
Wiosna 2016
Ludzie chyba tak mają, że przeczuwają różne rzeczy i się do nich podświadomie przygotowują. Na przykład do śmierci. Każdy kiedyś umrze (na szczęście, choć raczej jest mi to obojętne), ale dopiero w podeszłym wieku myśli o tym, kogo wychujać i nie przepisać mu spadku. Czasem przygotowujemy się do zmian w życiu, czasem tylko do zmiany stylówki. Mówi się, że kobieta zmienia fryzurę, kiedy zamierza rozpocząć nowy etap. Słabo, bo siana nie zamierzam ścinać, farbować, wydłużać czy nawet prostować, a gdzieś tak w głębi pustego serduszka czuję, że coś się zmieni.
Robi się tu coraz puściej. W życiu, na komputerze, na tapecie i archiwum rozmów. Skrzętnie usuwam jakiekolwiek ślady dawnych znajomości. Bez pardonu żegnam znajomych z facebooka i blokuję ich konta, tak by o nich zapomnieć. W liście zablokowanych coraz więcej osób. Myślę, że już dawno przekroczyłam 100. Ot, tak. Usuwam zdjęcia, teksty, listy i notki napisane w 2011 i dotąd nieopublikowane. Jakbym szykowała się na coś nowego. Jakbym nie wiedziała, że to nie nadejdzie.
Usuwam też stare esemesiaki, kontakty z telefonu i historię stalkowania. Nie liczę już tygodni odkąd ostatni raz rozmawialiśmy. Wyciągam z szafy stare, nienoszone już ubrania, wyrzucam je, albo zawożę do domu licząc, że same znikną. Regularnie sprawdzam też karton z bielizną i skarpetkami; nawet najmniejsza dziurka dyskwalifikuje to do noszenia. To nie jest tak, że nie dbam. Ratowałam kiedyś sweter. Cerowałam powiększającą się dziurę, w pasmanterii zakupiłam specjalną nitkę w jego kolorze (szarą). Zaszywałam bez ustanku, aż poddałam się, gdy zaraz po zaszyciu - następnego dnia w czasie wkładania - dziura rozciągnęła się od pachy aż do łokcia.
I wiecie co? Tak sobie usuwam te rzeczy, kasuję pamiętniczki, śmieszki, heheszki, wymazuję wspomnienia, choć wiem, że do tego trzeba czasu (albo czegoś bardziej spektakularnego), ćwiczę na nowo dystans, nie spinam się, że coś muszę, nie oczekuję i jem dużo warzyw. Ale w głowie mam pusto. Nie mam o kim myśleć, nie mam o kim śnić. Na siłę do moich "scenek rodzajowych" podstawiam twarz i charakter typa z uczelni (którego nienawidzę) czy sąsiada spotkanego w windzie. I jakoś to nie wychodzi.
Znów nadeszła ta pora czytania horoskopów, tragicznej chęci przygotowania się na przyszłość. Przewidzenia, kiedy i gdzie może czekać jakaś zmiana. Jedyną zmianą jaką widzę to tight gap wyławiający się z wciąż jeszcze tłustych ud. Jem dużo kaszy i dla niepoznaki wysypuję do niej zmielony ostorpest, który ma pomóc mi przyśpieszyć pracę wątroby (czyli i spalania tłuszczu). Wynikiem tego działania jest głód pojawiający się zaraz przed zaśnięciem. Jeśli wiecie jak temu zaradzić - piszcie. Boli mnie też serce. Jak wstaję, czasem jak kaszlę, a czasem po prostu ot, tak. Po mojej twarzy przemyka straszny grymas, ale na tym się kończy. Problem mam też z zatokami. To niesamowicie budujące, gdy patrząc na przebijające się przez zasłony promienie słoneczne, wybierasz sobie sukienkę, którą ubierzesz. Problem pojawia się, gdy idziesz do łazienki i odkrywasz, że 1/4 twojej twarzy jest opuchnięta tak, jakby pogryzło Cię stado pszczół. Dorzucimy do tego światłowstręt i osłabienie po wystawieniu się na słońce. Nienawidzę wiosny.
Jestem gotowa na coś nowego, ekscytującego, pobudzającego, fascynującego i na tyle intensywnego, że aż denerwującego (i nudnego). Jestem gotowa, ale już nie czekam. Jestem gotowa, ale jest mi to obojętne.
Wiosna 2016 w 100%, Życie w 12%.
Robi się tu coraz puściej. W życiu, na komputerze, na tapecie i archiwum rozmów. Skrzętnie usuwam jakiekolwiek ślady dawnych znajomości. Bez pardonu żegnam znajomych z facebooka i blokuję ich konta, tak by o nich zapomnieć. W liście zablokowanych coraz więcej osób. Myślę, że już dawno przekroczyłam 100. Ot, tak. Usuwam zdjęcia, teksty, listy i notki napisane w 2011 i dotąd nieopublikowane. Jakbym szykowała się na coś nowego. Jakbym nie wiedziała, że to nie nadejdzie.
Usuwam też stare esemesiaki, kontakty z telefonu i historię stalkowania. Nie liczę już tygodni odkąd ostatni raz rozmawialiśmy. Wyciągam z szafy stare, nienoszone już ubrania, wyrzucam je, albo zawożę do domu licząc, że same znikną. Regularnie sprawdzam też karton z bielizną i skarpetkami; nawet najmniejsza dziurka dyskwalifikuje to do noszenia. To nie jest tak, że nie dbam. Ratowałam kiedyś sweter. Cerowałam powiększającą się dziurę, w pasmanterii zakupiłam specjalną nitkę w jego kolorze (szarą). Zaszywałam bez ustanku, aż poddałam się, gdy zaraz po zaszyciu - następnego dnia w czasie wkładania - dziura rozciągnęła się od pachy aż do łokcia.
I wiecie co? Tak sobie usuwam te rzeczy, kasuję pamiętniczki, śmieszki, heheszki, wymazuję wspomnienia, choć wiem, że do tego trzeba czasu (albo czegoś bardziej spektakularnego), ćwiczę na nowo dystans, nie spinam się, że coś muszę, nie oczekuję i jem dużo warzyw. Ale w głowie mam pusto. Nie mam o kim myśleć, nie mam o kim śnić. Na siłę do moich "scenek rodzajowych" podstawiam twarz i charakter typa z uczelni (którego nienawidzę) czy sąsiada spotkanego w windzie. I jakoś to nie wychodzi.
Znów nadeszła ta pora czytania horoskopów, tragicznej chęci przygotowania się na przyszłość. Przewidzenia, kiedy i gdzie może czekać jakaś zmiana. Jedyną zmianą jaką widzę to tight gap wyławiający się z wciąż jeszcze tłustych ud. Jem dużo kaszy i dla niepoznaki wysypuję do niej zmielony ostorpest, który ma pomóc mi przyśpieszyć pracę wątroby (czyli i spalania tłuszczu). Wynikiem tego działania jest głód pojawiający się zaraz przed zaśnięciem. Jeśli wiecie jak temu zaradzić - piszcie. Boli mnie też serce. Jak wstaję, czasem jak kaszlę, a czasem po prostu ot, tak. Po mojej twarzy przemyka straszny grymas, ale na tym się kończy. Problem mam też z zatokami. To niesamowicie budujące, gdy patrząc na przebijające się przez zasłony promienie słoneczne, wybierasz sobie sukienkę, którą ubierzesz. Problem pojawia się, gdy idziesz do łazienki i odkrywasz, że 1/4 twojej twarzy jest opuchnięta tak, jakby pogryzło Cię stado pszczół. Dorzucimy do tego światłowstręt i osłabienie po wystawieniu się na słońce. Nienawidzę wiosny.
Jestem gotowa na coś nowego, ekscytującego, pobudzającego, fascynującego i na tyle intensywnego, że aż denerwującego (i nudnego). Jestem gotowa, ale już nie czekam. Jestem gotowa, ale jest mi to obojętne.
Wiosna 2016 w 100%, Życie w 12%.
Subskrybuj:
Posty (Atom)