Każdy kolejny dzień podobny jest do poprzedniego. Wszystko zlewa się w wielokolorową plamę, którą zwykłam zostawiać w łazience po obiedzie. Ograniczam wszystko co mogę. Ruchy, ciężar jak niosę do szkoły, wiedzę, która jest mi potrzebna. Boję się, że nie zdam matury, a to już za rok. Nie wiem jak ją zdam, skoro nie wiem co chcę robić w życiu. Najłatwiejszą opcją byłoby pójście na anglistykę, wszak angielskim władam dobrze, nawet piosenki sama układam (bo taka ze mnie wrażliwa i artystyczna dusza), ale nie są to jakieś górnolotne frazy z przekazem.
Ograniczam jedzenie i picie. Nie biorę już bułki do szkoły, mijam ludzi z obojętnością, nie doszukując się w nich znajomej twarzy. Ograniczyłam wydawanie pieniędzy, bo te przeznaczam jedynie na masowe środki transportu. Ograniczyłam życie, ilość słów wypowiadanych do ludzi i zwierząt, zwykłam je nawet liczyć, by po godzinie zapomnieć na jakiej liczbie stanęło i zacząć od początku. Ograniczyłam rozmowy i czynności życiowe. Jedyną rzeczą jakiej nie ograniczam jest sen. Jego długość znacznie wydłużyłam. Kładę się o 8 czy 9, budzę się o 4 i tak przez następne 2 godziny rozmyślam jak bardzo jestem samotna. Czasem popłakuję, ale cicho, tak by nikt nie słyszał. Nie odwiedzam fejsa, nie składam życzeń, nie odpowiadam na nieistniejące zaczepki, pocztę rzadko czytam, i tak przychodzą reklamy. Telewizji nie oglądam, nie czytam gazet, nie wiem kto wygrał wybory, nie chodzę do kina, nie oglądam ambitnych filmów, słucham chujowej muzyki, w domu jem tylko budyń.
Menele i cyganie nie zaczepiają mnie już na dworcach, jesteśmy prawie jak rodzina.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Anonimy dostaję wetknięte w pranie. Tyle smaczku w życiu mi wystarczy.