Nadszedł (prawie) znienawidzony przeze mnie czas. Prawie, bo mogę chodzić w mojej ulubionej kurtce. A że znienawidzony, to chyba wiadomo. Ludzie wypełźli na ulicę, gdy tylko słońce lekko wyjrzało zza chmur. Ludzie wypełźli by teraz ogrzewać swoje twarze. Ludzie wypełźli. Skąd? Nie wiem. Ludzie. Wszyscy uśmiechnięci i radośni. Rozłożyli kocyki nad rzeką, wzięli ze sobą koszyki pełne smakowitości, wzięli ze sobą alkohol, by łatwiej im się rozmawiało. Gdzie byliście, gdy było ciemno i brzydko? Gdzie byliście gdy było strasznie i źle?
Oczywiście w moich ulubionych gazetach typu Cosmo, Joy, Pani Domu i Mały Ogrodnik pojawiają się miłosno-wiosenne horoskopy, poradniki jak szybko schudnąć przed wakacjami i jak zakochać się na wiosnę. Oczywiście w stosie głupot czasem, ale bardzo rzadko, można znaleźć coś pożytecznego. Czytam więc, jak się zakochać. Że musisz może nowe ciuszki kupić, że może siłka, że może basen i rower, że ruch niby zdrowy. Że ciuszki to tylko w soczystych i modnych kolorach, żadnej czerni, szarości i (dziewiczej) bieli. Że teraz zieleń, róż, mango, ultramatyna, żółć (ale nie flegma) i czerwień (bo kolor miłość, ponoć). I czytam też, że może jakiś mejkap, żeby przykryć pryszcze, że kosmetyczka, że może nowy kolor na włosach.
I czytam też, że najważniejsza pewność siebie i uśmiech. Że od uśmiechu się zaczyna, i że wiele może. Teraz pytanie do pań, których największym zmartwieniem jest to, że może braknąć tego ajlajnera w tej drogerii: jak? Jak do kurwy nędzy mam się uśmiechać, skoro jest źle? Jak mam być pewna siebie, skoro nie znam zamiarów obcego. Co chce mi zrobić? Jak mam się uśmiechać, skoro nie wiem, czy jutro nie będzie gorzej. Jak mam się uśmiechać, skoro boję się, że znów sięgnę po cuksy? Jak mogę się uśmiechnąć do nieznajomego, nie wiedząc czy mogę mu zaufać, a przede wszystkim czy mnie zrozumie, czy będzie wiedział, bez zbędnego tłumaczenia, że jest źle? Dlaczego mam się uśmiechać do nieznajomego, skoro nie mam powodu do uśmiechu? Nie chcę, by ktoś mnie lubił za to jak ładna, urocza czy pociągająca jestem. Nie chcę, by ktoś zadawał się ze mną dlatego że dobrze wyglądam (a nie wyglądam, dlatego - prawdopodobnie - nikt się ze mną nie zadaje).
Nie chcę, by ktoś podszedł do mnie gdy udaję szczęśliwą i zadowoloną z życia. Bo wtedy UDAJĘ. Chcę, żeby ktoś do mnie podszedł, gdy siedzę rozgoryczona, rozmyślam nad całym gównianym życiem, gdy najbardziej pragnę czyjejś obecności. Chcę, by ktoś podszedł i powiedział: "Mamy chyba ten sam problem". Chcę, by ktoś do mnie podszedł, gdy palę samotnie na moście czy nad rzeką. Chcę, żeby ktoś podszedł do mnie, gdy jestem wyjątkowo nieszczęśliwa, wyjątkowo rozgoryczona i wyjątkowo nieuśmiechnięta. Bo taka właśnie jestem. Czasem oczywiście. (Bo czasem jestem brykliwym tygryskiem)
No, ale (cytując Matriarchat) "Kto do ciebie podejdzie skoro taka jesteś?"
11 kwietnia 2014
29 marca 2014
Grzyb
Sąsiadki z góry nie mogą się chyba doczekać wakacji w Chorwacji, bowiem już w środku pierdolonej zimy postanowiły przećwiczyć podryw ratownika i do tego potrzebowały basenu. Jakby nie wystarczyła wanna, w której i tak już łatwo się utopić, zwłaszcza gdy jest się jednonogim piratem przed godziną 11. Tak, moi mili. Potrzebowały basenu, który chyba im z deczka przeciekł, czego skutki, nie sutki, odczuwają lokatorzy mieszkania niżej. Zacieki na całym suficie tworzą fantastyczne obrazy, trochę jak tło obrazów Salvad(t)ora (Dali nie jadę- żarcik dla krakusów).
No nic. Ludzie to debile więc nie można od nich wymagać choćby minimalnego wysiłku umysłowego. Spoko. Przyszły panowie Mietki coś porobili z sufitem, dla mnie raczej w porządku niż nie, bo lata mi to i powiewa, bowiem i tak raczej się wyprowadzam i wyjechać bym chciała na koniec świata. Ale o tym później.
I tak patrzę, może 2 tygodnie temu(?), tak jakby zaciek mam na suficie. Ale nie był to zaciek do końca. Ani to mokre, ani nijakie. Dziwne trochę. Oczywiście takie inspekcje zawsze się kończą gównem, bo jak się jest karłem, i staje się na krześle, które jest na stole to potem spada się na podłogę z potężnym "łup. kurrrrwa mać". Nikt już na to uwagi nie zwraca, bo z mojego pokoju od zawsze dobiegają dziwne odgłosy. No nie ważne.
Podzwoniłam ze strachem do PaterNostera, Matriarchatu i telefonu zaufania dla przyszłych samobójców (numer mam już w "ulubionych") i dowiedziałam się, że to grzyb. Zachęcona radami internautów zakupiłam kilka specyfików, popsikałam grzyba i poszłam na zajęcia. Wietrzę w pokoju codziennie, szczególnie jak mnie nie ma, a zwłaszcza gdy jestem. A grzyb jak był, tak jest. Mam już małą obsesję, bo ostatnio dużo sypiam i dużo jem. To ze pewnością wina grzyba. Dostałam też wiosennej depresji, bo dziewczyny chodzą w krótkich kiecuszkach i ogólnie seksi, a ja wciąż czaję się w krzakach pod jakąś podstawówką. I to też jest wina grzyba. Nie ma ochoty biegać - grzyba na szafot. Nie ma nic do jedzenia - nie dość, że mieszka za darmo to jeszcze je moje bułki. Ogólnie grzyb ten jest powodem wielu moich problemów rozpoczynając na chronicznej bezsenności kończąc na niechęci do onanizacyjnych czynności.
Widzę, że Pan ma wobec mnie jakiś plan. Najpierw mieszkanie z wrogiem. Przyjmuję to jako lekcję. Ale widocznie nauka nie była wystarczająca, więc zesłał mi grzyba (choć modlę się o Robba Starka i czarną Wołgę- tę co porywała dzieci) i chce, bym z grzybem tym w komitywie żyła. Więc w komitywie żyć będę.
Ale nie polecam jako współlokatora.
No nic. Ludzie to debile więc nie można od nich wymagać choćby minimalnego wysiłku umysłowego. Spoko. Przyszły panowie Mietki coś porobili z sufitem, dla mnie raczej w porządku niż nie, bo lata mi to i powiewa, bowiem i tak raczej się wyprowadzam i wyjechać bym chciała na koniec świata. Ale o tym później.
I tak patrzę, może 2 tygodnie temu(?), tak jakby zaciek mam na suficie. Ale nie był to zaciek do końca. Ani to mokre, ani nijakie. Dziwne trochę. Oczywiście takie inspekcje zawsze się kończą gównem, bo jak się jest karłem, i staje się na krześle, które jest na stole to potem spada się na podłogę z potężnym "łup. kurrrrwa mać". Nikt już na to uwagi nie zwraca, bo z mojego pokoju od zawsze dobiegają dziwne odgłosy. No nie ważne.
Podzwoniłam ze strachem do PaterNostera, Matriarchatu i telefonu zaufania dla przyszłych samobójców (numer mam już w "ulubionych") i dowiedziałam się, że to grzyb. Zachęcona radami internautów zakupiłam kilka specyfików, popsikałam grzyba i poszłam na zajęcia. Wietrzę w pokoju codziennie, szczególnie jak mnie nie ma, a zwłaszcza gdy jestem. A grzyb jak był, tak jest. Mam już małą obsesję, bo ostatnio dużo sypiam i dużo jem. To ze pewnością wina grzyba. Dostałam też wiosennej depresji, bo dziewczyny chodzą w krótkich kiecuszkach i ogólnie seksi, a ja wciąż czaję się w krzakach pod jakąś podstawówką. I to też jest wina grzyba. Nie ma ochoty biegać - grzyba na szafot. Nie ma nic do jedzenia - nie dość, że mieszka za darmo to jeszcze je moje bułki. Ogólnie grzyb ten jest powodem wielu moich problemów rozpoczynając na chronicznej bezsenności kończąc na niechęci do onanizacyjnych czynności.
Widzę, że Pan ma wobec mnie jakiś plan. Najpierw mieszkanie z wrogiem. Przyjmuję to jako lekcję. Ale widocznie nauka nie była wystarczająca, więc zesłał mi grzyba (choć modlę się o Robba Starka i czarną Wołgę- tę co porywała dzieci) i chce, bym z grzybem tym w komitywie żyła. Więc w komitywie żyć będę.
Ale nie polecam jako współlokatora.
20 marca 2014
Dzień
"Boję się rano wstać, boję się dnia, codziennie rano boję się otworzyć oczy, ze strachu przed świtem, zupełnie nie wiem, co zrobić z nadchodzącym dniem. No nie mogę. Mam niby jakieś obowiązki, a przecież – pustka, jakby zupełnie nie miało znaczenia czy wstanę czy nie wstanę, czy zrobię coś, czy nie zrobię, higiena, jedzenie, praca, jedzenie, praca, palenie, proszki, sen."
Pierwszy budzik dzwoni o 6.10, następny o 6.30, kolejny o 6.40, a ostatnie dwa o 7.10 i 7.40. Nie, nie jestem wyspana. Nigdy. Zwłaszcza, że była wczoraj impreza, znów. Ale powtórka będzie wieczorem. Idę do łazienki i patrzę na przemęczoną i udręczoną istnieniem twarz. Czy widać, że mnie boli? Tego przyjaciele od wódki mi nie powiedzą. Nie ważne. Robię sobie herbatę (już w kuchni) i próbuję wymyślić co mogę zjeść na śniadanie. O, jeszcze mam pizzę z domu. Odgrzewam gówno i razem z całą obstawą sztućców i szklanek wracam do pokoju. Zaczynam jeść. Nie odczuwam już takiej przyjemności, jak kiedyś dawało mi jedzenie. Równie dobrze mogłabym jeść oponę. Wiem, że muszę zjeść i tyle. Jem w towarzystwie fejsa, papilota, 9gag'a i poczty. Czuję że zaczyna mnie boleć noga, czas na proszki. Teraz jest lepiej.
Łazienka. Mejkap. Jeszcze dwa lata temu byłam przeciwniczką nakładania 5 warstw szpachli na ryj. Ale po paru komentarzach typu "Wyglądasz strasznie" czy "Chyba nie spałaś całą noc" - i podejrzewam że były to eufemizmy skierowane w stronę mojej sparciałej mordy - zmieniłam zdanie i teraz regularnie nakładam różne mazie, by zakryć wiecznie kpiący wyraz twarzy. Wchodzę. Zajęcia. Gdy mam możliwość podczas wykładu to sobie wyobrażam różne rzeczy. Teraz na przykład myślę o jednej osobie, że niby wychodzę zmarnowana (jak zawsze po lekcji), a on stoi pod budynkiem i zaciąga się papierosem. Że szmaty z grupy patrzą łakomym okiem, a on się odwraca i mówi "chyba byłaś niegrzeczna" czy coś w kierunku naughty talks, i że jesteśmy tylko my, a potem idziemy na kebsa. W rzeczywistości wyglądałoby to tak, że on już by wyrwał ze trzy dupy, zanim zdążyłabym zejść z 3 piętra na tą jebaną fajkę. Ale czasem słucham co mówią za moimi plecami, czy może coś o mnie, że jestem jebusem, albo coś w ten deser. Zastanawiam się, czy jestem dla kogoś ważna. Ale nie jako dziecko czy źródło dochodów, ale tak po prostu i bezinteresownie. Wiem, że może tak. Wiem, że on mnie lubi, chyba, i jestem ostatnią osobą, którą by prosił o pomoc, ale poprosił. I wciąż do mnie pisze, ale może po ostatnim mnie już nie lubi. Nie wiem. I nie zaciągnął mnie do łóżka, jak wiele naszych koleżanek. W sumie nikt mnie nie zaciągnął, bo ja zawsze uciekam. Zawsze.
Zależnie od zajęć, albo idę coś zjeść z K. albo odprowadzam ją na przystanek i potem spierdalam do domu. Zależnie również od dnia, i pustości lodówki idę do biedry albo gdzieś po jakieś jedzenie. Czipsy i batoniki czy inne bułki. Wracam do domu. Jem. Robię herbatę. Palę. Odpalam komputer i sprawdzam fejsa, ewentualnie bloga Kasi Tusk czy innych, pięknych i bogatych. Nie mam co robić, więc nie robię nic. Robię zadanie, a cały czas w tle gra mi jakaś muzyka. Muzyka. To dobra wymówka. Coś w stylu "jeszcze dwie piosenki i zaczynam się uczyć", a pół godziny później dopiero wybieram się po herbatę. Czytam książkę i chcę iść się umyć. Ale jest 23 i znów mamy gości. Jestem też głodna i chcę herbaty, ale boję się wejść do kuchni. Jestem zaszczutym psem w moim własnym domu. Gdy słyszę, że jest na tyle głośno, idę do łazienki. Po 20 minutach jestem w pokoju. Przekręcam klucz. Nie chcę, by ktoś znów tu wszedł bez mojego pozwolenia. Nie chcę, by ktokolwiek tu był. Nie czuję się samotnie, ale chciałabym, gdy już rozczeszę włosy i przygotuję rzeczy na nowy dzień, żeby ktoś tu był. Żeby był i... żeby był.
Kładę się do łóżka i nasłuchuję. Słucham, czy mówią coś o mnie, czy lecą jakieś komentarze, czy już mam przejebane, czy szykują mi niespodziankę, czy będzie jeszcze gorzej. Ale tylko drą mordę. Najpierw mówili, że mnie lubią, że szacuneczek, że jesteś wporzo, ale jak rzuciła się na mnie jakaś szmata, jak poprosiłam gostka o ognień, to żaden, żaden mi nie pomógł, nie zapytał jak się czuję. Żaden, choć wszyscy to widzieli. Potem słyszałam w nocy jak mówili, że będę miała duże limo i tyle. Łykam jeszcze coś na sen i słucham dalej. Boję się, że kiedy zasnę, to tu wejdą. Boję się wielu rzeczy. Obracam się w łóżku około 20 razy zanim będę tak zmęczona, że oczy same mi się zamkną. Ale nie śpię i czuwam. Czekam, aż wyjdą z mojego domu, żebym mogła spokojnie zasnąć. Żebym się nie bała. Żebym przeczekała do ranka. Żeby mnie zastał nowy, chory dzień.
Pierwszy budzik dzwoni o 6.10, następny o 6.30, kolejny o 6.40, a ostatnie dwa o 7.10 i 7.40. Nie, nie jestem wyspana. Nigdy. Zwłaszcza, że była wczoraj impreza, znów. Ale powtórka będzie wieczorem. Idę do łazienki i patrzę na przemęczoną i udręczoną istnieniem twarz. Czy widać, że mnie boli? Tego przyjaciele od wódki mi nie powiedzą. Nie ważne. Robię sobie herbatę (już w kuchni) i próbuję wymyślić co mogę zjeść na śniadanie. O, jeszcze mam pizzę z domu. Odgrzewam gówno i razem z całą obstawą sztućców i szklanek wracam do pokoju. Zaczynam jeść. Nie odczuwam już takiej przyjemności, jak kiedyś dawało mi jedzenie. Równie dobrze mogłabym jeść oponę. Wiem, że muszę zjeść i tyle. Jem w towarzystwie fejsa, papilota, 9gag'a i poczty. Czuję że zaczyna mnie boleć noga, czas na proszki. Teraz jest lepiej.
Łazienka. Mejkap. Jeszcze dwa lata temu byłam przeciwniczką nakładania 5 warstw szpachli na ryj. Ale po paru komentarzach typu "Wyglądasz strasznie" czy "Chyba nie spałaś całą noc" - i podejrzewam że były to eufemizmy skierowane w stronę mojej sparciałej mordy - zmieniłam zdanie i teraz regularnie nakładam różne mazie, by zakryć wiecznie kpiący wyraz twarzy. Wchodzę. Zajęcia. Gdy mam możliwość podczas wykładu to sobie wyobrażam różne rzeczy. Teraz na przykład myślę o jednej osobie, że niby wychodzę zmarnowana (jak zawsze po lekcji), a on stoi pod budynkiem i zaciąga się papierosem. Że szmaty z grupy patrzą łakomym okiem, a on się odwraca i mówi "chyba byłaś niegrzeczna" czy coś w kierunku naughty talks, i że jesteśmy tylko my, a potem idziemy na kebsa. W rzeczywistości wyglądałoby to tak, że on już by wyrwał ze trzy dupy, zanim zdążyłabym zejść z 3 piętra na tą jebaną fajkę. Ale czasem słucham co mówią za moimi plecami, czy może coś o mnie, że jestem jebusem, albo coś w ten deser. Zastanawiam się, czy jestem dla kogoś ważna. Ale nie jako dziecko czy źródło dochodów, ale tak po prostu i bezinteresownie. Wiem, że może tak. Wiem, że on mnie lubi, chyba, i jestem ostatnią osobą, którą by prosił o pomoc, ale poprosił. I wciąż do mnie pisze, ale może po ostatnim mnie już nie lubi. Nie wiem. I nie zaciągnął mnie do łóżka, jak wiele naszych koleżanek. W sumie nikt mnie nie zaciągnął, bo ja zawsze uciekam. Zawsze.
Zależnie od zajęć, albo idę coś zjeść z K. albo odprowadzam ją na przystanek i potem spierdalam do domu. Zależnie również od dnia, i pustości lodówki idę do biedry albo gdzieś po jakieś jedzenie. Czipsy i batoniki czy inne bułki. Wracam do domu. Jem. Robię herbatę. Palę. Odpalam komputer i sprawdzam fejsa, ewentualnie bloga Kasi Tusk czy innych, pięknych i bogatych. Nie mam co robić, więc nie robię nic. Robię zadanie, a cały czas w tle gra mi jakaś muzyka. Muzyka. To dobra wymówka. Coś w stylu "jeszcze dwie piosenki i zaczynam się uczyć", a pół godziny później dopiero wybieram się po herbatę. Czytam książkę i chcę iść się umyć. Ale jest 23 i znów mamy gości. Jestem też głodna i chcę herbaty, ale boję się wejść do kuchni. Jestem zaszczutym psem w moim własnym domu. Gdy słyszę, że jest na tyle głośno, idę do łazienki. Po 20 minutach jestem w pokoju. Przekręcam klucz. Nie chcę, by ktoś znów tu wszedł bez mojego pozwolenia. Nie chcę, by ktokolwiek tu był. Nie czuję się samotnie, ale chciałabym, gdy już rozczeszę włosy i przygotuję rzeczy na nowy dzień, żeby ktoś tu był. Żeby był i... żeby był.
Kładę się do łóżka i nasłuchuję. Słucham, czy mówią coś o mnie, czy lecą jakieś komentarze, czy już mam przejebane, czy szykują mi niespodziankę, czy będzie jeszcze gorzej. Ale tylko drą mordę. Najpierw mówili, że mnie lubią, że szacuneczek, że jesteś wporzo, ale jak rzuciła się na mnie jakaś szmata, jak poprosiłam gostka o ognień, to żaden, żaden mi nie pomógł, nie zapytał jak się czuję. Żaden, choć wszyscy to widzieli. Potem słyszałam w nocy jak mówili, że będę miała duże limo i tyle. Łykam jeszcze coś na sen i słucham dalej. Boję się, że kiedy zasnę, to tu wejdą. Boję się wielu rzeczy. Obracam się w łóżku około 20 razy zanim będę tak zmęczona, że oczy same mi się zamkną. Ale nie śpię i czuwam. Czekam, aż wyjdą z mojego domu, żebym mogła spokojnie zasnąć. Żebym się nie bała. Żebym przeczekała do ranka. Żeby mnie zastał nowy, chory dzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)