W zamierzchłych czasach, gdy byłam jeszcze niepełnoletnia i bałam się pić piwo przy ludziach, chodziłam do głupiej szkoły. Taki klimat nie teges, ludzie-alkoholicy, ryje te same od 92357298375 lat, chujowi nauczyciele, chujowy budynek, za dużo schodów, same nudy i ogólnie chujnia. Prze-chujnia. Mega-kurwa-chujnia. Ale pośród tej całej chuj-chujni egzystowałam ja - abstrakcyjno-futurystyczno-fantastyczny amalgamat absurdu, kiczu i piosenek Disco Polo. I byłam w tym zajebista. Prowadziłam długie wywody egzystencjalne, tańczyłam ze szklanką mleka, pisałam lepsze teksty, a to tylko dlatego, bo chujni miałam po uszy i tą chujnią gardziłam. Chujnia była moją inspiracją, muzą, pożywką, prawie tak jak czipsy.
Teraz chodzę do spoko szkoły, mam super znajomych, popalam i piję piwsko niczym hipis z lat w których chciałabym żyć. Super klimat, wszystkich lubię, no po prostu zero chujni. Tyle, że ja teraz jestem jakaś chujowsza. Owszem, wciąż ripostuję najlepszymi kawałkami, wciąż humor zboczono-pederastyczny mam, wciąż marzę o miłości, ale nie o tej zajebistej z ZARY, tylko tej chujowej - w sam raz dla mnie. Tyle, że to nie to. To nie jest ta sama nienawiść do świata z lat szczenięcych. Już nie piszę, tak jak dawniej, już nie mam tego polotu, straciłam chęć życia i z domu wychodzę tylko po lody Jocker. A może po prostu okres buntu i distroju zakończył się bezpowrotnie?
Żyjąc w chujni, byłam mega wyjebana w kosmos,
żyjąc w kosmosie jestem prze chujowa.
Był modernizm i postmodernizm, była chujnia i może będzie postchujnia.
OdpowiedzUsuńliczę na to
Usuń