12 grudnia 2016

ljasfhsedgv

No.

W poprzednim pościku wspomniałam, że spotkałam się z takim starcem w młodym ciele. Po jakimś miesiącu spotkaliśmy się raz jeszcze. Na chwilkę. Nie rozmawialiśmy wiele, nie ma o czym. Czego bym nie powiedziała zostałoby zapomniane albo pomieszałoby mu się z inną osobą. Nie warto. Na początku starałam się być zabawna, śmiałam się uroczo i zalotnie albo niewinnie patrzyłam na tego typa. Trochę jak lolita (xD beka). Potem stopniowo mój udawany entuzjazm wygasał, aż do momentu w którym totalnie zamilkłam i zamyślałam się. To było mniej-więcej tak:



Siedziałam tak ze smutkiem w oczach wpatrzona w drzwi do toalety i od wielu miesięcy nie licząc na nic. Poczułam palec na swojej dłoni. Zamarłam i dostałam takiego dziwnego ucisku w górnej klatce piersiowej. Potem jakoś chwycił mnie za rękę. To było miłe. Siedzieliśmy tak: ja - wpatrzona w drzwi kibla (jedyna z możliwych ucieczek); raczej starałam się od niego odwrócić, on - nie wiem na co patrzył. Romantycznie by było jakby na mnie, ale na drzwi kibla też ok. Potem jakoś się pokręciliśmy na tej kanapie tak, że się poprzytulaliśmy (i inne takie) i on mi mówi, że musi już spadać. Umówił się z jakąś typką (brak zazdrości=obojętność; jak mawia mój szef: "jest git!"). Wyciągnęłam mu spod koszuli bardzo długi łańcuszek z serduszkiem i mimo przewidywanej odpowiedzi zapytałam co to za artefakt. Wiadomo o co chodziło. Powiedziałam, że miałam podobny albo go rozwaliłam i wyrzuciłam do kosza (obojętność= "jest git!"). Pozbieraliśmy się i poszliśmy. Rozstaliśmy się w okolicach rynku. Nie umie całować. Wydyma usta jak ryba. Ale czy ja umiem?

Tak jak powiedziałam, po raz pierwszy niczego z nim nie planuję (w mojej głowie) i zamierzam go wykorzystać tylko i wyłącznie do oswojenia się z dotykiem. Nie zamierzam z nim uprawiać ani roślin okopowych ani seksu. Mam plan zaprosić go do siebie, mieć go na trochę dłużej i bez tej publicznej krępacji poprzytulać się i uderzyć w ślinę (może być trochę na dziko).

Poszłam przed siebie bez żalu czy smutku. Nie popatrzyłam za nim, choć zawsze patrzę za każdym. Poszłam sobie. Po prostu. Z pustką. I mimo tłumów na jarmarku świątecznym ta dziura we mnie mogłaby ich wszystkich wciągnąć i byłoby jeszcze trochę miejsca dla szczeniaczków.

Fajnie tak, bez emocji.

I choć kocham zimę, mrozik, śnieżek, łyżwy (!!!), szczeniaczki hasające na białym puchu i cichy las pod białą pierzyną to z bólem serca mówię sobie "Byle do wiosny". Nie wiem czy spotka mnie tam coś lepszego. Planuję wycieczkę do Barcelony. I chyba to trzyma mnie przy życiu. Jeśli oczywiście będą tanie bilety.

1 komentarz:

  1. Kiedy znikałem z "blogosfery" wydawało mi się, że Ciebie już nie było na blogu, a teraz wracam i widzę miłe zaskoczenie w postaci nowego postu. Pamiętam Cię i bardzo dobrze zapamiętałem Twoją ironię (sarkazm?) dla której czytałem Twoje wpisy.

    Hmm.. Ciekawe czy Ty umiesz ;)

    Wycieczkę do Barcelony polecam, mogę być darmowym przewodnikiem!

    OdpowiedzUsuń

Anonimy dostaję wetknięte w pranie. Tyle smaczku w życiu mi wystarczy.