Jak zwykle przed świętami czuję się słabo. Czas na podsumowania, nowe postanowienia, refleksje doprowadzające do refluksji. Rodzinna atmosfera oscyluje w granicach zera bezwzględnego a i szanse na jakąkolwiek poprawę też są raczej nikłe. Chciałabym być świąteczną osobą. Raz w roku chciałabym założyć sweter z napisem "Merry Christmas ya filthy animal", grać kolędy, piec ciasteczka, mieć tyle kasy, żeby bez żalu kupić sobie naklejki z pingwinkami. Chciałabym mieć takie święta, jakie mi się wymarzy, a nie takie, jakie mieć muszę.
Czas podsumowań doprowadza mnie na granicę rozpaczy i szaleńczego smutku. Czy kiedykolwiek uda mi się poznać kogoś kto jest w porządku, jest szczery albo honorowy? Czy kiedykolwiek uda mi się spotkać kogoś, kto po pięciu minutach rozmowy nie będzie chciał mi się dobrać do tyłka, tylko wyrazi zwyczajna chęć poznania? Ot, tak, najzwyczajniej w świecie, spędzić ze sobą czas. Chciałbym kogoś, kto po prostu będzie. Wszechświecie, czy to takie trudne? Czy kiedykolwiek przed 25 urodzinami uda mi się być z kimkolwiek? Moi znajomi wchodzą w związki, rozstają się, rodzą im się dzieci, a ja? Gdzie w tym wszystkim ja? Gdzie mam iść, by spotkać tą właściwą osobę? Co mam zrobić, żeby spędzać "miły dzień" częściej niż raz w roku? Byłam na wakacjach w Budapeszcie na całe 12 dni, fajny był ten wyjazd, ale to ten jeden czerwcowy dzień dręczy mnie nieustannie. Te pocałunki, ciepły dotyk, pomruk zadowolenia w uchu, te przyjazne dłonie obejmujące mnie, słodkie szepty, a przede wszystkim obecność drugiej osoby. Nie było nocy, żebym przed snem nie próbowała sobie tego przypomnieć, nie było dnia, żeby coś nie przypomniało mi o tym gorącym czerwcowym popołudniu. W kalendarzu grudzień, a ja tylko myślę o tamtej sobocie.
W sumie taka jestem, bardzo szybko się napalam, a potem muszę przez kilka miesięcy walczyć z "uczuciem" i doprowadzać się na skraj rozpaczy, żeby jakoś to wszystko wyrównać. Czy to moja wina, że chcę być z kimś blisko, a nie jestem w stanie tego osiągnąć. Zbliżam się, ale nigdy nie osiągam punktu styczności. Jak jebana asymptota. Czasem nachodzi mnie myśl, że mogłam się dać przeruchać w tym kiblu. Jak ostatnia szmata, w końcu każdy jest trochę kurwą, c'nie? Teraz w sumie staram się o tym zapomnieć, ale hm... ktoś mi pokaże język, a ja od razu przypominam sobie TEN język pieszczący moje usta. I tak w kółko. Nie lubię takich akcji; najpierw ktoś poświęca Ci całą uwagę, dręczy słodkimi esemesiakami w nocy, a potem przez pięć miesięcy musisz szantażem wymusić rozmowę.
Ha! To was zaszokuje! Zaczęłam jeździć na łyżwach! Byłam na razie kilka razy ale bardzo mi się to spodobało i nie raz się jeszcze wybiorę. Ja i sport - no kto by pomyślał. Powiedziałam matce, że byłam na łyżwach, zaproponowała, że dośle mi trochę kasy, jeśli mi brakuje. S.z.o.k. Może dlatego, że rzadko się odzywam, rzadko dzwonię.
Jeżeli kiedykolwiek będę miała dziecko (lub -ci) - bo ktoś będzie chciał ze mną je mieć czy coś w ten deser - to osobiście zapewniam, że te dzieci babci od strony swojej mamy nie będą widywać za często. Bo to jest, kurwa, zasrany ciemnogród, umysłowa Kambodża i festiwal dwulicowości. Wystarczy, że ja przez to przeszłam i jeszcze musiałam się sama sabotować, żeby od tego uciec. Nie pozwolę sobie, żeby ktoś tak zniszczył moje dzieci, tak samo jak próbował zniszczyć mnie. O nie.
Żeby było śmieszniej nawet nie mam jak z matką pogadać. O czym bym nie zaczęła słyszę, że nie jestem wyjątkowa, inni mają gorzej i nie mogę traktować innych z góry? Mam się dostosowywać do poziomu innych? Ona zaczyna mówić o jakiś moich znajomych ze szkoły, a ja się tylko denerwuję. Jestem zawieszona pomiędzy wieloma światami. Jedne opuściłam, aspirując do drugich, a tam gdzie udało mi się dostać jestem traktowana protekcjonalnie. To, co opuściłam, staram się wyplenić, wyzbyć złych nawyków nabytych w przeszłości, staram się nie być taka jak inni z mojego otoczenia (kolejny epos na osobną notkę). W tym całym temacie pod tytułem "Życie" jestem sama. Sama, sama, sama.
Bardzo brakuje mi ciepła drugiej istoty żywej. Myślę mocno o psie, ale taki luksus muszę odłożyć na kilka lat później. A tak bardzo bym chciała mieć zwierzątko do którego będę mogła się przytulić. Pies Cię kocha bezwarunkowo, a w dzisiejszych czasach zazwyczaj trzeba coś sobą reprezentować. Najczęściej w cenie jest głębokie gardło, a nie umysł.
Trochę galimatias, ale edytuję tę notkę już 20 raz, a piszę ją od początku listopada.
Ahh, dostałam piękny prezent (przed)świąteczny. Wybrane eseje Sylvii Plath (totalnie smutaśne - w sam raz dla mnie) i czekoladki z Lindta to szalone połączenie, ale ostatnia pozycja zostaje tajemnicą, bo oficjalnie wciąż dieta i ćwiczenia są u mnie numero uno. Ostatnio Karolyna stwierdziła, że ostatnimi czasy jestem "czasem wesoła". To dużo, że ktoś to zauważył. To dużo, bo to znaczy, że coś się zmieniło. Może być tylko lepiej.
Trzymajcie się tam.
Jakoś.
Święta, sylwestry, urodziny.. dla mnie to już tylko kolejne kartki z kalendarza. Polecam nie zwracać uwagi na "specjalne dni", bo ich specjalność tylko bardziej dobija. No bo ma być wesoło i wgl a się nie jest i zgrzyt.
OdpowiedzUsuńA czy koniecznie trzeba z kimś być? Czy nie można być szczęśliwym będąc singlem? (napisz rozprawkę)
myślę, że wszystko można :P
Usuńtylko czasem z kimś jest łatwiej (tak mi się wydaje), chyba.