12 czerwca 2015

Tęsknota

Tęskniłam. Żyłam trochę jak we śnie, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Starałam się trochę jakoś ogarniać, powoli i stopniowo. Tęskniłam i nawet o tym nie wiedziałam. Zawsze czegoś mi brakowało, głównie pieniędzy i darmowego alkoholu, z rzadka myślałam o czułości. Coś drgnęło. Ktoś się pojawił. Z daleka. Pojechałam na spotkanie "w połowie drogi" z głośno bijącym sercem i drżącymi dłońmi, z zaschniętym gardłem i zamkniętymi oczami. Podróż minęła mi na zastanawianiu się "jak będzie?". Kręciłam się po peronie szukając pozycji w której wyglądam najlepiej. Na samym końcu zastygłam przed ekranem z odjazdami pociągów, udając, że jest to pierwszorzędna rozrywka w tym momencie. Odpisałam na esemesiaka, że "Wszystko ok" (nawet nie przypuszczałam, że tak będzie), włożyłam telefon do torby, spojrzałam na ekran z pociągami i... już. Przytuliłam się do obcego człowieka, zanurzyłam się w jego ramieniu i stwierdziłam "Chłopczyk nawet ładny, od dziś na nim mieszkam" (no nie do końca, ale ok xD) Po chwili chciałam się oddalić, ale on wciąż mnie trzymał. To takie uczucie jak trzymają was ciotki i całują po policzkach a wy zgadzacie się na to tylko za pieniądze (dobrze was znam, łapczywe torby!). Tkwiłam dalej w tym ujęciu i z każdą mini-chwilką chciałam jeszcze więcej, troszkę więcej. Może i rozgrzewam się jak przedwojenny bojler, ale Panie, jaki hajc. Trzymałam się sztywno i jak na prawdziwego tkliwego nihilistę przystało - mimo braku dystansu - z dystansem. Niestety, doznałam kilku ciosów śmiertelnych. Poczułam zaciskające się pęciny wokół mojego pasa, poczułam odchylenie głowy, swoją - bardziej z ciekawości niż z chęci spojrzenia śmierci w oczy- również odchyliłam.

Cios pierwszy.
Skroń. Usta uderzyły nad okiem, trochę w czoło, trochę z boku. AHA SPOKO, myślę sobie, może wytrzymam.

Cios drugi
Policzek. Ale bliżej ust. HALO, CO EJST? Poczułam krew odpływającą z twarzy, członków; serce resztką sił pompowało ostatnie chwile życia. Boli, jak boli!

Cios trzeci
Kącik ust. Męka. O, Panie, wybacz i weź mnie maluczką do siebie, nie krzywdź więcej. Usłużnie padam na twarz i błagam, nie. Wolałabym być rozerwana przez harpie, na matczynych łez padole zwijać się we krwi potomnych; błagam tylko nie to. Tylko nie ja.

Poległam.
Nie czekając na jakikolwiek znak, nie zważając na grupę podstarzałych pań jakieś pięć metrów dalej, docisnęłam się bardziej. Moje usta bezgłośnie krzyczały "Więcej!" skazując mnie na wieczne człowieczeństwo. Drzwi bastionu tęsknoty zostały zniszczone, pożoga namiętności trawiła każdy skrawek skóry i wnętrzności. Żaden samotny wieczór nie dał mi tyle bólu i tyle przyjemności na raz. Ręka gładząca mnie po włosach była cudownie ciężka i jeszcze mocniej przypierała mnie do drugiego człowieka, a druga, ciasno opleciona na kibici dawała pewność, że zrobi wszystko bym martwa nie poległa na brudnym peronie. Pochwyciłam tą twarz (bo słabo z rękami opuszczonym stać w tak podniosłym momencie, c'nie?). Nie piękną i nie brzydką. Ludzką. Parzyłam na zamknięte oczy za ciemnymi oprawkami okularów, patrzyłam na grzywkę zasłaniającą gojące się rany. Widziałam krzywy nos stykający się z moim. Skupiałam się na tych niecierpliwych ustach spijających ze mnie niewyobrażalną tęsknotę, strach, lęki, brak samoakceptacji i posmak gumy do żucia. Na koniec spojrzałam w niebieskie, śmiejące się do mnie oczy. Opuściłam wzrok.

Było mi wstyd. Za tę chwilę słabości, za brak wiary w siebie, za chwilę człowieczeństwa. Było mi wstyd za brak krępacji, za namiętność, za brak dotyku. Było mi wstyd być człowiekiem i czuć, bo wiedziałam, że przyjdzie mi zapłacić za to bardzo dużą cenę. Za chwilowe pobudzenie, zwalenie tego tak długo i skrupulatnie budowanego muru, będę musiała poświęcić jeszcze więcej by go zbudować na nowo. Ale... nie chcę. Chcę znów czuć, pojmować. Jestem gotowa na ból rozstania jaki przyjdzie, po chwilach uniesienia i bliskości. Dla nich, dla kilku chwil akceptacji, nie byciem "drugim/trzecim/nigdy wyborem" jestem gotowa. Z głośno bijącym sercem postaram się nie być jebusem i pajacem (choć wiem, że wszystko co chcę powiedzieć muszę przeczytać z kartki, serio). Aż dziwnie dobrze mi było uświadomić sobie, że jeszcze coś czuję, że jeszcze żyję.
(trochę, szkoda, że na peronie)

To było potrzebne.

Tęskniłam.
Ale nawet o tym nie wiedziałam.




(spoko, niedługo przyjdzie wakacyjna depresja. Stay tuned, fellas)



















EDIT 21.06.2015, 05:06:

Już mi przeszło. Fala letniej depresji i odór sesji skutecznie przyblokowały wyrwy i pozostał sam ból, smutek, cierpienie (i śmierć z niedożywienia). Strasznie się boję, ale nie wiem do końca czego. Mam ataki paniki i dużo płaczę. Skłaniam się do podjęcia bardzo ważnej decyzji. Jestem chyba gotowa, by walczyć, bo chciałabym choć trochę normalnie funkcjonować. Za dużo znalazłam błędów i wypaczeń.

Lovki, Kiski.

4 komentarze:

  1. Powodzenia w budowaniu muru... na nowo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach, perony dworców kolejowych takie romantyczne..
    I tak dobrze opisane.
    PS. Kroi się LDR?


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. już jestem w jednym LDR z moim łóżeczkiem jak wychodzę na zajęcia xD

      Na serio: Chyba warto się trochę poświęcić, wyjść ze strefy komfortu, zobaczyć jak to jest. Jest jeszcze trochę za wcześnie, żeby mówić o czymkolwiek, ale jak wejdę w związek na pewno pochwalę się na fejsie (i tu). Szczerze mówiąc: nie wiem. I tego się boję. Rzadko czuję się tak swobodnie w towarzystwie ludzi. Podchodzę do tego na luzie (pozornie), w końcu życie powinno być jedną wielką przygodą, c'nie?

      Usuń
    2. Ano polecam ten rodzaj przygody.

      Usuń

Anonimy dostaję wetknięte w pranie. Tyle smaczku w życiu mi wystarczy.