Ostatnio zastanawiałam się nad tym dlaczego nie mam ochoty na żadną komitywę. I doszło do mnie po ostatniej dramie w kołchozie (i po rozmowie z Loszką), że dla mnie wolność jest wartością nadrzędną i jeśli w jakiś sposób próbuje mi tą wolność odebrać to... życzę mu pochłonięcia przez ognie piekielne. Ta sytuacja z roboty wytłuściła mi bardzo dokładnie, że ja nie tak, że się nie nadaję do komitywy z drugiem człowiekiem ale ja się boję komitywy z drugim człowiekiem bo dla mnie komitywa jest symbolem rezygnacji z samego siebie. Niestety ale złe wzorce ze środowiska jak i z filmów, książek, piosenek skutecznie mnie odstraszają.
Tak patrzę na różne parki w insta świecie to tym bardziej zbiera mi się na rzyg. Weźmy taką Deynn i Majewskiego. Po tej dramie z siostrą się otrzepali ale typiara jest uniżona i uzależniona od typa. Mówi, ze ona by sama biletów na lot nie kupiła bo się boi a Majewski zrobi to lepiej. No kurwa. Serio? On lepiej kupi bilety bo co? Wejdzie na jakąś specjalną stronę? Może pieniędzmi też się nie interesujesz i to on się tym zajmuje, bo ty nie umiesz liczyć. Ja pierdole. Jak bardzo Marita musi być poniżona w tym związku, skoro sama się stawia w hierarchii niżej od niego. Jak bardzo sama sobie uniża. Chyba są równymi ludźmi i traktują się jak równorzędni partnerzy? No nie sądzę. W ogóle popatrzcie na to: Marita sama swoimi zainteresowaniami doszła do jakieś tam sławy i nagle pojawił się Majewski. I już został. I oczywiście dziewczyna nieświadomie (?) sama sobie obniża swoją wartość twierdząc publicznie, że bez niego to nic by w życiu nie osiągnęła. Jaki mi się włącza w takich sytuacjach wkurw to ja nawet nie wiem. A może bez niego byłabyś dalej niż jesteś. A może byś była bliżej. Tego nikt nie wie, ale kurwa przestań mówić, że jemu zawdzięczasz wszystko.
Wiadomo, że taka postawa wynika z durnego polackiego wychowania młodych kobiet, że na miłość i szacunek trzeba sobie zapracować a najlepiej to się całkowicie poświęcić chłopu i dać mu wszystko za kawałek paluszka. Może jacyś mężczyźni też są tak wychowani (nie chcemy przecież generalizować) ale z takim zachowaniem spotkałam się tylko wśród kobiet. I przecież jak chłop się interesuje to bez względu na wszystko trzeba mu się podstawić pod nos i dać wszystko, wszystko żeby w ramach wdzięczności za dobroć był z tobą po wsze czasy. Bo baba bez chłopa to se rady nie da. Baba bez chłopa jest nic nie warta.
dupa jaś.
Wszyscy jesteśmy warci i niestety nasze umiejętności czy zainteresowania negowane przez społeczeństwo sprawiły, że nie wierzymy w siebie. Nie jesteśmy wystarczająco dobrzy by być z kimś czy cokolwiek osiągnąć. Nie dajcie sobie wmówić, że jesteście kurami jak jesteście orłami. Miejcie serce i patrzajcie w serce i sięgajcie tam gdzie wzrok nie sięga.
Jeśli macie świadomość tego, że wasze dzieciństwo lub młodość nie była za wesoła lub macie żal do rodziców o coś to zamiast pakować się w związek licząc na to, że partner będzie lekarstwem na wszystko to po prostu idźcie do psychologa. Nie dlatego, że coś w wami jest nie tak ale dlatego, żeby umieć tworzyć zdrowe relacje. Jak już ktoś trafił na tego bloga (jak do tego doszło nie wiem) i jak jakimś cudem jest na tym etapie posta to niech se teraz otworzy znanego lekarza i umówi się na wizytę do terapeuty lub psychologa. Chodzi o to, że każda kobieta ( i każdy mężczyzna) ale to raczej laski mają tendencje do poświęcania wszystkiego dla związku zasługuje na prawdziwego partnera, gdzie każdy jest równy; gdzie partnerzy wspierają się, kibicują sobie i dodają skrzydeł a nie żerują jeden na drugim. Gdzie każdy jest niezależny(!!!!) ale razem tworzą jedność. Kobiety nie potrzebują Pana i władcy, który im będzie rozkazywał, manipulatora, który wykorzysta czy niedojrzałego typasa, który będzie tylko obciążeniem. Każdy z nas zasługuje na partnera, który uszanuje naszą niezależność, który po prostu będzie. Nie potrzeba nam partnerów, którzy jak stwierdzą, że coś jest głupie to my rezygnujemy - bo na pewno misio ma racje bo jest taki mądry. Nie. Nie jest. Szydzenie z zainteresowań drugiej osoby jest oznaką braku szacunku więc jeśli twój partner twierdzi, że twoje zainteresowania są głupie to pewnie to samo myśli o tobie. Dyskredytuje twoje hobby, a ty się zaczynasz tego wstydzić i rzucasz to i udajesz kogoś kim nie jesteś.
I teraz tak myślę, że boję się, że ktoś mi powie "po co chodzisz na łyżwy? przecież nie umiesz nawet skakać" a ja stwierdzę - no rzeczywiście, idzie mi różnie, może powinnam poszukać czegoś łatwiejszego. Ale myślę sobie tak dalej, że jakby ktoś mi powiedział, że łyżwy są do dupy to by sam skończył z łyżwą w dupie. I takiego nastawienia wam życzę - może niekoniecznie passive-agerssive ale gdzie jasno wyznaczacie granice i pokazujecie, że jesteście pełnowartościowymi osobami, a jeżeli ktoś szydzi z waszych zainteresowań to po prostu typa olewacie. Nie dajcie sobie tez wmówić, że nie jesteście nic warci. Walczcie o swoją wolność o równość w relacjach i o granice.
No i mam nadzieję, że jak spotkam kogoś odpowiedniego i mu powiem, że lubię łyżwy to albo mnie zapyta o mój ulubiony program albo zapyta do jakiej piosenki chciałabym zatańczyć.
ja i mój future stary niekoniecznie na lodzie ale w życiu xD
Pozdro. Trzymajcie się w tym 2020.
1 lutego 2020
9 listopada 2019
Sztuka liczenia do dwóch
Półtora roku. Prawie. Półtora roku mnie tu nie było, nie napisałam choćby półsłówka. Coś tam napisałam, ale strasznie to żenujące jest i jak to czytam to raczej mi siebie samej szkoda. Aż bym się przytuliła. Byłam dziś pierwszy raz na łyżwach w tym sezonie. Ja pierdziele, ale to było dobre! Dawno się tak nie czułam. Choć nie wychodziło mi wszystko to jak mantrę przy stawianiu lewej nogi mówiłam "raz" a przy prawej "dwa". Nie jakieś tam trzy, cztery, pięć. Po prostu raz i dwa. Miarowo krążyłam wokół lodowiska starając się by utrzymać pozycję na jednej nodze. Potem na drugiej. Raz. Dwa. Tak minęła mi godzina.
A jak wyszłam to czułam się niesamowicie dobrze. Spociłam się strasznie, bolały mnie stopy, napięte mięśnie ale dawno nie czułam takiej lekkości. Nawet jak ćwiczę w domu, to się tak nie czuję jak czuję się po łyżwach. Jakby nie patrzeć, to mogłabym chodzić codziennie ale boję się, że łyżwowanie starci swój urok.
Wiem, że dopiero listopad i podsumowanie powinnam pisać dopiero za jakiś czas, ale myślę, że w tym roku zrobiłam wiele małych kroków typu raz-dwa. Dużo było "raz" i mniej "dwa" albo ważne, że były. Okazało się dlaczego nie mogę schudnąć, chodzę do dietetyka i choć może efekty nie są spektakularne to jakość życia mi się polepszyła. Zamiast dwóch jem 4 posiłki dziennie. Nie jakieś smutne sałatki, ale koktajle, makarony, pyszne kanapeczki, mięsko, ziemniaczki -pyszności. Wciąż w głębi serca kocham czipsy ale nie tęsknie jakoś bardzo.
Dostałam też awans w korpo. Teraz jestem przydupasem mojego managera ale ważnym przydupasem. I mam za to trochę więcej kasy.
Poszłam też do psychologa. Choć jak do niego poszłam to czułam się lepiej, niż w zeszłym roku, to i tak było słabo. Jeszcze nie powiedziałam wszystkiego, ale powoli wyburzam cegiełki z muru wokół siebie. Jakby nie było, jestem całkiem ładnym zameczkiem. Nawet miałam pierwsze załamanie w ramach terapii, ale jakoś to ogarnęłam. I znów stawiam kroki typu raz-dwa.
W zeszłym roku popełniłam post (niepublikowany, bo brzmi jak gorzkie żale smutnej pizdeczki) na temat tego, że mam 20 miesięcznicę (która była w tamtym roku, bo teraz jest 35 miesięcznica) ostatniego kontaktu typu usta-usta z mężczyzną. Od tego czasu zdążyłam się umówić z dwoma kolesiami (jeden z okolic mojej wsi, który myślał, że pracuje w hipermarkecie a drugi, który zaczął rozmowę od tego, że słońce mu rano świeci w oczy a ptaki śpiewają) i pogadać na kamerce z trzecim, który był bardzo przystojny i całkiem mądry (i zza granicy) ale okazało się, że jego formą eskapizmu są imprezy grupowe typu gang-bang i cuckold. Bardzo marzyło mu się, żebym została jego "suczką" ale od czerwca nie miał kiedy przyjechać. Szkoda. Może udałoby mi się go naciągnąć chociaż na obiad.
Na ten moment siedzę sama w pokoju i jest mi trochę smutno mimo wszystko. Czuję radość po łyżwowaniu ale czuję też smutek, samotność. Nie wiem czy czuję się gotowa na jakąkolwiek komitywę z drugim człowiekiem. Niemniej, z drugiej strony po ostatnim wyjeździe, gdzie spałam (i jadłam) z koleżanką w jednym łóżku i super się dogadywałyśmy podczas wycieczki, było mi trochę pusto jak pojechała. Mogę uznać, to za "raz" bo zdaję sobie z tego sprawę i bardzo żałuję, że jestem człowiekiem. Nie wiem tylko jakie będzie 'dwa'. Nawet jeśliby go nie było, to wiem, że znowu powiem 'raz' i kolejny, i kolejny, aż przyjdzie taki moment, że przy porannym malowaniu spojrzę sobie w końcu w oczy i powiem 'dwa'.
A jak wyszłam to czułam się niesamowicie dobrze. Spociłam się strasznie, bolały mnie stopy, napięte mięśnie ale dawno nie czułam takiej lekkości. Nawet jak ćwiczę w domu, to się tak nie czuję jak czuję się po łyżwach. Jakby nie patrzeć, to mogłabym chodzić codziennie ale boję się, że łyżwowanie starci swój urok.
Wiem, że dopiero listopad i podsumowanie powinnam pisać dopiero za jakiś czas, ale myślę, że w tym roku zrobiłam wiele małych kroków typu raz-dwa. Dużo było "raz" i mniej "dwa" albo ważne, że były. Okazało się dlaczego nie mogę schudnąć, chodzę do dietetyka i choć może efekty nie są spektakularne to jakość życia mi się polepszyła. Zamiast dwóch jem 4 posiłki dziennie. Nie jakieś smutne sałatki, ale koktajle, makarony, pyszne kanapeczki, mięsko, ziemniaczki -pyszności. Wciąż w głębi serca kocham czipsy ale nie tęsknie jakoś bardzo.
Dostałam też awans w korpo. Teraz jestem przydupasem mojego managera ale ważnym przydupasem. I mam za to trochę więcej kasy.
Poszłam też do psychologa. Choć jak do niego poszłam to czułam się lepiej, niż w zeszłym roku, to i tak było słabo. Jeszcze nie powiedziałam wszystkiego, ale powoli wyburzam cegiełki z muru wokół siebie. Jakby nie było, jestem całkiem ładnym zameczkiem. Nawet miałam pierwsze załamanie w ramach terapii, ale jakoś to ogarnęłam. I znów stawiam kroki typu raz-dwa.
W zeszłym roku popełniłam post (niepublikowany, bo brzmi jak gorzkie żale smutnej pizdeczki) na temat tego, że mam 20 miesięcznicę (która była w tamtym roku, bo teraz jest 35 miesięcznica) ostatniego kontaktu typu usta-usta z mężczyzną. Od tego czasu zdążyłam się umówić z dwoma kolesiami (jeden z okolic mojej wsi, który myślał, że pracuje w hipermarkecie a drugi, który zaczął rozmowę od tego, że słońce mu rano świeci w oczy a ptaki śpiewają) i pogadać na kamerce z trzecim, który był bardzo przystojny i całkiem mądry (i zza granicy) ale okazało się, że jego formą eskapizmu są imprezy grupowe typu gang-bang i cuckold. Bardzo marzyło mu się, żebym została jego "suczką" ale od czerwca nie miał kiedy przyjechać. Szkoda. Może udałoby mi się go naciągnąć chociaż na obiad.
Na ten moment siedzę sama w pokoju i jest mi trochę smutno mimo wszystko. Czuję radość po łyżwowaniu ale czuję też smutek, samotność. Nie wiem czy czuję się gotowa na jakąkolwiek komitywę z drugim człowiekiem. Niemniej, z drugiej strony po ostatnim wyjeździe, gdzie spałam (i jadłam) z koleżanką w jednym łóżku i super się dogadywałyśmy podczas wycieczki, było mi trochę pusto jak pojechała. Mogę uznać, to za "raz" bo zdaję sobie z tego sprawę i bardzo żałuję, że jestem człowiekiem. Nie wiem tylko jakie będzie 'dwa'. Nawet jeśliby go nie było, to wiem, że znowu powiem 'raz' i kolejny, i kolejny, aż przyjdzie taki moment, że przy porannym malowaniu spojrzę sobie w końcu w oczy i powiem 'dwa'.
26 czerwca 2018
Gnijcie
Należy się wam. Obecna sytuacja polityczno-sportowa pokazuje jak maleńcy jesteśmy w obliczu porażki. Każdy by zrobił lepiej. Szkoda, że tego nie robi.
Dziś jedząc kaszę z boczkiem i kefirem (polskie danie chłopskie, +10 do lokalnego patriotyzmu) pomyślałam sobie, że Polacy zasługują na wszystko co złe. Należy im się przegrana, należą im się wszystkie możliwe klęski i patologie. My, Polacy, zasługujemy na złe traktowanie. To za pis, za kosciół, za 500+, za debili, za wszystkowiedzących januszy. Za naszą pierdoloną mentalność, ksenofobie, rasizm, brak elementarnego szacunku wobec innych. Porządne lanie, wpierdol, meteoryt o średnicy 649 km który spada idealnie na Łódź i niszczy kraj od wschodu po zachód.
Za to, jacy jesteśmy należy się nam wszystko co mamy. Gdybyśmy byli inni to mielibyśmy co innego. Na szczęście jesteśmy jacy jesteśmy i mamy to na co zasługujemy.
Wszyscy tutaj zgnijemy.
Dziś jedząc kaszę z boczkiem i kefirem (polskie danie chłopskie, +10 do lokalnego patriotyzmu) pomyślałam sobie, że Polacy zasługują na wszystko co złe. Należy im się przegrana, należą im się wszystkie możliwe klęski i patologie. My, Polacy, zasługujemy na złe traktowanie. To za pis, za kosciół, za 500+, za debili, za wszystkowiedzących januszy. Za naszą pierdoloną mentalność, ksenofobie, rasizm, brak elementarnego szacunku wobec innych. Porządne lanie, wpierdol, meteoryt o średnicy 649 km który spada idealnie na Łódź i niszczy kraj od wschodu po zachód.
Za to, jacy jesteśmy należy się nam wszystko co mamy. Gdybyśmy byli inni to mielibyśmy co innego. Na szczęście jesteśmy jacy jesteśmy i mamy to na co zasługujemy.
Wszyscy tutaj zgnijemy.
10 maja 2018
Samotność
..to taka straszna trwoga" śpiewał Ryszard III Waza. I miał trochę racji, nawet trochę bardzo.
Czuję się samotna i jest mi z tym źle. Dawno się z nikim nie spotkałam, dawno nikt nie dał mi powodu by czuć się atrakcyjną. Jestem jak te kwiatki na parapecie co od dwóch tygodni suche stoją - tylko ja dłużej stoję. Z jednej strony pragnę towarzystwa, z drugiej zaś, nie jestem w stanie za długo wytrzymać. U koleżanki więcej gadałam do psa niż do ludzi (beka xD). No i właśnie. Tak podczas jednej z samotnych i deszczowych nocy wyciągnęłam telefon i odblokowałam chłopaka z którym spotkałam się RAZ, DWA lata temu. Nawet się nie całowaliśmy ani nic. Chciał tylko u mnie pomieszkać. Ale jakoś fajnie mi się z nim rozmawiało i teraz mi się tak przypomniał. Podobał mi się. Ja jemu tak średnio bo dalej jestem #teamczipsy ale to też już coraz rzadziej. Ładny jest, ma ładne łapki i brodę i miłą fizjonomię, ale niestety jest wolnym duchem, dużo podróżuje i szuka swojego miejsca na ziemi. Może teraz jakbyśmy się spotkali to po prostu uderzyłabym z nim w ślinę (pewnie nie ale w mojej głowie jestem na to wystarczająco odważna). Nie wykorzystałam jego wizerunku w celach erotycznych - broń Boże. Po prostu patrzyłam na niego, a łzy leciały mi na poduszkę - typowy czwartek w harlekinie. Niby jest mi dobrze, ale trochę mi jest źle. Teraz na pewno wyglądam trochę lepiej - ładnie się umiem pomalować, czasem uda mi się kupić coś, w czym wyglądam dobrze ale wciąż do Blake Lively albo do Eda Sheraana mi daleko (do Eda bliżej).
No właśnie. Przyjęli do nas do roboty jakiegoś dziada(średni 4/10 typowy informatyk). Dziś jak byłam w pracy i jurnym krokiem zmierzałam do pracowniczej kuchni po napoje, kanapki i cukierki to przyczaiłam go że mi się przygląda. Albo jestem taka hot czika (nie cziken) albo kojarzy mnie z jakiegoś forum dla wędkarzy. No nie wiem. Czasem wyglądam dobrze i to przyciąga te osoby, które akurat w moje dekorum nie wpadają. Taki paradoks - za piękna dla brzydkich, za brzydka dla pięknych. Jak żyć, drogie Bravo?
No właśnie. Jest mi tak źle a mam w sobie tyle miłości do oddania. Za ochłap człowieczeństwa i akceptacji dam wszystko. Boże, choć chwilę ciepła i czułości. Chwilę. Nie wiem czym sobie zasłużyłam na tę samotność? Za co to więzienie?
Wiadomo - lepiej nie mieć loszka niż tkwić w jakimś toksycznym związku ale jak mogę, mając 24 (niestety niedługo) lata umieć obsługiwać mężczyznę a co dopiero ludzi nie mając z nimi kontaktu? Jestem jak wilk z lasu.
Sam sobie sterem, wędkarzem i rybą.
Czuję się samotna i jest mi z tym źle. Dawno się z nikim nie spotkałam, dawno nikt nie dał mi powodu by czuć się atrakcyjną. Jestem jak te kwiatki na parapecie co od dwóch tygodni suche stoją - tylko ja dłużej stoję. Z jednej strony pragnę towarzystwa, z drugiej zaś, nie jestem w stanie za długo wytrzymać. U koleżanki więcej gadałam do psa niż do ludzi (beka xD). No i właśnie. Tak podczas jednej z samotnych i deszczowych nocy wyciągnęłam telefon i odblokowałam chłopaka z którym spotkałam się RAZ, DWA lata temu. Nawet się nie całowaliśmy ani nic. Chciał tylko u mnie pomieszkać. Ale jakoś fajnie mi się z nim rozmawiało i teraz mi się tak przypomniał. Podobał mi się. Ja jemu tak średnio bo dalej jestem #teamczipsy ale to też już coraz rzadziej. Ładny jest, ma ładne łapki i brodę i miłą fizjonomię, ale niestety jest wolnym duchem, dużo podróżuje i szuka swojego miejsca na ziemi. Może teraz jakbyśmy się spotkali to po prostu uderzyłabym z nim w ślinę (pewnie nie ale w mojej głowie jestem na to wystarczająco odważna). Nie wykorzystałam jego wizerunku w celach erotycznych - broń Boże. Po prostu patrzyłam na niego, a łzy leciały mi na poduszkę - typowy czwartek w harlekinie. Niby jest mi dobrze, ale trochę mi jest źle. Teraz na pewno wyglądam trochę lepiej - ładnie się umiem pomalować, czasem uda mi się kupić coś, w czym wyglądam dobrze ale wciąż do Blake Lively albo do Eda Sheraana mi daleko (do Eda bliżej).
No właśnie. Przyjęli do nas do roboty jakiegoś dziada(średni 4/10 typowy informatyk). Dziś jak byłam w pracy i jurnym krokiem zmierzałam do pracowniczej kuchni po napoje, kanapki i cukierki to przyczaiłam go że mi się przygląda. Albo jestem taka hot czika (nie cziken) albo kojarzy mnie z jakiegoś forum dla wędkarzy. No nie wiem. Czasem wyglądam dobrze i to przyciąga te osoby, które akurat w moje dekorum nie wpadają. Taki paradoks - za piękna dla brzydkich, za brzydka dla pięknych. Jak żyć, drogie Bravo?
No właśnie. Jest mi tak źle a mam w sobie tyle miłości do oddania. Za ochłap człowieczeństwa i akceptacji dam wszystko. Boże, choć chwilę ciepła i czułości. Chwilę. Nie wiem czym sobie zasłużyłam na tę samotność? Za co to więzienie?
Wiadomo - lepiej nie mieć loszka niż tkwić w jakimś toksycznym związku ale jak mogę, mając 24 (niestety niedługo) lata umieć obsługiwać mężczyznę a co dopiero ludzi nie mając z nimi kontaktu? Jestem jak wilk z lasu.
Sam sobie sterem, wędkarzem i rybą.
16 kwietnia 2018
Wiosna 2018
Tradycja to tradycja. Zamiast robić podsumowanie jak normalny człowiek pod koniec roku, podsumowanie robi się na wiosnę.
Magisterka zbliża się wielkimi krokami. Wbrew temu co myślą moi rodzice nie jest najgorzej i po konsultacji z Panem profesorem w połowie maja będę porobiona. Prawdopodobnie a to oznacza obronę w lipcu lub jeszcze w czerwcu. Ok. Trochę się pokłóciłam z ojcem na ten temat, bo powiedział mi, że jak nie zdam mgr do lipca to będę musiała mu oddać hajs za te dwa lata co dostawałam 500 zł co miesiąc. Wiem, że chciał się na mnie wyżyć bo loszka mojego brata wisi mu gruby hajs i zamiast mu go oddać to sobie kupuje pieski i kotki (z hodowli). Nie pozwolę sobie, żeby ktoś mi wchodził na głowę. Kazałam mu "Pierdolić się" (dosłownie) i w sumie od początku świąt nie odzywam się do niego.
W korpo średnio. Coś się tam pojebało i mamy mały armagedon. Z każdej strony czeka na mnie opierdol. Czego nie zrobię jest źle. Co z tego, że dali nam 400 zł premii? Szefowa tego burdelu ma case na iphone za 1000$ (Luis Vuitton) a dała mi 400 zł. Na waciki? Po wypłacie byłam na zakupach ale nic sobie nie kupiłam i to tylko powiększyło frustracje dnia codziennego. Niby miał być spokój w ciągu miesiąca ale chyba coś nie pykło. Do lipca nie wygrzebiemy się z tego gówna i prawdopodobnie niedługo będzie upadłość tego kołchozu. Nawet mnie to cieszy, bo czuję w sobie coraz mocniejsze ciągoty eskapistyczne. Tak pierdolnąć tym wszystkim i wyjechać. Niekoniecznie w Bieszczady ale celuję w jakieś odległe i ciut egzotyczne miejsce. Może Japonia? Nawet nie lubię sushi i nie miałabym tam co jeść ale brzmi wyjątkowo daleko, żebym mogła zacząć mieć inne problemy. Zastąpić jedne problemy innymi na drugim końcu świata - tak trzeba żyć.
A tak serio to rozważam wyjazd do Włoch/Austrii/Szwajcarii. Pisać maile mogę wszędzie a jak mogę je pisać przy prawdziwej włoskiej pizzy to wiadomo, co wybiorę.
Odkryłam, że K. mnie nienawidzi xD. To zabawne, ze przez zazdrość się taka zrobiła. To moja wina, że poszłam do pracy bo mi się nudziło? Jak się dowiedziała, że się przeprowadzam to też się przeprowadziła i na wszelki wypadek ma pokój droższy ode mnie o 200 zł xD. No kurwa. Kto się tak zachowuje. Jak przez 3 lata nie mogłam jeść codziennie na mieście albo nie chodziłam na imprezy bo nie miałam pieniędzy to było ok. Ja pieprzę. Przecież się nie puszczam tylko ciężko pracuję pisząc maile. Skoro mam pieniądze to sobie czasem coś kupię. Rzeczy szanuję i jakoś się to toczy. Zawsze jak gdzieś jadę przywożę jej jakiś drobiazg. Ale nie, najlepiej jest zazdrościć i jeszcze podpierdalać gdzie się da. Coś czuję, że w czerwcu zobaczymy się ostatni raz w życiu.
Ostatnio JM miała urodziny. Zaczęłam składać jej życzenia i miałam tak smutny i pusty głos, że zrobiło mi się trochę głupio. Masz tu urodzinki a dzwoni jakiś dziad i grobowym głosem życzy ci uśmiechu i zadowolenia z życia. Trochę beka. Constansbeka.
Na polu miłosnym jak to na polu miłosnym :^)
Sucho jak na pustyni.
A tak serio to po serii porażek z 2016 dalej mam przerwę od loszków. Trochę mi to zbrzydło takie na siłę umawianie się. Miałam parę razy tindera ale nie skończyło się to nawet kawusią. Nie wiem czy to ja straciłam już siłę i cierpliwość czy po prostu typiarze w interesującym mnie przedziale wiekowym to po prostu debile. Albo tylko ci na tinderze to debile? Przecież nie umówię się z 40 letnim dziadem bo wiadomo o co mu będzie chodziło. Stary kawaler, korzystający z życia i ja - czyli ja. Nie mam siły na dłuższe rozmowy. Nawet jak jadę blabla to po 5 minutach nie mam siły już więcej gadać. Nawet nie mam siły udawać, że mnie to interesuje. Szybko się męczę i długo zasypiam. Nawet nie mam krasza, żeby o nim myśleć przed snem. Niby taki spokój ale przed dużą burzą.
Wróżka z tamtego roku trochę mnie oszukała. Miało być dwóch loszków we wrześniu a nie było ani jednego. 50 zł poszło się paść
Myślę, że idealnie grube kreski eyelinerem nie są w stanie ratować tej twarzy. Myślałam o jakiś sztucznych rzęsach, by jeszcze bardziej zamaskować tę tragedię ale nie mam już siły. Do czerwca się poddaję. Tylko pytanie czy w czerwcu podejmę rękawicę od życia.
Przestałam ostatnio też jeść i gotować. Nawet na regularne posiłki nie mam siły. Czasem tak siedzę 11-12 godzin bez jedzenia. Czipsy też mi przestały smakować. A jeśli czipsy mi przestały smakować to już jest coś na rzeczy. Myślę że mam już tak bardzo umęczoną twarz, że wszyscy wokół wiedzą, że albo ja jebnę tym wszystkim albo to wszystko jebnie mną. Ostatnio laska z pracy pytała mi się czy się zwalniam. Nie mam na razie na to siły. Niby na LinkedIn piszą do mnie jakieś lambadziary z pracą ale jest to korpo, a ja nie mam siły na korpo. Myślałam, że nie można byc już bardziej martwym w środku, ale jednak się da. Jedyne co mnie cieszy to pieski spotykane na ulicy.
Z jednej strony bardzo się bronię przed wszystkim z drugiej przelizałabym się z jakimś nawet-takim-sobie loszkiem.
No i znowu płaczę codziennie. Ale to jest taki standard na wiosnę.
Coś się tam zawsze dzieje.
Do zobaczenia za parę miesięcy.
Magisterka zbliża się wielkimi krokami. Wbrew temu co myślą moi rodzice nie jest najgorzej i po konsultacji z Panem profesorem w połowie maja będę porobiona. Prawdopodobnie a to oznacza obronę w lipcu lub jeszcze w czerwcu. Ok. Trochę się pokłóciłam z ojcem na ten temat, bo powiedział mi, że jak nie zdam mgr do lipca to będę musiała mu oddać hajs za te dwa lata co dostawałam 500 zł co miesiąc. Wiem, że chciał się na mnie wyżyć bo loszka mojego brata wisi mu gruby hajs i zamiast mu go oddać to sobie kupuje pieski i kotki (z hodowli). Nie pozwolę sobie, żeby ktoś mi wchodził na głowę. Kazałam mu "Pierdolić się" (dosłownie) i w sumie od początku świąt nie odzywam się do niego.
W korpo średnio. Coś się tam pojebało i mamy mały armagedon. Z każdej strony czeka na mnie opierdol. Czego nie zrobię jest źle. Co z tego, że dali nam 400 zł premii? Szefowa tego burdelu ma case na iphone za 1000$ (Luis Vuitton) a dała mi 400 zł. Na waciki? Po wypłacie byłam na zakupach ale nic sobie nie kupiłam i to tylko powiększyło frustracje dnia codziennego. Niby miał być spokój w ciągu miesiąca ale chyba coś nie pykło. Do lipca nie wygrzebiemy się z tego gówna i prawdopodobnie niedługo będzie upadłość tego kołchozu. Nawet mnie to cieszy, bo czuję w sobie coraz mocniejsze ciągoty eskapistyczne. Tak pierdolnąć tym wszystkim i wyjechać. Niekoniecznie w Bieszczady ale celuję w jakieś odległe i ciut egzotyczne miejsce. Może Japonia? Nawet nie lubię sushi i nie miałabym tam co jeść ale brzmi wyjątkowo daleko, żebym mogła zacząć mieć inne problemy. Zastąpić jedne problemy innymi na drugim końcu świata - tak trzeba żyć.
A tak serio to rozważam wyjazd do Włoch/Austrii/Szwajcarii. Pisać maile mogę wszędzie a jak mogę je pisać przy prawdziwej włoskiej pizzy to wiadomo, co wybiorę.
Odkryłam, że K. mnie nienawidzi xD. To zabawne, ze przez zazdrość się taka zrobiła. To moja wina, że poszłam do pracy bo mi się nudziło? Jak się dowiedziała, że się przeprowadzam to też się przeprowadziła i na wszelki wypadek ma pokój droższy ode mnie o 200 zł xD. No kurwa. Kto się tak zachowuje. Jak przez 3 lata nie mogłam jeść codziennie na mieście albo nie chodziłam na imprezy bo nie miałam pieniędzy to było ok. Ja pieprzę. Przecież się nie puszczam tylko ciężko pracuję pisząc maile. Skoro mam pieniądze to sobie czasem coś kupię. Rzeczy szanuję i jakoś się to toczy. Zawsze jak gdzieś jadę przywożę jej jakiś drobiazg. Ale nie, najlepiej jest zazdrościć i jeszcze podpierdalać gdzie się da. Coś czuję, że w czerwcu zobaczymy się ostatni raz w życiu.
Ostatnio JM miała urodziny. Zaczęłam składać jej życzenia i miałam tak smutny i pusty głos, że zrobiło mi się trochę głupio. Masz tu urodzinki a dzwoni jakiś dziad i grobowym głosem życzy ci uśmiechu i zadowolenia z życia. Trochę beka. Constansbeka.
Na polu miłosnym jak to na polu miłosnym :^)
Sucho jak na pustyni.
A tak serio to po serii porażek z 2016 dalej mam przerwę od loszków. Trochę mi to zbrzydło takie na siłę umawianie się. Miałam parę razy tindera ale nie skończyło się to nawet kawusią. Nie wiem czy to ja straciłam już siłę i cierpliwość czy po prostu typiarze w interesującym mnie przedziale wiekowym to po prostu debile. Albo tylko ci na tinderze to debile? Przecież nie umówię się z 40 letnim dziadem bo wiadomo o co mu będzie chodziło. Stary kawaler, korzystający z życia i ja - czyli ja. Nie mam siły na dłuższe rozmowy. Nawet jak jadę blabla to po 5 minutach nie mam siły już więcej gadać. Nawet nie mam siły udawać, że mnie to interesuje. Szybko się męczę i długo zasypiam. Nawet nie mam krasza, żeby o nim myśleć przed snem. Niby taki spokój ale przed dużą burzą.
Wróżka z tamtego roku trochę mnie oszukała. Miało być dwóch loszków we wrześniu a nie było ani jednego. 50 zł poszło się paść
Myślę, że idealnie grube kreski eyelinerem nie są w stanie ratować tej twarzy. Myślałam o jakiś sztucznych rzęsach, by jeszcze bardziej zamaskować tę tragedię ale nie mam już siły. Do czerwca się poddaję. Tylko pytanie czy w czerwcu podejmę rękawicę od życia.
Przestałam ostatnio też jeść i gotować. Nawet na regularne posiłki nie mam siły. Czasem tak siedzę 11-12 godzin bez jedzenia. Czipsy też mi przestały smakować. A jeśli czipsy mi przestały smakować to już jest coś na rzeczy. Myślę że mam już tak bardzo umęczoną twarz, że wszyscy wokół wiedzą, że albo ja jebnę tym wszystkim albo to wszystko jebnie mną. Ostatnio laska z pracy pytała mi się czy się zwalniam. Nie mam na razie na to siły. Niby na LinkedIn piszą do mnie jakieś lambadziary z pracą ale jest to korpo, a ja nie mam siły na korpo. Myślałam, że nie można byc już bardziej martwym w środku, ale jednak się da. Jedyne co mnie cieszy to pieski spotykane na ulicy.
Z jednej strony bardzo się bronię przed wszystkim z drugiej przelizałabym się z jakimś nawet-takim-sobie loszkiem.
No i znowu płaczę codziennie. Ale to jest taki standard na wiosnę.
Coś się tam zawsze dzieje.
Do zobaczenia za parę miesięcy.
9 sierpnia 2017
Mój drogi
mam nadzieję, że się niedługo poznamy. Jest mi źle bez ciebie i chciałbym, żebyś już mnie potrzymał za rękę. Marnuję czas i siebie. Czekam na Ciebie
Czekam i tęsknię.
4 kwietnia 2017
Wiosna 2017
Wszystko kiedyś mija. Smutek też.
Musicie mi uwierzyć.
Czytam post z tamtego roku (o tytule Wiosna 2016) i tak jakby nie ja. Nie wiem co się stało. Jakby pisała to inna osoba. Bo (uwaga), mimo tych smutków, smuteczków, rozczarowań, płaczków to nie jest mi źle. Nie jestem smutna. Jestem po prostu spokojna. Niezauważalnie zaszły ogromne zmiany co jest najbardziej zaskakujące teraz. Jak tak sobie siądę i się nad tym zastanowię.
W styczniu zaczęłam chodzić na angielski, we wrześniu staruję na egzamin CAE. W końcu. Stać mnie na lekcje, nie będę czekała w nieskończoność. Chcę iść dalej, rozwijać się. Jak zdam to, albo będę startowała na poziom wyżej, albo zacznę uczyć się rosyjskiego. Ważne, żeby skupić się na drodze, rozwoju - a dokąd powiedzie? Nie wiadomo. Nie ma co sobie wyznaczać jakiś śmiesznych celów typu za 2 lata będę robiła podwójnego toeloopa na łyżwach. Za 20 lat ok - jeśli jeszcze będą lodowiska. Teraz skupiam się (w sensie jak znowu będzie sezon) na hamowaniu, ulepszaniu techniki, beczki do tyłu. Wszystko ze spokojem. Kupiłam tez rolki - może na nich nauczę się szybciej, a potem przeniosę to na łyżwy. Kto wie. Na razie próbuję utrzymać na nich równowagę i odrobinę godności.
Zaczęłam też grać w tenisa. Jest super. Na razie ćwiczymy i nie gramy za dużo, ale Pan mnie bardzo chwali i trening mija szybko. Szkoda, że raz w tygodniu ale co zrobię.Cieszy mnie to bardzo. Kiedyś nie lubiłam sportu, bo się szybko męczyłam. Jedynie basen był do zaakceptowania. Nie tylko okazuje się, że mam kondycję, ale sprawia mi to niezłą frajdę. Żadna rozgrzewka mi niestraszna. Rodzice się strasznie jarają, że uprawiam sporty i chyba cieszy ich moje zadowolenie.
Widzę, że dopiero rok po skończeniu wizyt u psychologa zaczyna się poprawiać. Może pewne rzeczy musiały we mnie wrosnąć, może chodziło o kasę i o to żeby się wyrwać sprzed kompa i zamienić memy na endorfiny i adrenalinę we krwi po dobrym granku czy jeździe.
Trochę więc dobrze, że dostałam kosza od tego Michała. Tylko z nim gniłam przed kompem, a nic z tego nie wynikało. Jakby w 2016 zamknął się rozdział tego gnicia. Jakbym w komputerze szukała szczęścia, akceptacji i innych słabych rzeczy. Co złe zostało ucięte i gdzieś tam zostało w tle. Nie robiłam nic konkretnego i nic z tego nie miałam. Poświęcałam mu czas, a dostałam przysłowiową figę. Może wydaję więcej kasy i nie ma mnie częściej w domu, ale to jest tylko dla mnie - coś co sprawia, że ja się rozwijam i podążam gdzieś (nie wiadomo gdzie, oprócz tego, że w stronę śmierci) dalej. I nagle okazuje się, że w wieczory jest mnóstwo do zrobienia i nie trzeba siedzieć w domu. Doceniam i chwile ze znajomymi i samotne wieczory, które mogę poświęcić tylko sobie.
Michał odezwał się jeszcze na początku marca, chyba myślał, że będę dla niego taka miła, jak byłam. Co chciał sprawdzić - nie wiem. A niech spierdala. Starzec w młodym ciele zakomunikował mi, że nic z tego nie wyjdzie. Jedynie co może mi zaoferować to seks. Też niech spierdala. Sram na takie znajomości, tylko się denerwuję. Wiadomo, uderzyłabym z kimś w ślinę i się poprzytulała, ale co zrobię? Nie będę się zadawała z pajacami. Jak na razie całe życie uczuciowe to trochę porażka, no ale co zrobię? Nic. To minie. Tak jak minął smutek.
Lubię teraz wiosnę. W sumie lubię każdą porę roku. Każda jest niezła. Kiedyś lubiłam tylko jesień, dalej jest moją ulubiona porą roku, zwłaszcza ta ciemna i ponura część. Lato jest super; wiosna, bo wszystko kwitnie i zima by wszystko zastygło i wzięło długi oddech na kolejną porę roku.
Wszystko mija, smutek też.
Wiosna jest spoko.
Cieszcie się życiem.
Miłego.
Musicie mi uwierzyć.
Czytam post z tamtego roku (o tytule Wiosna 2016) i tak jakby nie ja. Nie wiem co się stało. Jakby pisała to inna osoba. Bo (uwaga), mimo tych smutków, smuteczków, rozczarowań, płaczków to nie jest mi źle. Nie jestem smutna. Jestem po prostu spokojna. Niezauważalnie zaszły ogromne zmiany co jest najbardziej zaskakujące teraz. Jak tak sobie siądę i się nad tym zastanowię.
W styczniu zaczęłam chodzić na angielski, we wrześniu staruję na egzamin CAE. W końcu. Stać mnie na lekcje, nie będę czekała w nieskończoność. Chcę iść dalej, rozwijać się. Jak zdam to, albo będę startowała na poziom wyżej, albo zacznę uczyć się rosyjskiego. Ważne, żeby skupić się na drodze, rozwoju - a dokąd powiedzie? Nie wiadomo. Nie ma co sobie wyznaczać jakiś śmiesznych celów typu za 2 lata będę robiła podwójnego toeloopa na łyżwach. Za 20 lat ok - jeśli jeszcze będą lodowiska. Teraz skupiam się (w sensie jak znowu będzie sezon) na hamowaniu, ulepszaniu techniki, beczki do tyłu. Wszystko ze spokojem. Kupiłam tez rolki - może na nich nauczę się szybciej, a potem przeniosę to na łyżwy. Kto wie. Na razie próbuję utrzymać na nich równowagę i odrobinę godności.
Zaczęłam też grać w tenisa. Jest super. Na razie ćwiczymy i nie gramy za dużo, ale Pan mnie bardzo chwali i trening mija szybko. Szkoda, że raz w tygodniu ale co zrobię.Cieszy mnie to bardzo. Kiedyś nie lubiłam sportu, bo się szybko męczyłam. Jedynie basen był do zaakceptowania. Nie tylko okazuje się, że mam kondycję, ale sprawia mi to niezłą frajdę. Żadna rozgrzewka mi niestraszna. Rodzice się strasznie jarają, że uprawiam sporty i chyba cieszy ich moje zadowolenie.
Widzę, że dopiero rok po skończeniu wizyt u psychologa zaczyna się poprawiać. Może pewne rzeczy musiały we mnie wrosnąć, może chodziło o kasę i o to żeby się wyrwać sprzed kompa i zamienić memy na endorfiny i adrenalinę we krwi po dobrym granku czy jeździe.
Trochę więc dobrze, że dostałam kosza od tego Michała. Tylko z nim gniłam przed kompem, a nic z tego nie wynikało. Jakby w 2016 zamknął się rozdział tego gnicia. Jakbym w komputerze szukała szczęścia, akceptacji i innych słabych rzeczy. Co złe zostało ucięte i gdzieś tam zostało w tle. Nie robiłam nic konkretnego i nic z tego nie miałam. Poświęcałam mu czas, a dostałam przysłowiową figę. Może wydaję więcej kasy i nie ma mnie częściej w domu, ale to jest tylko dla mnie - coś co sprawia, że ja się rozwijam i podążam gdzieś (nie wiadomo gdzie, oprócz tego, że w stronę śmierci) dalej. I nagle okazuje się, że w wieczory jest mnóstwo do zrobienia i nie trzeba siedzieć w domu. Doceniam i chwile ze znajomymi i samotne wieczory, które mogę poświęcić tylko sobie.
Michał odezwał się jeszcze na początku marca, chyba myślał, że będę dla niego taka miła, jak byłam. Co chciał sprawdzić - nie wiem. A niech spierdala. Starzec w młodym ciele zakomunikował mi, że nic z tego nie wyjdzie. Jedynie co może mi zaoferować to seks. Też niech spierdala. Sram na takie znajomości, tylko się denerwuję. Wiadomo, uderzyłabym z kimś w ślinę i się poprzytulała, ale co zrobię? Nie będę się zadawała z pajacami. Jak na razie całe życie uczuciowe to trochę porażka, no ale co zrobię? Nic. To minie. Tak jak minął smutek.
Lubię teraz wiosnę. W sumie lubię każdą porę roku. Każda jest niezła. Kiedyś lubiłam tylko jesień, dalej jest moją ulubiona porą roku, zwłaszcza ta ciemna i ponura część. Lato jest super; wiosna, bo wszystko kwitnie i zima by wszystko zastygło i wzięło długi oddech na kolejną porę roku.
Wszystko mija, smutek też.
Wiosna jest spoko.
Cieszcie się życiem.
Miłego.
27 stycznia 2017
Constans czyli smutków ciąg dalszy
Czyli u mnie jak zwykle. Rozczarowania i raczej, co ciekawe, szybkie pogodzenie się z odrzuceniem.
Maiłam sobie takiego stalkera. W sensie nie, że grzebał mi w śmieciach, ale raczej takiego znajomego co potrafiliśmy śmieszkować kilka godzin dziennie. I tak się to ciągało od września 2015 roku. I było tak se ale pojawiły się jakieś żaluzje, aluzje, uśmieszki, wymieniliśmy się telefonami. I tak planowaliśmy spotkanie. I tak sobie je planowaliśmy, że do mnie przyjedzie i spędzimy ze sobą trochę czasu i się poznamy i że po Świętach będzie miał urlop. I tak sobie o tym gaworzyliśmy, aż się okazało, że sobie znalazł dziewczynę.
och.
Trochę to było smutne. Tak smutne, że zapaliłam sobie kilka papierosów i z żalu nie jadłam przez 2 dni. To ciekawe bo nigdy takie coś mi się nie zdarzyło. Przykre, że jedyna rzecz, która utrzymywała Cię przy uśmiechu jebła się jak pusta butelka ze stołu. Niemniej jednak to doprowadziło mnie do takiego przemyślenia, że nie może być tak w życiu, że jakiś pajac będzie Cię podtrzymywał bo się szybciej wywalisz niż wstaniesz. Tylko Ty sam musisz sobie poprzestawiać w głowie, żeby się trzymać i nie puszczać (zwłaszcza z byle kim!).
Moglibyśmy to uznać za sprzyjające wydarzenie i takie zamykające rok 2016. Nota bene 9 rok w astrologii i chiromancji, a to oznacza koniec pewnych rozdziałów, zamykanie pewnych spraw i zaczynanie od nowa. Czyli taki, że tak powiem kosz to super sprawa bo pozbyłam się z życia jakiegoś pajaca i teraz już tylko piękne życie, Kalifornia 1976 i wiatr zjawiskowo targający włosy. Żeby było śmieszniej, nie jest mi teraz (ponad miesiąc po) jakoś bardzo żal; bądź co bądź sama sobie powiedziałam albo w te albo we wte, choć osobiście wolałabym się poprzytulać z żywym loszkiem niż z kołderką. Stalknęłam sobie tą jego nową dziewczynę - takie typowe emo, mroczne klimaty i artystyczna dusza. Nie, żebym była jakaś mega piękna, ale myślę, że mam ciut więcej uroku osobistego i nie muszę sobie domalowywać brwi (hihihihi). Lepiej, że tak się to zakończyło zanim się zaczęło, bo jakby przyjechał i doszłoby do czegoś, ze tak powiem przyjemniejszego to nie wiem czy wyszłabym z domu przez kilka miesięcy. I to bardziej, ze wstydu, że dałam się tak wykorzystać.
Krótko podsumowując - 2016 to constans smutków, rozczarowań i przede wszystkim koszów od chłopaków, ale też realizacji, że jak ja se sama czegoś nie zrobię, to będę tak czekała do usranej śmierci.
Wspomniałam to takim loszku - starcu w młodym ciele, którego pragnęłam wykorzystać w jakiś sposób. To zabawne, ale znów się z nim spotykam i dalej z nim nie rozmawiam. Jakieś pogaduszki - tylko grzecznościowo, tak kilka zdań, nie za dużo. Chyba na naszym pierwszym spotkaniu pogadaliśmy więcej niż przez ostatnie kilka razem wziętych. Jest między nami jakaś taka cicha umowa, jakbyśmy oboje wiedzieli, że to czasowe, ze nie jesteśmy tymi osobami, z którymi powinniśmy się spotykać. On - z moich domysłów i smutku w oczach - wciąż żyje w przeszłości. Ja - po prostu na tę chwilę potrzebuję kogoś, kto by mnie potrzymał za rękę. Podnieca mnie jego dotyk, ale nie chcę nic więcej ni pocałunków i dotyku. Myślę, że można mu zaufać, ale pod tą sztywną postawą siedzi coś strasznego lub smutnego. Chcę być blisko, ale nie zamierzam z nim uprawiać ani roślin okopowych ani seksu. To nie byłoby to, czego chcę w życiu, a po wszystkim gryzłyby mnie wyrzuty sumienia.
I wiecie co, dobrze jest, jak jest. Od paru tygodni jest całkiem wporzo, mimo wszystkich tych nieprzyjemności.
W sumie, pieniądze z korpo trochę wynagradzają smutki dnia codziennego.
Maiłam sobie takiego stalkera. W sensie nie, że grzebał mi w śmieciach, ale raczej takiego znajomego co potrafiliśmy śmieszkować kilka godzin dziennie. I tak się to ciągało od września 2015 roku. I było tak se ale pojawiły się jakieś żaluzje, aluzje, uśmieszki, wymieniliśmy się telefonami. I tak planowaliśmy spotkanie. I tak sobie je planowaliśmy, że do mnie przyjedzie i spędzimy ze sobą trochę czasu i się poznamy i że po Świętach będzie miał urlop. I tak sobie o tym gaworzyliśmy, aż się okazało, że sobie znalazł dziewczynę.
och.
Trochę to było smutne. Tak smutne, że zapaliłam sobie kilka papierosów i z żalu nie jadłam przez 2 dni. To ciekawe bo nigdy takie coś mi się nie zdarzyło. Przykre, że jedyna rzecz, która utrzymywała Cię przy uśmiechu jebła się jak pusta butelka ze stołu. Niemniej jednak to doprowadziło mnie do takiego przemyślenia, że nie może być tak w życiu, że jakiś pajac będzie Cię podtrzymywał bo się szybciej wywalisz niż wstaniesz. Tylko Ty sam musisz sobie poprzestawiać w głowie, żeby się trzymać i nie puszczać (zwłaszcza z byle kim!).
Moglibyśmy to uznać za sprzyjające wydarzenie i takie zamykające rok 2016. Nota bene 9 rok w astrologii i chiromancji, a to oznacza koniec pewnych rozdziałów, zamykanie pewnych spraw i zaczynanie od nowa. Czyli taki, że tak powiem kosz to super sprawa bo pozbyłam się z życia jakiegoś pajaca i teraz już tylko piękne życie, Kalifornia 1976 i wiatr zjawiskowo targający włosy. Żeby było śmieszniej, nie jest mi teraz (ponad miesiąc po) jakoś bardzo żal; bądź co bądź sama sobie powiedziałam albo w te albo we wte, choć osobiście wolałabym się poprzytulać z żywym loszkiem niż z kołderką. Stalknęłam sobie tą jego nową dziewczynę - takie typowe emo, mroczne klimaty i artystyczna dusza. Nie, żebym była jakaś mega piękna, ale myślę, że mam ciut więcej uroku osobistego i nie muszę sobie domalowywać brwi (hihihihi). Lepiej, że tak się to zakończyło zanim się zaczęło, bo jakby przyjechał i doszłoby do czegoś, ze tak powiem przyjemniejszego to nie wiem czy wyszłabym z domu przez kilka miesięcy. I to bardziej, ze wstydu, że dałam się tak wykorzystać.
Krótko podsumowując - 2016 to constans smutków, rozczarowań i przede wszystkim koszów od chłopaków, ale też realizacji, że jak ja se sama czegoś nie zrobię, to będę tak czekała do usranej śmierci.
Wspomniałam to takim loszku - starcu w młodym ciele, którego pragnęłam wykorzystać w jakiś sposób. To zabawne, ale znów się z nim spotykam i dalej z nim nie rozmawiam. Jakieś pogaduszki - tylko grzecznościowo, tak kilka zdań, nie za dużo. Chyba na naszym pierwszym spotkaniu pogadaliśmy więcej niż przez ostatnie kilka razem wziętych. Jest między nami jakaś taka cicha umowa, jakbyśmy oboje wiedzieli, że to czasowe, ze nie jesteśmy tymi osobami, z którymi powinniśmy się spotykać. On - z moich domysłów i smutku w oczach - wciąż żyje w przeszłości. Ja - po prostu na tę chwilę potrzebuję kogoś, kto by mnie potrzymał za rękę. Podnieca mnie jego dotyk, ale nie chcę nic więcej ni pocałunków i dotyku. Myślę, że można mu zaufać, ale pod tą sztywną postawą siedzi coś strasznego lub smutnego. Chcę być blisko, ale nie zamierzam z nim uprawiać ani roślin okopowych ani seksu. To nie byłoby to, czego chcę w życiu, a po wszystkim gryzłyby mnie wyrzuty sumienia.
I wiecie co, dobrze jest, jak jest. Od paru tygodni jest całkiem wporzo, mimo wszystkich tych nieprzyjemności.
W sumie, pieniądze z korpo trochę wynagradzają smutki dnia codziennego.
12 grudnia 2016
ljasfhsedgv
No.
W poprzednim pościku wspomniałam, że spotkałam się z takim starcem w młodym ciele. Po jakimś miesiącu spotkaliśmy się raz jeszcze. Na chwilkę. Nie rozmawialiśmy wiele, nie ma o czym. Czego bym nie powiedziała zostałoby zapomniane albo pomieszałoby mu się z inną osobą. Nie warto. Na początku starałam się być zabawna, śmiałam się uroczo i zalotnie albo niewinnie patrzyłam na tego typa. Trochę jak lolita (xD beka). Potem stopniowo mój udawany entuzjazm wygasał, aż do momentu w którym totalnie zamilkłam i zamyślałam się. To było mniej-więcej tak:
Siedziałam tak ze smutkiem w oczach wpatrzona w drzwi do toalety i od wielu miesięcy nie licząc na nic. Poczułam palec na swojej dłoni. Zamarłam i dostałam takiego dziwnego ucisku w górnej klatce piersiowej. Potem jakoś chwycił mnie za rękę. To było miłe. Siedzieliśmy tak: ja - wpatrzona w drzwi kibla (jedyna z możliwych ucieczek); raczej starałam się od niego odwrócić, on - nie wiem na co patrzył. Romantycznie by było jakby na mnie, ale na drzwi kibla też ok. Potem jakoś się pokręciliśmy na tej kanapie tak, że się poprzytulaliśmy (i inne takie) i on mi mówi, że musi już spadać. Umówił się z jakąś typką (brak zazdrości=obojętność; jak mawia mój szef: "jest git!"). Wyciągnęłam mu spod koszuli bardzo długi łańcuszek z serduszkiem i mimo przewidywanej odpowiedzi zapytałam co to za artefakt. Wiadomo o co chodziło. Powiedziałam, że miałam podobny albo go rozwaliłam i wyrzuciłam do kosza (obojętność= "jest git!"). Pozbieraliśmy się i poszliśmy. Rozstaliśmy się w okolicach rynku. Nie umie całować. Wydyma usta jak ryba. Ale czy ja umiem?
Tak jak powiedziałam, po raz pierwszy niczego z nim nie planuję (w mojej głowie) i zamierzam go wykorzystać tylko i wyłącznie do oswojenia się z dotykiem. Nie zamierzam z nim uprawiać ani roślin okopowych ani seksu. Mam plan zaprosić go do siebie, mieć go na trochę dłużej i bez tej publicznej krępacji poprzytulać się i uderzyć w ślinę (może być trochę na dziko).
Poszłam przed siebie bez żalu czy smutku. Nie popatrzyłam za nim, choć zawsze patrzę za każdym. Poszłam sobie. Po prostu. Z pustką. I mimo tłumów na jarmarku świątecznym ta dziura we mnie mogłaby ich wszystkich wciągnąć i byłoby jeszcze trochę miejsca dla szczeniaczków.
Fajnie tak, bez emocji.
I choć kocham zimę, mrozik, śnieżek, łyżwy (!!!), szczeniaczki hasające na białym puchu i cichy las pod białą pierzyną to z bólem serca mówię sobie "Byle do wiosny". Nie wiem czy spotka mnie tam coś lepszego. Planuję wycieczkę do Barcelony. I chyba to trzyma mnie przy życiu. Jeśli oczywiście będą tanie bilety.
W poprzednim pościku wspomniałam, że spotkałam się z takim starcem w młodym ciele. Po jakimś miesiącu spotkaliśmy się raz jeszcze. Na chwilkę. Nie rozmawialiśmy wiele, nie ma o czym. Czego bym nie powiedziała zostałoby zapomniane albo pomieszałoby mu się z inną osobą. Nie warto. Na początku starałam się być zabawna, śmiałam się uroczo i zalotnie albo niewinnie patrzyłam na tego typa. Trochę jak lolita (xD beka). Potem stopniowo mój udawany entuzjazm wygasał, aż do momentu w którym totalnie zamilkłam i zamyślałam się. To było mniej-więcej tak:
Siedziałam tak ze smutkiem w oczach wpatrzona w drzwi do toalety i od wielu miesięcy nie licząc na nic. Poczułam palec na swojej dłoni. Zamarłam i dostałam takiego dziwnego ucisku w górnej klatce piersiowej. Potem jakoś chwycił mnie za rękę. To było miłe. Siedzieliśmy tak: ja - wpatrzona w drzwi kibla (jedyna z możliwych ucieczek); raczej starałam się od niego odwrócić, on - nie wiem na co patrzył. Romantycznie by było jakby na mnie, ale na drzwi kibla też ok. Potem jakoś się pokręciliśmy na tej kanapie tak, że się poprzytulaliśmy (i inne takie) i on mi mówi, że musi już spadać. Umówił się z jakąś typką (brak zazdrości=obojętność; jak mawia mój szef: "jest git!"). Wyciągnęłam mu spod koszuli bardzo długi łańcuszek z serduszkiem i mimo przewidywanej odpowiedzi zapytałam co to za artefakt. Wiadomo o co chodziło. Powiedziałam, że miałam podobny albo go rozwaliłam i wyrzuciłam do kosza (obojętność= "jest git!"). Pozbieraliśmy się i poszliśmy. Rozstaliśmy się w okolicach rynku. Nie umie całować. Wydyma usta jak ryba. Ale czy ja umiem?
Tak jak powiedziałam, po raz pierwszy niczego z nim nie planuję (w mojej głowie) i zamierzam go wykorzystać tylko i wyłącznie do oswojenia się z dotykiem. Nie zamierzam z nim uprawiać ani roślin okopowych ani seksu. Mam plan zaprosić go do siebie, mieć go na trochę dłużej i bez tej publicznej krępacji poprzytulać się i uderzyć w ślinę (może być trochę na dziko).
Poszłam przed siebie bez żalu czy smutku. Nie popatrzyłam za nim, choć zawsze patrzę za każdym. Poszłam sobie. Po prostu. Z pustką. I mimo tłumów na jarmarku świątecznym ta dziura we mnie mogłaby ich wszystkich wciągnąć i byłoby jeszcze trochę miejsca dla szczeniaczków.
Fajnie tak, bez emocji.
I choć kocham zimę, mrozik, śnieżek, łyżwy (!!!), szczeniaczki hasające na białym puchu i cichy las pod białą pierzyną to z bólem serca mówię sobie "Byle do wiosny". Nie wiem czy spotka mnie tam coś lepszego. Planuję wycieczkę do Barcelony. I chyba to trzyma mnie przy życiu. Jeśli oczywiście będą tanie bilety.
23 października 2016
Tinder / dead inside
Tak, założyłam Tindera. Jakoś tak z rozpaczy, z nudów czy też z chęci postalkowania kogo trzeba. Tak sobie przewijam w prawo i w lewo, oceniam tych typków na podstawie zdjęć. Widzę, jaki jest mój ulubiony typ (w okularach, ciemne włosy). Dostaję dużo lajków, czasem ktoś napisze. Od końca września spotkałam się już z trzema chłopakami. To więcej niż przez ostatnie 20 lat. Taka jestem szybka randkowiczka (xD). Trochę to śmieszne, trochę przerażające.
Ogólnie wiadomo, w jakim celu powstała ta aplikacja i niestety 90% koleżków też ją tak traktuje. Staram się zachować jakiś poziom, ale wszystko niestety sprowadza się do tego samego. Zaczęły mnie drażnić takie słabe żarty na tle erotycznym. Kojarzyły mi się zawsze z tymi zwyrolami z czaterii, z którymi pisałam jako renatka_26, a tu okazuje się, ze wszyscy tacy są. Broń Boże, nie jestem i nigdy nie byłam pruderyjna. To zawsze ja miałam (i chyba mam) łatkę tej zboczonej ale okazuje się, że w dzisiejszym świecie to za mało. Teraz jak się opowiada o zainteresowaniach to w cenie jest robienie gały, anal, a nie łyżwy i gotowanie.
To przykre. Straciłam nadzieję na to, że poznam kogoś normalnego w prawdziwym świecie, bo na wszystkich patrzę tak, jakbym chciała ich zabić. Kto by podszedł do takiej osoby? To korzystam z takiego gówna. Okazuje się, że wszyscy wartościowi chłopacy zajęci są przez jakieś babsztyle, a mi zostali tylko właśnie zwyrolowie, studenci filozofii i starsi panowie.
Mimo to spotkałam się z paroma chłopakami. Było miło, ale już się więcej do siebie nie odezwaliśmy. Przy tym ostatnim, postanowiłam sobie, że będę mega urocza i słodka, ale jednak zachowam swój smutny dystans. Taka jestem. Czasem. Opłaciło się, bo na koniec uderzyliśmy w ślinę. W KOŃCU one!!!1 Szkoda, że tak krótko i musiałam go prosić 2 razy o powtórkę, ale to było silniejsze ode mnie. Zazwyczaj umiem się powstrzymać i trzymać wszystko w sobie, a potem wyżywać się tutaj, no ale ... hmmm nawet nie wiem jak to nazwać. Nie było to pożądanie. Ten chłopak też mi się jakoś bardzo nie spodobał. Taki starzec w młodym ciele. Jak zaczęliśmy rozmawiać to też nie zrobił na mnie dobrego wrażenia, ale czułam, że mu się podobam (wiadomo po czym poznałam H3H3H3H3). To pocisnęłam to mocniej. Po prostu chciałam więcej niż uścisku dłoni. Chyba rzeczywiście brakuje mi czułości/bliskości/ciepła drugiej osoby, raczej nie tej erotycznej ale takiej no, normalnej. Mam taki plan spotkać się z tym chłopakiem jeszcze kilka razy, może zaprosić go na film do siebie, żeby się raczej poprzytulać, bo seksu to nie.
Z drugiej zaś strony jest mi głupio, że tak o tym myślę i tak robię. Trochę jakbym była martwa w środku, ale jakbym była to nie chciałabym się przytulać, c'nie? Patrzę tylko na cel jaki osiągnę, nie na to, że mogłabym zranić ewentualne uczucia tego chłopaka. Ale czy on ma jakieś uczucia? Odniosłam wrażenie, że raczej spotyka się ze mną w wiadomym celu. Smutna prawda jest taka, że normalni ludzie już dawno są w związkach i je powoli legalizują, tylko ostały się same wyrzutki. Ale czy wśród tych wyrzutków nie może być kogoś, kto nie jest alkoholikiem, erotomanem, socjopatą, stetryczałym starcem albo kimś z problemami psychicznymi?
A i prawie bym zapomniała.
Siedzimy sobie w kawiarni, śmieję się za swojego żartu. A ten koleś mówi mi, że muszę być bardzo nieszczęśliwa. Czemu, pytam. Śmiejesz się, ale oczy dalej masz smutne.
To przykre, że już nie mam tyle siły by to wszystko trzymać w środku i teraz każdy może to zobaczyć. To przykre być tak nieszczęśliwym będąc tak młodym.
Ogólnie wiadomo, w jakim celu powstała ta aplikacja i niestety 90% koleżków też ją tak traktuje. Staram się zachować jakiś poziom, ale wszystko niestety sprowadza się do tego samego. Zaczęły mnie drażnić takie słabe żarty na tle erotycznym. Kojarzyły mi się zawsze z tymi zwyrolami z czaterii, z którymi pisałam jako renatka_26, a tu okazuje się, ze wszyscy tacy są. Broń Boże, nie jestem i nigdy nie byłam pruderyjna. To zawsze ja miałam (i chyba mam) łatkę tej zboczonej ale okazuje się, że w dzisiejszym świecie to za mało. Teraz jak się opowiada o zainteresowaniach to w cenie jest robienie gały, anal, a nie łyżwy i gotowanie.
To przykre. Straciłam nadzieję na to, że poznam kogoś normalnego w prawdziwym świecie, bo na wszystkich patrzę tak, jakbym chciała ich zabić. Kto by podszedł do takiej osoby? To korzystam z takiego gówna. Okazuje się, że wszyscy wartościowi chłopacy zajęci są przez jakieś babsztyle, a mi zostali tylko właśnie zwyrolowie, studenci filozofii i starsi panowie.
Mimo to spotkałam się z paroma chłopakami. Było miło, ale już się więcej do siebie nie odezwaliśmy. Przy tym ostatnim, postanowiłam sobie, że będę mega urocza i słodka, ale jednak zachowam swój smutny dystans. Taka jestem. Czasem. Opłaciło się, bo na koniec uderzyliśmy w ślinę. W KOŃCU one!!!1 Szkoda, że tak krótko i musiałam go prosić 2 razy o powtórkę, ale to było silniejsze ode mnie. Zazwyczaj umiem się powstrzymać i trzymać wszystko w sobie, a potem wyżywać się tutaj, no ale ... hmmm nawet nie wiem jak to nazwać. Nie było to pożądanie. Ten chłopak też mi się jakoś bardzo nie spodobał. Taki starzec w młodym ciele. Jak zaczęliśmy rozmawiać to też nie zrobił na mnie dobrego wrażenia, ale czułam, że mu się podobam (wiadomo po czym poznałam H3H3H3H3). To pocisnęłam to mocniej. Po prostu chciałam więcej niż uścisku dłoni. Chyba rzeczywiście brakuje mi czułości/bliskości/ciepła drugiej osoby, raczej nie tej erotycznej ale takiej no, normalnej. Mam taki plan spotkać się z tym chłopakiem jeszcze kilka razy, może zaprosić go na film do siebie, żeby się raczej poprzytulać, bo seksu to nie.
Z drugiej zaś strony jest mi głupio, że tak o tym myślę i tak robię. Trochę jakbym była martwa w środku, ale jakbym była to nie chciałabym się przytulać, c'nie? Patrzę tylko na cel jaki osiągnę, nie na to, że mogłabym zranić ewentualne uczucia tego chłopaka. Ale czy on ma jakieś uczucia? Odniosłam wrażenie, że raczej spotyka się ze mną w wiadomym celu. Smutna prawda jest taka, że normalni ludzie już dawno są w związkach i je powoli legalizują, tylko ostały się same wyrzutki. Ale czy wśród tych wyrzutków nie może być kogoś, kto nie jest alkoholikiem, erotomanem, socjopatą, stetryczałym starcem albo kimś z problemami psychicznymi?
A i prawie bym zapomniała.
Siedzimy sobie w kawiarni, śmieję się za swojego żartu. A ten koleś mówi mi, że muszę być bardzo nieszczęśliwa. Czemu, pytam. Śmiejesz się, ale oczy dalej masz smutne.
To przykre, że już nie mam tyle siły by to wszystko trzymać w środku i teraz każdy może to zobaczyć. To przykre być tak nieszczęśliwym będąc tak młodym.
6 sierpnia 2016
+ 2400 netto do obojętności
Dostałam pracę. (LOL) Po trzech latach zlewkowego podejścia do studiów dostałam pracę w quasi-korpo. Już w styczniu mówiłam, że chciałabym po licencjacie iść na staż do biura tłumaczeń, że niby to jest moja przyszłość. W ostatniej chwili zmieniłam zdanie z darmowej katorgi z niepewną może-umową w przyszłości na biuro z tarasem, z panią robiącą kanapki i zupy, oraz z ludźmi z którymi codziennie przybijam piątkę. Taka zwykła, za biurkiem a nawet jest ok.
Wszyscy znajomi i rodzice bardzo się podjarali, że idę do pracy, że łał, że jestem taka samodzielna. Prawda jest taka, że denerwował mnie brak odpowiedzi, a po telefonie z biura było mi to po prostu obojętne. Chyba chodziło mi o to, by kolejnych wakacji nie spędzić w domu, gdzie jedyne, co mogłam to gotować, sprzątać i we wszystkim pomagać. A tu robię to samo i jeszcze mam za to kupę kasy. Nie wiem na co wydam ten hajs, bo jestem strasznie skąpa, ale pewnie pójdzie to wszystko na jakieś głupoty typu Aliexpres (nie daj Boże) albo pierdolety z sefory.
Jest we mnie bardzo dużo obojętności. Wszystkie te porywy serca, rozpacz, rozmemłanie, ta heroiczna walka z wiatrakami było nic nie warte i kosztowało mnie masę nerwów. A może po prostu broniłam się przed obojętnością? Przechodzi mi powoli. Wciąż przeżywam porażki, ale częściej bywa mi po prostu pusto niż przykro z jakiegoś powodu. To smutne, że taka młoda osoba mówi, że jej nie zależy, ale czy mi kiedykolwiek zależało?
Jedyne czego się obawiam to to, że pod presją czasu, znajomych czy mamy, zdecyduję się spędzić życie z człowiekiem mi obojętnym. To znaczy, że będę z kimś, bo tak jest wygodnie a nie dlatego, że go kocham. Wciąż (niestety lub stety) mam nadzieję, że nie będę taka samotna, że będę miała komu zrobić obiad albo mieć z kim wyjść do parku. Tak bardzo tego chcę i tak długo na to czekam. Pragnę akceptacji, czasu i ramienia do którego można się przytulić. Czy to tak wiele? Chyba tak. Bo wszystko powoli we mnie umarło, ale nadzieja się jeszcze tli.
Jeszcze.
Wszyscy znajomi i rodzice bardzo się podjarali, że idę do pracy, że łał, że jestem taka samodzielna. Prawda jest taka, że denerwował mnie brak odpowiedzi, a po telefonie z biura było mi to po prostu obojętne. Chyba chodziło mi o to, by kolejnych wakacji nie spędzić w domu, gdzie jedyne, co mogłam to gotować, sprzątać i we wszystkim pomagać. A tu robię to samo i jeszcze mam za to kupę kasy. Nie wiem na co wydam ten hajs, bo jestem strasznie skąpa, ale pewnie pójdzie to wszystko na jakieś głupoty typu Aliexpres (nie daj Boże) albo pierdolety z sefory.
Jest we mnie bardzo dużo obojętności. Wszystkie te porywy serca, rozpacz, rozmemłanie, ta heroiczna walka z wiatrakami było nic nie warte i kosztowało mnie masę nerwów. A może po prostu broniłam się przed obojętnością? Przechodzi mi powoli. Wciąż przeżywam porażki, ale częściej bywa mi po prostu pusto niż przykro z jakiegoś powodu. To smutne, że taka młoda osoba mówi, że jej nie zależy, ale czy mi kiedykolwiek zależało?
Jedyne czego się obawiam to to, że pod presją czasu, znajomych czy mamy, zdecyduję się spędzić życie z człowiekiem mi obojętnym. To znaczy, że będę z kimś, bo tak jest wygodnie a nie dlatego, że go kocham. Wciąż (niestety lub stety) mam nadzieję, że nie będę taka samotna, że będę miała komu zrobić obiad albo mieć z kim wyjść do parku. Tak bardzo tego chcę i tak długo na to czekam. Pragnę akceptacji, czasu i ramienia do którego można się przytulić. Czy to tak wiele? Chyba tak. Bo wszystko powoli we mnie umarło, ale nadzieja się jeszcze tli.
Jeszcze.
16 czerwca 2016
5 lat
Jestem pod tym adresem już pięć długich lat.
Kilka miesięcy temu napisałam rzewnego posta, jak to się pozmieniało w życiu. Chuj z tym. Zmieniło się dużo. Siebie z tamtego okresu niezbyt pamiętam, chociaż bardziej nie chcę.
A teraz, z okazji tej "wesołej" rocznicy napiszcie, proszę, co tam u was po pięciu latach?
Kilka miesięcy temu napisałam rzewnego posta, jak to się pozmieniało w życiu. Chuj z tym. Zmieniło się dużo. Siebie z tamtego okresu niezbyt pamiętam, chociaż bardziej nie chcę.
A teraz, z okazji tej "wesołej" rocznicy napiszcie, proszę, co tam u was po pięciu latach?
4 czerwca 2016
It's june again
Nie wiem jak to u was wygląda, ale zawsze przed snem, w fazie alfa(czy chuj wie co), gdy nie jestem pewna czy już śpię czy jeszcze nie, tworzę w swojej chorej głowie scenki rodzajowe z mojego lepszego życia. Czasem to jakiś wspólny biwak, czasem po prostu zwykłe uderzenie w ślinę ale raczej w romantycznych okolicznościach. W ten oto sposób pustą swoją egzystencję odmierzam czerwcami i tym kto mi się podoba. Od kilku lat niezmiennie każdego roku, w tym samym czasie (mniej-więcej), myślę przed snem o innej osobie. To miłe, mieć o kim myśleć przed zaśnięciem. To miłe (chyba) być również obiektem takich pomyślunków (ale nie w TAKIM sensie, zboczeńcy). Trochę się boję, bo od kilku(nastu) tygodni nie mam za bardzo o kim myśleć. Na siłę próbuję uformować jakiś wątek, refleksję (ale nie refluksję) o czymś przyjemnym i nic. Zasypiam z frustracją, a budzę się pusta.
Z drugiej zaś strony przestałam myśleć o śmierci najbliższych, o poczuciu straty. Przestałam się doprowadzać do spazmów i płakać codziennie. Jakoś się tak trochę uspokoiłam. Czuję się też pusto. Chciałabym mieć się czymś (kimś) wypełnić. Myśleć o kimś, móc zadzwonić czy zobaczyć się czasem i móc dotknąć. Chciałabym umieć dotykać, głaskać, bawić się palcami na ciele, nieśpiesznie wędrować opuszkami po ramionach, torsie czy głowie. No, ale nie umiem. Ułomność ta wynika raczej z ciągłego unikania dotyku innych niż z jakiejś naturalnej dysfunkcji. Krępowałam się nawet podać komuś rękę a co dopiero trzymać ją czy pozwolić jej wędrować po nodze czy plecach. Średnio mi z tym, bo tęskno mi do drugiego ciała. To okropne bo takie uczucie pojawia się znienacka i wciąż trudno mi to przystopować w miejscach publicznych. Czuję taki obrzydliwy dreszcz na szyi i przy żuchwie, potem na ramionach. Chcę to zatrzymać, a nie potrafię.
Jak to tak całe życie unikać jak ognia konfrontacji z mięsożercami i być takim zatwardziałym wegetarianinem i nagle, w jakiś pochmurny wtorek stwierdzić, że się pragnie schabowego? Bądźmy szczerzy: bez mięsa to taka trochę WEGEtacja.
Mogę z pewnością uznać, że dostałam od początku roku jakieś cztery kosze. Najbardziej zabawny to chyba ten, kiedy już czekając na ziomka, dostałam wiadomość, że się nie spotkamy bo chodziłam do katola. To zapoczątkowało masę innych smutnych wydarzeń tego dnia. To nie tak, że na kogoś napadam czy proponuję cokolwiek. Po prostu w jakimś momencie dostaję informację, że chyba jednak nie, albo nie dostaję żadnej informacji. W końcu brak odpowiedzi też jest odpowiedzią.
Ok. Nie ma sprawy.
To dziwne (przynajmniej dla mnie) i nowe; brak, jego odczuwanie i pragnienie wypełnienia pustki. Świadomość braku konkretnej rzeczy. Kiedyś był to sam brak i wystarczyło się wypełnić książką, telewizją, grą, śmieszkiem w internecie. A teraz? Moja potrzeba bliskości jest niezwykle silna. Jak nigdy.
STRASZNE TO EJST.
Czerwiec już się zaczął, a w głowie pusto. P.u.s.t.o.
O!
Z drugiej zaś strony przestałam myśleć o śmierci najbliższych, o poczuciu straty. Przestałam się doprowadzać do spazmów i płakać codziennie. Jakoś się tak trochę uspokoiłam. Czuję się też pusto. Chciałabym mieć się czymś (kimś) wypełnić. Myśleć o kimś, móc zadzwonić czy zobaczyć się czasem i móc dotknąć. Chciałabym umieć dotykać, głaskać, bawić się palcami na ciele, nieśpiesznie wędrować opuszkami po ramionach, torsie czy głowie. No, ale nie umiem. Ułomność ta wynika raczej z ciągłego unikania dotyku innych niż z jakiejś naturalnej dysfunkcji. Krępowałam się nawet podać komuś rękę a co dopiero trzymać ją czy pozwolić jej wędrować po nodze czy plecach. Średnio mi z tym, bo tęskno mi do drugiego ciała. To okropne bo takie uczucie pojawia się znienacka i wciąż trudno mi to przystopować w miejscach publicznych. Czuję taki obrzydliwy dreszcz na szyi i przy żuchwie, potem na ramionach. Chcę to zatrzymać, a nie potrafię.
Jak to tak całe życie unikać jak ognia konfrontacji z mięsożercami i być takim zatwardziałym wegetarianinem i nagle, w jakiś pochmurny wtorek stwierdzić, że się pragnie schabowego? Bądźmy szczerzy: bez mięsa to taka trochę WEGEtacja.
Mogę z pewnością uznać, że dostałam od początku roku jakieś cztery kosze. Najbardziej zabawny to chyba ten, kiedy już czekając na ziomka, dostałam wiadomość, że się nie spotkamy bo chodziłam do katola. To zapoczątkowało masę innych smutnych wydarzeń tego dnia. To nie tak, że na kogoś napadam czy proponuję cokolwiek. Po prostu w jakimś momencie dostaję informację, że chyba jednak nie, albo nie dostaję żadnej informacji. W końcu brak odpowiedzi też jest odpowiedzią.
Ok. Nie ma sprawy.
To dziwne (przynajmniej dla mnie) i nowe; brak, jego odczuwanie i pragnienie wypełnienia pustki. Świadomość braku konkretnej rzeczy. Kiedyś był to sam brak i wystarczyło się wypełnić książką, telewizją, grą, śmieszkiem w internecie. A teraz? Moja potrzeba bliskości jest niezwykle silna. Jak nigdy.
STRASZNE TO EJST.
Czerwiec już się zaczął, a w głowie pusto. P.u.s.t.o.
O!
13 kwietnia 2016
Spacer
Jedyne, czego chcę na ten moment to kochać i być kochaną.
Choć wystarczyłby zwykły niedzielny spacer po parku.
Choć wystarczyłby zwykły niedzielny spacer po parku.
24 marca 2016
Wiosna 2016
Ludzie chyba tak mają, że przeczuwają różne rzeczy i się do nich podświadomie przygotowują. Na przykład do śmierci. Każdy kiedyś umrze (na szczęście, choć raczej jest mi to obojętne), ale dopiero w podeszłym wieku myśli o tym, kogo wychujać i nie przepisać mu spadku. Czasem przygotowujemy się do zmian w życiu, czasem tylko do zmiany stylówki. Mówi się, że kobieta zmienia fryzurę, kiedy zamierza rozpocząć nowy etap. Słabo, bo siana nie zamierzam ścinać, farbować, wydłużać czy nawet prostować, a gdzieś tak w głębi pustego serduszka czuję, że coś się zmieni.
Robi się tu coraz puściej. W życiu, na komputerze, na tapecie i archiwum rozmów. Skrzętnie usuwam jakiekolwiek ślady dawnych znajomości. Bez pardonu żegnam znajomych z facebooka i blokuję ich konta, tak by o nich zapomnieć. W liście zablokowanych coraz więcej osób. Myślę, że już dawno przekroczyłam 100. Ot, tak. Usuwam zdjęcia, teksty, listy i notki napisane w 2011 i dotąd nieopublikowane. Jakbym szykowała się na coś nowego. Jakbym nie wiedziała, że to nie nadejdzie.
Usuwam też stare esemesiaki, kontakty z telefonu i historię stalkowania. Nie liczę już tygodni odkąd ostatni raz rozmawialiśmy. Wyciągam z szafy stare, nienoszone już ubrania, wyrzucam je, albo zawożę do domu licząc, że same znikną. Regularnie sprawdzam też karton z bielizną i skarpetkami; nawet najmniejsza dziurka dyskwalifikuje to do noszenia. To nie jest tak, że nie dbam. Ratowałam kiedyś sweter. Cerowałam powiększającą się dziurę, w pasmanterii zakupiłam specjalną nitkę w jego kolorze (szarą). Zaszywałam bez ustanku, aż poddałam się, gdy zaraz po zaszyciu - następnego dnia w czasie wkładania - dziura rozciągnęła się od pachy aż do łokcia.
I wiecie co? Tak sobie usuwam te rzeczy, kasuję pamiętniczki, śmieszki, heheszki, wymazuję wspomnienia, choć wiem, że do tego trzeba czasu (albo czegoś bardziej spektakularnego), ćwiczę na nowo dystans, nie spinam się, że coś muszę, nie oczekuję i jem dużo warzyw. Ale w głowie mam pusto. Nie mam o kim myśleć, nie mam o kim śnić. Na siłę do moich "scenek rodzajowych" podstawiam twarz i charakter typa z uczelni (którego nienawidzę) czy sąsiada spotkanego w windzie. I jakoś to nie wychodzi.
Znów nadeszła ta pora czytania horoskopów, tragicznej chęci przygotowania się na przyszłość. Przewidzenia, kiedy i gdzie może czekać jakaś zmiana. Jedyną zmianą jaką widzę to tight gap wyławiający się z wciąż jeszcze tłustych ud. Jem dużo kaszy i dla niepoznaki wysypuję do niej zmielony ostorpest, który ma pomóc mi przyśpieszyć pracę wątroby (czyli i spalania tłuszczu). Wynikiem tego działania jest głód pojawiający się zaraz przed zaśnięciem. Jeśli wiecie jak temu zaradzić - piszcie. Boli mnie też serce. Jak wstaję, czasem jak kaszlę, a czasem po prostu ot, tak. Po mojej twarzy przemyka straszny grymas, ale na tym się kończy. Problem mam też z zatokami. To niesamowicie budujące, gdy patrząc na przebijające się przez zasłony promienie słoneczne, wybierasz sobie sukienkę, którą ubierzesz. Problem pojawia się, gdy idziesz do łazienki i odkrywasz, że 1/4 twojej twarzy jest opuchnięta tak, jakby pogryzło Cię stado pszczół. Dorzucimy do tego światłowstręt i osłabienie po wystawieniu się na słońce. Nienawidzę wiosny.
Jestem gotowa na coś nowego, ekscytującego, pobudzającego, fascynującego i na tyle intensywnego, że aż denerwującego (i nudnego). Jestem gotowa, ale już nie czekam. Jestem gotowa, ale jest mi to obojętne.
Wiosna 2016 w 100%, Życie w 12%.
Robi się tu coraz puściej. W życiu, na komputerze, na tapecie i archiwum rozmów. Skrzętnie usuwam jakiekolwiek ślady dawnych znajomości. Bez pardonu żegnam znajomych z facebooka i blokuję ich konta, tak by o nich zapomnieć. W liście zablokowanych coraz więcej osób. Myślę, że już dawno przekroczyłam 100. Ot, tak. Usuwam zdjęcia, teksty, listy i notki napisane w 2011 i dotąd nieopublikowane. Jakbym szykowała się na coś nowego. Jakbym nie wiedziała, że to nie nadejdzie.
Usuwam też stare esemesiaki, kontakty z telefonu i historię stalkowania. Nie liczę już tygodni odkąd ostatni raz rozmawialiśmy. Wyciągam z szafy stare, nienoszone już ubrania, wyrzucam je, albo zawożę do domu licząc, że same znikną. Regularnie sprawdzam też karton z bielizną i skarpetkami; nawet najmniejsza dziurka dyskwalifikuje to do noszenia. To nie jest tak, że nie dbam. Ratowałam kiedyś sweter. Cerowałam powiększającą się dziurę, w pasmanterii zakupiłam specjalną nitkę w jego kolorze (szarą). Zaszywałam bez ustanku, aż poddałam się, gdy zaraz po zaszyciu - następnego dnia w czasie wkładania - dziura rozciągnęła się od pachy aż do łokcia.
I wiecie co? Tak sobie usuwam te rzeczy, kasuję pamiętniczki, śmieszki, heheszki, wymazuję wspomnienia, choć wiem, że do tego trzeba czasu (albo czegoś bardziej spektakularnego), ćwiczę na nowo dystans, nie spinam się, że coś muszę, nie oczekuję i jem dużo warzyw. Ale w głowie mam pusto. Nie mam o kim myśleć, nie mam o kim śnić. Na siłę do moich "scenek rodzajowych" podstawiam twarz i charakter typa z uczelni (którego nienawidzę) czy sąsiada spotkanego w windzie. I jakoś to nie wychodzi.
Znów nadeszła ta pora czytania horoskopów, tragicznej chęci przygotowania się na przyszłość. Przewidzenia, kiedy i gdzie może czekać jakaś zmiana. Jedyną zmianą jaką widzę to tight gap wyławiający się z wciąż jeszcze tłustych ud. Jem dużo kaszy i dla niepoznaki wysypuję do niej zmielony ostorpest, który ma pomóc mi przyśpieszyć pracę wątroby (czyli i spalania tłuszczu). Wynikiem tego działania jest głód pojawiający się zaraz przed zaśnięciem. Jeśli wiecie jak temu zaradzić - piszcie. Boli mnie też serce. Jak wstaję, czasem jak kaszlę, a czasem po prostu ot, tak. Po mojej twarzy przemyka straszny grymas, ale na tym się kończy. Problem mam też z zatokami. To niesamowicie budujące, gdy patrząc na przebijające się przez zasłony promienie słoneczne, wybierasz sobie sukienkę, którą ubierzesz. Problem pojawia się, gdy idziesz do łazienki i odkrywasz, że 1/4 twojej twarzy jest opuchnięta tak, jakby pogryzło Cię stado pszczół. Dorzucimy do tego światłowstręt i osłabienie po wystawieniu się na słońce. Nienawidzę wiosny.
Jestem gotowa na coś nowego, ekscytującego, pobudzającego, fascynującego i na tyle intensywnego, że aż denerwującego (i nudnego). Jestem gotowa, ale już nie czekam. Jestem gotowa, ale jest mi to obojętne.
Wiosna 2016 w 100%, Życie w 12%.
30 grudnia 2015
Nie ma tak źle
Pamiętam jak prawie rok temu, w Sylwestrową noc, stałam przed gminnym ośrodkiem kultury w okolicznej wiosce i patrzyłam na pijanych znajomych i obcych bawiących się w OSP po drugiej stronie ulicy. Pamiętam jak Elizabeth i jej chłopak cały wieczór kłócili się o byle pierdy a potem całowali, pamiętam jak rozmawiałam z nim o pewnej osobie. Pamiętam gdy machaliśmy zimnymi ogniami, a Panowie a niedopasowanych garniturach i poluzowanych krawatach podpalali fajerwerki. Pamiętam widok na okoliczne wioski i Dziurę Główną. Pamiętam też myśl "Może w tym roku, ale nic na siłę".
Z wymuszonym zaskoczeniem muszę przyznać, że w tym roku miałam do czynienia z umiarkowanie szalonymi zmianami. Prawie wszystko to działo się za sprawą jednej osoby. Przypuszczałam, że tak się kiedyś stanie. Że jedna osoba popchnie mnie do działania, żeby coś zmienić. Wystarczył jeden smutaśny post na 9chacie w niedzielę wieczorem. Napisało do mnie wtedy kilku chłopaków. Nie miałam ochoty z nimi rozmawiać, z nim też nie. Pamiętam, że byłam dosyć śpiąca, ale z grzeczności odpisywałam. Podobał mi się kwiecisty język, ogromna dawka czułości i takiej przekornej pewności siebie. Wymiana numerami telefonów, pierwsza rozmowa. Spotkanie. Duże podwartościowanie niskiej samooceny. Czy to był powód czy przyczyna? Tego nie wiem. Nie mam już większej nadziei na ponowne zetknięcie się naszych ścieżek czy zwykłe spotkanie przy kawie, ale jestem wdzięczna, za to co mnie spotkało.
1. Jestem weselsza
Mam duży problem z przystosowaniem się do środowiska, może coś w deser społeczno-socjalneej dysfunkcji. Z drugiej strony jestem dobrym manipulatorem (czasem) i chciałam to wykorzystywać do własnych celów. Jestem bardziej otwarta i zyskałam w ostatnich miesiącach dwie nowe koleżanki z którymi spędzam czas. Nie jestem już taka apatyczna i w nieustannie złym humorze. Zdarza mi się być wesołą, uśmiechniętą. To nie narkotyki, niestety.
2. Schudłam
Wraz ze zmianami wewnętrznymi zaczęłam wprowadzać zmiany zewnętrzne. Kilka kilogramów mniej robi różnicę. Nawet na pasku od spodni :P. Jeszcze to nie jest ideał (no raczej) ale przez to mniej się garbię i mam całkiem ładną figurę.
3. Płakałam
Bardzo dużo. Od lipca jednak tylko raz zdarzyło mi się doprowadzić do takiego stanu, że się trzęsłam (nie wiem jak jak opisać takie lekkie konwulsje) i zaczynała mnie boleć głowa. Dzięki temu znam też sposoby na szybkie zamaskowanie nocnego płakania, by rankiem nikt się nie zorientował, patrząc na twojego opuchnięte powieki, że jesteś zwykłą pizdą.
4. Porzuciłam nałogi
W lutym, po niezdanym egzaminie z morfologii, poszłam się napić i coś zapalić. W końcu trafiłam do domu znajomej, gdzie rozdzieliliśmy kolejny litr alkoholu i 2 paczki papierosów na trzy. Około szóstej nad ranem wróciłam do domu. Wszystko, co miałam na sobie wrzuciłam do pralki. A ja sama myłam włosy 4 razy, zanim pozbyłam się okropnego zapachu papierosów.
Alkohol. Może nie porzuciłam zupełnie, ale zmieniłam swój profil. Lubię się napić i nie kryję uwielbienia do drinków z palemką. Taka przyjemność raz na kilka tygodni jest całkiem wporzo.
5. Nie oczekuję
Nauczyłam się w tym roku jednej bardzo ważnej rzeczy. Nie oczekiwać. Po ludziach można spodziewać się tylko najgorszego. Lepiej się pozytywnie rozczarować. Wychodzę z reakcją do otoczenia (czy osoby) nie liczę na interakcję. Teraz zacytuję sama siebie:
Brak odpowiedzi też jest odpowiedzią.
Tylko trochę bardziej boli. Pokłuje. Nim się obejrzysz minie tydzień. Miesiąc. Rok.
A co przyniesie następny? Chciałabym w końcu spotkać kogoś, kogo pokocham, kto pokocha mnie. I wam, wszystkim samotnym serduszkom, życzę tego samego.
Z wymuszonym zaskoczeniem muszę przyznać, że w tym roku miałam do czynienia z umiarkowanie szalonymi zmianami. Prawie wszystko to działo się za sprawą jednej osoby. Przypuszczałam, że tak się kiedyś stanie. Że jedna osoba popchnie mnie do działania, żeby coś zmienić. Wystarczył jeden smutaśny post na 9chacie w niedzielę wieczorem. Napisało do mnie wtedy kilku chłopaków. Nie miałam ochoty z nimi rozmawiać, z nim też nie. Pamiętam, że byłam dosyć śpiąca, ale z grzeczności odpisywałam. Podobał mi się kwiecisty język, ogromna dawka czułości i takiej przekornej pewności siebie. Wymiana numerami telefonów, pierwsza rozmowa. Spotkanie. Duże podwartościowanie niskiej samooceny. Czy to był powód czy przyczyna? Tego nie wiem. Nie mam już większej nadziei na ponowne zetknięcie się naszych ścieżek czy zwykłe spotkanie przy kawie, ale jestem wdzięczna, za to co mnie spotkało.
1. Jestem weselsza
Mam duży problem z przystosowaniem się do środowiska, może coś w deser społeczno-socjalneej dysfunkcji. Z drugiej strony jestem dobrym manipulatorem (czasem) i chciałam to wykorzystywać do własnych celów. Jestem bardziej otwarta i zyskałam w ostatnich miesiącach dwie nowe koleżanki z którymi spędzam czas. Nie jestem już taka apatyczna i w nieustannie złym humorze. Zdarza mi się być wesołą, uśmiechniętą. To nie narkotyki, niestety.
2. Schudłam
Wraz ze zmianami wewnętrznymi zaczęłam wprowadzać zmiany zewnętrzne. Kilka kilogramów mniej robi różnicę. Nawet na pasku od spodni :P. Jeszcze to nie jest ideał (no raczej) ale przez to mniej się garbię i mam całkiem ładną figurę.
3. Płakałam
Bardzo dużo. Od lipca jednak tylko raz zdarzyło mi się doprowadzić do takiego stanu, że się trzęsłam (nie wiem jak jak opisać takie lekkie konwulsje) i zaczynała mnie boleć głowa. Dzięki temu znam też sposoby na szybkie zamaskowanie nocnego płakania, by rankiem nikt się nie zorientował, patrząc na twojego opuchnięte powieki, że jesteś zwykłą pizdą.
4. Porzuciłam nałogi
W lutym, po niezdanym egzaminie z morfologii, poszłam się napić i coś zapalić. W końcu trafiłam do domu znajomej, gdzie rozdzieliliśmy kolejny litr alkoholu i 2 paczki papierosów na trzy. Około szóstej nad ranem wróciłam do domu. Wszystko, co miałam na sobie wrzuciłam do pralki. A ja sama myłam włosy 4 razy, zanim pozbyłam się okropnego zapachu papierosów.
Alkohol. Może nie porzuciłam zupełnie, ale zmieniłam swój profil. Lubię się napić i nie kryję uwielbienia do drinków z palemką. Taka przyjemność raz na kilka tygodni jest całkiem wporzo.
5. Nie oczekuję
Nauczyłam się w tym roku jednej bardzo ważnej rzeczy. Nie oczekiwać. Po ludziach można spodziewać się tylko najgorszego. Lepiej się pozytywnie rozczarować. Wychodzę z reakcją do otoczenia (czy osoby) nie liczę na interakcję. Teraz zacytuję sama siebie:
Brak odpowiedzi też jest odpowiedzią.
Tylko trochę bardziej boli. Pokłuje. Nim się obejrzysz minie tydzień. Miesiąc. Rok.
A co przyniesie następny? Chciałabym w końcu spotkać kogoś, kogo pokocham, kto pokocha mnie. I wam, wszystkim samotnym serduszkom, życzę tego samego.
17 grudnia 2015
Świąteczny spadek formy
Jak zwykle przed świętami czuję się słabo. Czas na podsumowania, nowe postanowienia, refleksje doprowadzające do refluksji. Rodzinna atmosfera oscyluje w granicach zera bezwzględnego a i szanse na jakąkolwiek poprawę też są raczej nikłe. Chciałabym być świąteczną osobą. Raz w roku chciałabym założyć sweter z napisem "Merry Christmas ya filthy animal", grać kolędy, piec ciasteczka, mieć tyle kasy, żeby bez żalu kupić sobie naklejki z pingwinkami. Chciałabym mieć takie święta, jakie mi się wymarzy, a nie takie, jakie mieć muszę.
Czas podsumowań doprowadza mnie na granicę rozpaczy i szaleńczego smutku. Czy kiedykolwiek uda mi się poznać kogoś kto jest w porządku, jest szczery albo honorowy? Czy kiedykolwiek uda mi się spotkać kogoś, kto po pięciu minutach rozmowy nie będzie chciał mi się dobrać do tyłka, tylko wyrazi zwyczajna chęć poznania? Ot, tak, najzwyczajniej w świecie, spędzić ze sobą czas. Chciałbym kogoś, kto po prostu będzie. Wszechświecie, czy to takie trudne? Czy kiedykolwiek przed 25 urodzinami uda mi się być z kimkolwiek? Moi znajomi wchodzą w związki, rozstają się, rodzą im się dzieci, a ja? Gdzie w tym wszystkim ja? Gdzie mam iść, by spotkać tą właściwą osobę? Co mam zrobić, żeby spędzać "miły dzień" częściej niż raz w roku? Byłam na wakacjach w Budapeszcie na całe 12 dni, fajny był ten wyjazd, ale to ten jeden czerwcowy dzień dręczy mnie nieustannie. Te pocałunki, ciepły dotyk, pomruk zadowolenia w uchu, te przyjazne dłonie obejmujące mnie, słodkie szepty, a przede wszystkim obecność drugiej osoby. Nie było nocy, żebym przed snem nie próbowała sobie tego przypomnieć, nie było dnia, żeby coś nie przypomniało mi o tym gorącym czerwcowym popołudniu. W kalendarzu grudzień, a ja tylko myślę o tamtej sobocie.
W sumie taka jestem, bardzo szybko się napalam, a potem muszę przez kilka miesięcy walczyć z "uczuciem" i doprowadzać się na skraj rozpaczy, żeby jakoś to wszystko wyrównać. Czy to moja wina, że chcę być z kimś blisko, a nie jestem w stanie tego osiągnąć. Zbliżam się, ale nigdy nie osiągam punktu styczności. Jak jebana asymptota. Czasem nachodzi mnie myśl, że mogłam się dać przeruchać w tym kiblu. Jak ostatnia szmata, w końcu każdy jest trochę kurwą, c'nie? Teraz w sumie staram się o tym zapomnieć, ale hm... ktoś mi pokaże język, a ja od razu przypominam sobie TEN język pieszczący moje usta. I tak w kółko. Nie lubię takich akcji; najpierw ktoś poświęca Ci całą uwagę, dręczy słodkimi esemesiakami w nocy, a potem przez pięć miesięcy musisz szantażem wymusić rozmowę.
Ha! To was zaszokuje! Zaczęłam jeździć na łyżwach! Byłam na razie kilka razy ale bardzo mi się to spodobało i nie raz się jeszcze wybiorę. Ja i sport - no kto by pomyślał. Powiedziałam matce, że byłam na łyżwach, zaproponowała, że dośle mi trochę kasy, jeśli mi brakuje. S.z.o.k. Może dlatego, że rzadko się odzywam, rzadko dzwonię.
Jeżeli kiedykolwiek będę miała dziecko (lub -ci) - bo ktoś będzie chciał ze mną je mieć czy coś w ten deser - to osobiście zapewniam, że te dzieci babci od strony swojej mamy nie będą widywać za często. Bo to jest, kurwa, zasrany ciemnogród, umysłowa Kambodża i festiwal dwulicowości. Wystarczy, że ja przez to przeszłam i jeszcze musiałam się sama sabotować, żeby od tego uciec. Nie pozwolę sobie, żeby ktoś tak zniszczył moje dzieci, tak samo jak próbował zniszczyć mnie. O nie.
Żeby było śmieszniej nawet nie mam jak z matką pogadać. O czym bym nie zaczęła słyszę, że nie jestem wyjątkowa, inni mają gorzej i nie mogę traktować innych z góry? Mam się dostosowywać do poziomu innych? Ona zaczyna mówić o jakiś moich znajomych ze szkoły, a ja się tylko denerwuję. Jestem zawieszona pomiędzy wieloma światami. Jedne opuściłam, aspirując do drugich, a tam gdzie udało mi się dostać jestem traktowana protekcjonalnie. To, co opuściłam, staram się wyplenić, wyzbyć złych nawyków nabytych w przeszłości, staram się nie być taka jak inni z mojego otoczenia (kolejny epos na osobną notkę). W tym całym temacie pod tytułem "Życie" jestem sama. Sama, sama, sama.
Bardzo brakuje mi ciepła drugiej istoty żywej. Myślę mocno o psie, ale taki luksus muszę odłożyć na kilka lat później. A tak bardzo bym chciała mieć zwierzątko do którego będę mogła się przytulić. Pies Cię kocha bezwarunkowo, a w dzisiejszych czasach zazwyczaj trzeba coś sobą reprezentować. Najczęściej w cenie jest głębokie gardło, a nie umysł.
Trochę galimatias, ale edytuję tę notkę już 20 raz, a piszę ją od początku listopada.
Ahh, dostałam piękny prezent (przed)świąteczny. Wybrane eseje Sylvii Plath (totalnie smutaśne - w sam raz dla mnie) i czekoladki z Lindta to szalone połączenie, ale ostatnia pozycja zostaje tajemnicą, bo oficjalnie wciąż dieta i ćwiczenia są u mnie numero uno. Ostatnio Karolyna stwierdziła, że ostatnimi czasy jestem "czasem wesoła". To dużo, że ktoś to zauważył. To dużo, bo to znaczy, że coś się zmieniło. Może być tylko lepiej.
Trzymajcie się tam.
Jakoś.
Czas podsumowań doprowadza mnie na granicę rozpaczy i szaleńczego smutku. Czy kiedykolwiek uda mi się poznać kogoś kto jest w porządku, jest szczery albo honorowy? Czy kiedykolwiek uda mi się spotkać kogoś, kto po pięciu minutach rozmowy nie będzie chciał mi się dobrać do tyłka, tylko wyrazi zwyczajna chęć poznania? Ot, tak, najzwyczajniej w świecie, spędzić ze sobą czas. Chciałbym kogoś, kto po prostu będzie. Wszechświecie, czy to takie trudne? Czy kiedykolwiek przed 25 urodzinami uda mi się być z kimkolwiek? Moi znajomi wchodzą w związki, rozstają się, rodzą im się dzieci, a ja? Gdzie w tym wszystkim ja? Gdzie mam iść, by spotkać tą właściwą osobę? Co mam zrobić, żeby spędzać "miły dzień" częściej niż raz w roku? Byłam na wakacjach w Budapeszcie na całe 12 dni, fajny był ten wyjazd, ale to ten jeden czerwcowy dzień dręczy mnie nieustannie. Te pocałunki, ciepły dotyk, pomruk zadowolenia w uchu, te przyjazne dłonie obejmujące mnie, słodkie szepty, a przede wszystkim obecność drugiej osoby. Nie było nocy, żebym przed snem nie próbowała sobie tego przypomnieć, nie było dnia, żeby coś nie przypomniało mi o tym gorącym czerwcowym popołudniu. W kalendarzu grudzień, a ja tylko myślę o tamtej sobocie.
W sumie taka jestem, bardzo szybko się napalam, a potem muszę przez kilka miesięcy walczyć z "uczuciem" i doprowadzać się na skraj rozpaczy, żeby jakoś to wszystko wyrównać. Czy to moja wina, że chcę być z kimś blisko, a nie jestem w stanie tego osiągnąć. Zbliżam się, ale nigdy nie osiągam punktu styczności. Jak jebana asymptota. Czasem nachodzi mnie myśl, że mogłam się dać przeruchać w tym kiblu. Jak ostatnia szmata, w końcu każdy jest trochę kurwą, c'nie? Teraz w sumie staram się o tym zapomnieć, ale hm... ktoś mi pokaże język, a ja od razu przypominam sobie TEN język pieszczący moje usta. I tak w kółko. Nie lubię takich akcji; najpierw ktoś poświęca Ci całą uwagę, dręczy słodkimi esemesiakami w nocy, a potem przez pięć miesięcy musisz szantażem wymusić rozmowę.
Ha! To was zaszokuje! Zaczęłam jeździć na łyżwach! Byłam na razie kilka razy ale bardzo mi się to spodobało i nie raz się jeszcze wybiorę. Ja i sport - no kto by pomyślał. Powiedziałam matce, że byłam na łyżwach, zaproponowała, że dośle mi trochę kasy, jeśli mi brakuje. S.z.o.k. Może dlatego, że rzadko się odzywam, rzadko dzwonię.
Jeżeli kiedykolwiek będę miała dziecko (lub -ci) - bo ktoś będzie chciał ze mną je mieć czy coś w ten deser - to osobiście zapewniam, że te dzieci babci od strony swojej mamy nie będą widywać za często. Bo to jest, kurwa, zasrany ciemnogród, umysłowa Kambodża i festiwal dwulicowości. Wystarczy, że ja przez to przeszłam i jeszcze musiałam się sama sabotować, żeby od tego uciec. Nie pozwolę sobie, żeby ktoś tak zniszczył moje dzieci, tak samo jak próbował zniszczyć mnie. O nie.
Żeby było śmieszniej nawet nie mam jak z matką pogadać. O czym bym nie zaczęła słyszę, że nie jestem wyjątkowa, inni mają gorzej i nie mogę traktować innych z góry? Mam się dostosowywać do poziomu innych? Ona zaczyna mówić o jakiś moich znajomych ze szkoły, a ja się tylko denerwuję. Jestem zawieszona pomiędzy wieloma światami. Jedne opuściłam, aspirując do drugich, a tam gdzie udało mi się dostać jestem traktowana protekcjonalnie. To, co opuściłam, staram się wyplenić, wyzbyć złych nawyków nabytych w przeszłości, staram się nie być taka jak inni z mojego otoczenia (kolejny epos na osobną notkę). W tym całym temacie pod tytułem "Życie" jestem sama. Sama, sama, sama.
Bardzo brakuje mi ciepła drugiej istoty żywej. Myślę mocno o psie, ale taki luksus muszę odłożyć na kilka lat później. A tak bardzo bym chciała mieć zwierzątko do którego będę mogła się przytulić. Pies Cię kocha bezwarunkowo, a w dzisiejszych czasach zazwyczaj trzeba coś sobą reprezentować. Najczęściej w cenie jest głębokie gardło, a nie umysł.
Trochę galimatias, ale edytuję tę notkę już 20 raz, a piszę ją od początku listopada.
Ahh, dostałam piękny prezent (przed)świąteczny. Wybrane eseje Sylvii Plath (totalnie smutaśne - w sam raz dla mnie) i czekoladki z Lindta to szalone połączenie, ale ostatnia pozycja zostaje tajemnicą, bo oficjalnie wciąż dieta i ćwiczenia są u mnie numero uno. Ostatnio Karolyna stwierdziła, że ostatnimi czasy jestem "czasem wesoła". To dużo, że ktoś to zauważył. To dużo, bo to znaczy, że coś się zmieniło. Może być tylko lepiej.
Trzymajcie się tam.
Jakoś.
2 października 2015
W.e.g.e.t.a.c.j.a.
Mija kolejny uroczy dzień, kolejnego uroczego miesiąca. Mamy jesień, a od czerwca moje smutne życie stało się jeszcze smutniejsze. Wystarczyło lizanko na peronie, macanka w parku, by wspomnienia pewnej uroczej soboty stały się udręką dnia codziennego. U.D.R.Ę.K.Ą.
Czuję się teraz jak Bridget Jones, którą gardzę za typową małomiasteczkowość, naiwność i próbowanie na siłę by zmienić cokolwiek. Oj, przecież ja jestem taka sama. UPS. Jak zwykle popłakałam się pod prysznicem, już po popatrzyłam na siebie w lustrze i postanowiłam. Koniec kurwa, wegetacji. Pobudzona potrzeba czułości i dotyku drugiej osoby (albo czegoś ciepłego i miękkiego) zamieniła moje smutne i melancholijne życie w koszmar.
Czuję się jak gówno. Co z tego, że jesteś ładny, skoro jesteś chujowy? Pani psycholog powiedziała mi, że nie będę inteligentniejsza. Szkoda. Niby stosuję te rady, niby jakoś widać zmianę zachowania, postawy, że niby pewniej, pierś wypięta, brzuch wciągnięty, quasi-uśmiech, żeby nie odstraszyć. Widzicie te martwe oczy? Po prostu dead inside.
Chodzę. Trochę uciekam od wszystkiego; współlokatorów, rodziny, uczelni, od blogaska. Po tych 10 kilometrach mam dość wszystkiego. Przynajmniej zmęczona zasypiam szybciej nie myśląc o tym co było, czy co będzie. Nie mam też depresji, żeby winić ją za taki stan rzeczy. Czuję się silniejsza na ciele. Dusza jest martwa, serce na ostatniej prostej do dołu. Co to za życie?
Dieta doprowadziła do tego, że nie jestem w stanie zjeść ciężkostrawnych rzeczy. Czipsy, pączki; nawet po drożdżówce jest mi niedobrze. Codziennie kurczak z makaronem, lub z ryżem (czy kaszą), pomidorowa ew. rosół, czasem ziemniaki. Boję się ugotować spaghetti, kupić salami a co dopiero zjeść pizzę. W czasie nocnego wypadu na miasto po jednym piwie rozbolała mnie wątroba. Poszliśmy coś zjeść i dostałam jakąś kanapkę z podpiekanym gównem (lepsze to, niż McDoanld). Zjadłam z niesmakiem, a resztę nocy spędziłam zwijając się z bólu i popijając kolę. Czy ja mam teraz jeść cieciorkę czy innego gówno? Czy moje życie będzie kiedyś smakowało tak dobrze jak włoskie wakacje w słońcu Toskanii, a nie jak kolejna sucha kanapka z chudym twarogiem, jak gówno? Słabo, bo moje życie kręci się wokół jedzenia, ale wokół czegoś musi. Chyba lepsze jest to, niż ciągłe leżenie w łóżku i popłakiwanie w podusię, za to, że jest się zwykłą, pustą pizdą.
Mija kolejny rok, a ja wciąż niczego nie osiągnęłam. Ani sławy, ani pieniędzy, ani życia emocjonalnego, ani prywatnego. Nie udało mi się utrzymać ciekawej znajomości dłużej niż 3 miesiące (bo już w lipcu wiedziałam, że to pierdolnie, ale żyłam nadzieją aż do wyczerpania zapasów), nie udało mi się mieć wyższej średniej, nie udało mi się uciec, nie udało mi się nic, nie udało mi się żyć.
Dni mijają, a ja sobie W.E.G.E.T.U.J.Ę.
Czuję się teraz jak Bridget Jones, którą gardzę za typową małomiasteczkowość, naiwność i próbowanie na siłę by zmienić cokolwiek. Oj, przecież ja jestem taka sama. UPS. Jak zwykle popłakałam się pod prysznicem, już po popatrzyłam na siebie w lustrze i postanowiłam. Koniec kurwa, wegetacji. Pobudzona potrzeba czułości i dotyku drugiej osoby (albo czegoś ciepłego i miękkiego) zamieniła moje smutne i melancholijne życie w koszmar.
Czuję się jak gówno. Co z tego, że jesteś ładny, skoro jesteś chujowy? Pani psycholog powiedziała mi, że nie będę inteligentniejsza. Szkoda. Niby stosuję te rady, niby jakoś widać zmianę zachowania, postawy, że niby pewniej, pierś wypięta, brzuch wciągnięty, quasi-uśmiech, żeby nie odstraszyć. Widzicie te martwe oczy? Po prostu dead inside.
Chodzę. Trochę uciekam od wszystkiego; współlokatorów, rodziny, uczelni, od blogaska. Po tych 10 kilometrach mam dość wszystkiego. Przynajmniej zmęczona zasypiam szybciej nie myśląc o tym co było, czy co będzie. Nie mam też depresji, żeby winić ją za taki stan rzeczy. Czuję się silniejsza na ciele. Dusza jest martwa, serce na ostatniej prostej do dołu. Co to za życie?
Dieta doprowadziła do tego, że nie jestem w stanie zjeść ciężkostrawnych rzeczy. Czipsy, pączki; nawet po drożdżówce jest mi niedobrze. Codziennie kurczak z makaronem, lub z ryżem (czy kaszą), pomidorowa ew. rosół, czasem ziemniaki. Boję się ugotować spaghetti, kupić salami a co dopiero zjeść pizzę. W czasie nocnego wypadu na miasto po jednym piwie rozbolała mnie wątroba. Poszliśmy coś zjeść i dostałam jakąś kanapkę z podpiekanym gównem (lepsze to, niż McDoanld). Zjadłam z niesmakiem, a resztę nocy spędziłam zwijając się z bólu i popijając kolę. Czy ja mam teraz jeść cieciorkę czy innego gówno? Czy moje życie będzie kiedyś smakowało tak dobrze jak włoskie wakacje w słońcu Toskanii, a nie jak kolejna sucha kanapka z chudym twarogiem, jak gówno? Słabo, bo moje życie kręci się wokół jedzenia, ale wokół czegoś musi. Chyba lepsze jest to, niż ciągłe leżenie w łóżku i popłakiwanie w podusię, za to, że jest się zwykłą, pustą pizdą.
Mija kolejny rok, a ja wciąż niczego nie osiągnęłam. Ani sławy, ani pieniędzy, ani życia emocjonalnego, ani prywatnego. Nie udało mi się utrzymać ciekawej znajomości dłużej niż 3 miesiące (bo już w lipcu wiedziałam, że to pierdolnie, ale żyłam nadzieją aż do wyczerpania zapasów), nie udało mi się mieć wyższej średniej, nie udało mi się uciec, nie udało mi się nic, nie udało mi się żyć.
Dni mijają, a ja sobie W.E.G.E.T.U.J.Ę.
28 sierpnia 2015
Sierpień
-Nie lubię sierpnia. No, po prostu nienawidzę. Nie wiem dlaczego. Zawsze jestem taka jakaś niespokojna, neurotyczna, melancholijna, częściej popłakuję i jem, a mniej spuszczam z krzyża bo i tak po tym wszystkim się popłaczę. Boję się, cholernie się boję. A czego?
Nie wiem.
Jestem taka niespokojna, mam niespokojny sen i sny. Budzę się zlana potem, jakby już, tuż tuż, było coś strasznego. To kolejny rok z takim dziwnym posmakiem sierpniowej niepewności a potem okazuje się, że nic się nie wydarza. Bo nic się nie wydarzy. Takie lęki byłby racjonalne w przeddzień urodzin (bo jesteś rok starszy niż byłeś, a dalej nie zaruchałeś) czy pod koniec roku kalendarzowego. No, coś się kończy, źle nie było, dobrze też nie. Kolejny smutny rok samotności, alkoholu i nierealnych wyobrażeń na temat ludzkiego ciała w niemieckich produkcjach pornograficznych z lat 90'. Dużo łóżka i mniej ludzi. Jeszcze mniej nadziei i jeszcze więcej leków przeciwbólowych. Dużo bezsennych nocy i jeszcze więcej łez bezradności. Konwulsje z bólu i takie poczucie, że zaraz musisz zwymiotować, bo już nie wytrzymujesz. I choć w sierpniu gotuję najwięcej, smażę jabłka i kotlety, zaprawiam konfitury i robię soki z własnoręcznie zebranych owoców, choć suszę pomidory i pławię się w dobrociach ziemi, choć próbuję nieznanych smaków, tracę apetyt. Wypycham na siłę kolejną łyżkę jogurtu, otrąb; nawet hamburger czy gniotki (gnocchi) z gorgonzolą nie są wstanie zabić posmaku obrzydzenia. Nie tylko wobec siebie, ale i wobec świata. Tak bardzo mi niedobrze, tak bardzo jest mi źle i tylko liczę na rękę, która mnie z tego wszystkiego wyciągnie. A jak się pojawi chociażby palec, to uciekam, bo nie chcę być od kogoś zależna, nie chcę być wdzięczna, nie chcę komuś czegoś wisieć. I tak z jednego marazmu w drugi.
Chodzę do psychologa i jedyne co zauważyłam to, to, że wszystkie moje "phoblemy" to po prostu wpływ pojebanych zachowań mojej matki( i jej rodziny), która no cóż... jest tylko moją matką. Kiedyś bardzo mi to przeszkadzało, dziś wiem, że to ona powinna iść na tę terapię,a nie ja. I jeszcze na siłę wypycha mnie z chaupy w ramiona "wyimaginowanych" bojsików (no bo z tym koleżkom z czerwca nie chcę mieć nic wspólnego). Jak mnie to denerwuje! Jestem jak bulterier, jak wściekły byk, jak Tomy Lee Jones w "Ściganym". Ale uśmiecham się i mówię jej "Jeszcze słowo, a się puszczę z murzynem i będziesz miała czarnego wnuka. F.U.J!" a potem wracam do budowania kolejek. Tyle mam co się pośmieję.
Wiesz kiedy się dobrze czułam? Kiedy jechałam do Niemiec. Kiedy gnałam autostradą, z głośników krzyczeli Samanta Fox, Sabrina, Michale Jackson i Tina Turner. Czułam się dobrze. Czułam na chwilowo wolna od tego wszystkiego. Tak bardzo się boję. Tak bardzo się boję. Boję się. Nie czuję się sobą, tak jakbym chciała... czy ja wiem uciec sama z siebie. To jest straszne bo nie ma już niczego, czym mogłabym się napełnić. Czym mogłabym wypełnić tę zasraną pustkę po sercu, płucach, po uczuciach. Gry, alkohol, telewizja, internet, telefon, jedzenie, to mało. Modlitwa, to też mało. A ja bym tak chciała przestać się martwić, przestać się już bać raz na zawsze. (I żeby mnie ktoś potrzymał za łapkę)
-Może dlatego, że sierpień to miesiąc trzeźwości?
-A, może.
Nie wiem.
Jestem taka niespokojna, mam niespokojny sen i sny. Budzę się zlana potem, jakby już, tuż tuż, było coś strasznego. To kolejny rok z takim dziwnym posmakiem sierpniowej niepewności a potem okazuje się, że nic się nie wydarza. Bo nic się nie wydarzy. Takie lęki byłby racjonalne w przeddzień urodzin (bo jesteś rok starszy niż byłeś, a dalej nie zaruchałeś) czy pod koniec roku kalendarzowego. No, coś się kończy, źle nie było, dobrze też nie. Kolejny smutny rok samotności, alkoholu i nierealnych wyobrażeń na temat ludzkiego ciała w niemieckich produkcjach pornograficznych z lat 90'. Dużo łóżka i mniej ludzi. Jeszcze mniej nadziei i jeszcze więcej leków przeciwbólowych. Dużo bezsennych nocy i jeszcze więcej łez bezradności. Konwulsje z bólu i takie poczucie, że zaraz musisz zwymiotować, bo już nie wytrzymujesz. I choć w sierpniu gotuję najwięcej, smażę jabłka i kotlety, zaprawiam konfitury i robię soki z własnoręcznie zebranych owoców, choć suszę pomidory i pławię się w dobrociach ziemi, choć próbuję nieznanych smaków, tracę apetyt. Wypycham na siłę kolejną łyżkę jogurtu, otrąb; nawet hamburger czy gniotki (gnocchi) z gorgonzolą nie są wstanie zabić posmaku obrzydzenia. Nie tylko wobec siebie, ale i wobec świata. Tak bardzo mi niedobrze, tak bardzo jest mi źle i tylko liczę na rękę, która mnie z tego wszystkiego wyciągnie. A jak się pojawi chociażby palec, to uciekam, bo nie chcę być od kogoś zależna, nie chcę być wdzięczna, nie chcę komuś czegoś wisieć. I tak z jednego marazmu w drugi.
Chodzę do psychologa i jedyne co zauważyłam to, to, że wszystkie moje "phoblemy" to po prostu wpływ pojebanych zachowań mojej matki( i jej rodziny), która no cóż... jest tylko moją matką. Kiedyś bardzo mi to przeszkadzało, dziś wiem, że to ona powinna iść na tę terapię,a nie ja. I jeszcze na siłę wypycha mnie z chaupy w ramiona "wyimaginowanych" bojsików (no bo z tym koleżkom z czerwca nie chcę mieć nic wspólnego). Jak mnie to denerwuje! Jestem jak bulterier, jak wściekły byk, jak Tomy Lee Jones w "Ściganym". Ale uśmiecham się i mówię jej "Jeszcze słowo, a się puszczę z murzynem i będziesz miała czarnego wnuka. F.U.J!" a potem wracam do budowania kolejek. Tyle mam co się pośmieję.
Wiesz kiedy się dobrze czułam? Kiedy jechałam do Niemiec. Kiedy gnałam autostradą, z głośników krzyczeli Samanta Fox, Sabrina, Michale Jackson i Tina Turner. Czułam się dobrze. Czułam na chwilowo wolna od tego wszystkiego. Tak bardzo się boję. Tak bardzo się boję. Boję się. Nie czuję się sobą, tak jakbym chciała... czy ja wiem uciec sama z siebie. To jest straszne bo nie ma już niczego, czym mogłabym się napełnić. Czym mogłabym wypełnić tę zasraną pustkę po sercu, płucach, po uczuciach. Gry, alkohol, telewizja, internet, telefon, jedzenie, to mało. Modlitwa, to też mało. A ja bym tak chciała przestać się martwić, przestać się już bać raz na zawsze. (I żeby mnie ktoś potrzymał za łapkę)
-Może dlatego, że sierpień to miesiąc trzeźwości?
-A, może.
17 sierpnia 2015
Ch-ch-ch-changes
Ostatnio czuję się dość dobrze. Dziwnie dobrze. Ale spokojnie, Panowie, to tylko pozory. Chodzę do pracy, nie narzekam, czytam sobie różne książki, wieczorem gram w Wieśka i nieszczęsne Rollercoaster Tycoon tak długo, aż z trudem zwlokę się do łóżka (jakiś niecały metr). Trzymam się kurczowo diety, co nie znaczy, że nie oszukuję. Jest w miarę ok, gdyby nie te posrane godziny jedzenia. I tego, że wstaję, o 6 rano, żeby przygotować sobie szamę na cały dzień. Czuję się strasznie pedalsko z tymi wszystkimi pojemniczkami. Do szkoły nie nosiłam śniadania, a teraz dźwigam dodatkową torbę z jakimiś zielonym pojebstwem. W każdy wtorek o 14.20 wsiadam w pociąg i jadę do psychologa. To miłe spotkania. Trochę słabo, bo płacę komuś za to, żeby mnie rozumiał. Wolałabym mieć takie zrozumienie na co dzień, w domowym zaciszu, no ale, nie wszystko jest takie jakie byśmy chcieli. A teraz po kolei.
Klienci odwiedzający sklep, w którym pracuję, wciąż zdziwieni są poziomem słownictwa jakiego staram się używać. Nie tylko odchamiam się poprzez czytanie literatury rosyjskiej, ale i staram się wypowiadać na poziomie elokwentnego 8-latka. Mam na myśli wypowiadanie całych zdań, bez zająknięć i powtórzeń, przejęzyczeń i dziwnych zasysów, gdy brakuje mi powietrza. Staram się używać ciekawych zamienników wyrażenia "no to..", choć nie wyzbyłam się oscylującego na poziomie czterolatka ułomnego "ehe". Dlatego ciągle muszę Polish my Polish żeby się jakoś pokazać. Co nie znaczy, że nie mam ochoty wyśmiać plebejskiego akcentu, stylu czy postawy ("A-do-mi-pani-rabaot-na-te-rajtki-za-dwa-pińdziesiont?") odwiedzających mój sklep.
Nigdy jakoś o tym nie opowiadałam, ale zanim trafiłam pod ten adres "wyrzuciłam" się ze szkoły i ten blog był początkiem wszystkiego. Mamy moich "koleżanek" był strasznie zbulwersowane moją postawą ("Bo ona zawsze była rozważna"), ale cieszyły się z mojego obniżonego zachowania i ocen, a po cichu liczyły na mój tragiczny upadek, żeby ich "córcie" w końcu były lepsze ode mnie. I tak po zmianie szkoły, te matki nachodziły moją sprawdzić, czy przypadkiem nie jest mi lepiej niż było. Co więcej, nie przestały przychodzić do niej, jak poszłam na studia i przychodzą po dziś dzień, czy przypadkiem Pani Kardiolog nie ma się lepiej bo przecież "No moja Gosia to jest co tydzień w domu, a Pani córka to chyba raczej rzadko?". Kurwa, czasem mam ochotę polać tę budę benzyną i spalić, bo jak osoba "wykształcona" może być tak kurwa wścibska i jak ona może zajmować państwowe stanowisko, skoro reprezentuje sobą co najmniej umysłową Kambodżę? Nie rusza mnie to (prawie), bo przecież nie po to spierdalam, żeby się przejmować jakąś starą pudernicą.
Psycholog.
Mój psycholog (psycholożka jest strasznie pedalskie, czasami feminizacja męskich form zawodów to zbyteczna fanaberia) to spoko ziomka. Opowiadam jej dużo o Kasi Tusk i o swoim dzieciństwie (oglądałam dużo Ziarna, bawiłam się z dziećmi 5-6 lat starszymi ode mnie i prosiłam sąsiada, by sikał przez balkon - jedno z niewielu erotycznych doświadczeń, które po wpłynięciu na wody świadomości powoduje facepalm - ale jak na tamte czasy było całkiem zabawne. A i dziś fascynują mnie fontanny, krany, rączki od prysznica i rzeczy z których wytryskują różne ciecze. Co na to powiedziałby Freud?). Odczuwam pewien niedosyt. W tych rozmowach i w portfelu.
Droga ta impreza, no, ale jolo. Udane samobójstwa popełnia się tylko raz.
Przy rozmowie o tym, że "gdybym nie myślała tak wiele, to byłabym szczęśliwsza" usłyszałam kilka smutaśnych informacji. Gdzieś na poziomie 5-6 klasy podstawówkowej doszłam do wniosku, że będę się zadawała z ziomkami, który doceniają to, co mam w głowie a nie na twarzy. No to było po prostu świetne wytłumaczenie dla pryszczatej mordy, krzywych zębów i grubego dupska. Potem Pani Bozi się odwidziało i jakoś no... wyrabiam się (nie jest to jeszcze proces skończony). Ale dalej uważam, że wolałabym, gdyby ktoś mnie lubił, bo jestem fajna (a jestem!) niż dlatego, że jestem ładna (a jestem!). Ale przez ten czas było mi z tym co najmniej źle. Nie mówię, że zostałam od razu tipsiarą; solarka, usta w kolorze odbytu i blond pasemka, ale pogodziłam się z tym, że muszę skupić się na swoim PR. Muszę wyrobić swoją rozpoznawalną markę i to jest mój cel na najbliższe miesiące. To tak na prawdę najgorsza część roboty. O ile wyprostowanie zębów nie wymagało ode mnie zaangażowania, tak to, co teraz będzie się działo będzie umiarkowanie szalone i boję się troszkę, że się zatracę gdzieś po drodze. Jestem jednak dobrej myśli i może pochwalę się wynikami.
Dieta i ćwiczenia czyli bycie pedałem.
Ah. Dieta.
Myślałam kiedyś, że dopiero jak znajdę chłopaka, to wtedy schudnę i się wylaszczę (Ale żeby nie było, że jestem jakaś mega gruba i brzydka), bo przecież osobowość jest najważniejsza (pojebana, ale przynajmniej jakaś). Żeby sobie chłopak pomyślał, że "#noregrets, najlepsza inwestycja ever xoxo". Ale doszło do mnie, że :
1. Jak nie teraz, to kiedy?
2. Znając siebie, jakbym kogoś znalazła, to bym go skutecznie utuczyła, żebym sama nie czuła się taka samotna, a w końcowym rozrachunku nie schudłabym w ogóle.
3. Jakbym nie schudła i zaszła w ciążę (no na przykład: przez przypadek), na bank zostałabym jedną z tych grubych matek, które mijam każdego dnia, jak z ledwością schylają się by pobrać swe pacholątko z podłogi.
4. To jest taki typ, że nie dość, że są grube (co najmniej 100 kilo, a po sobie wiem jak wygląda 84) to jeszcze brzydkie, mają krótkie, tłuste włosy, chodzą w obcisłych ledżinsach i koszulkach, które uwydatniają to co się "przelewa" a na dodatek mają jakiś pedalski tribal albo motyla na łopatce. F.U.J.
5. Kurtka.
6. Po cichu liczę na stado adoratorów, których poznam w drodze do szkoły albo w warzywniaku, bo w innych miejscach nie bywam (#poorkidsofinstagram).
7. Jeśli ludzie na fejsie chwalą się każdym straconym kilogramem (i ogólnie robią z tego straszną szopkę), to dlaczego ja nie miałabym zrobić tego samego bez zbędnego opowiadania o tym wszystkim wokół?
Waga ruszyła (cyt. Mama: "Łoooo widać Ci kolana"). Ogólnie mam do "zrzucenia" 15 kilosów. Tak sobie postanowiłam, że nie będę jakaś super chuda, ale jakoś w miarę reprezentatywna (jakbym teraz nie była). Okolice 70 kilogramów wyglądają rozsądnie i myślę, że efekt będzie całkiem wporzo. Za mną pierwsze 3,4 kg, a co ciekawe, nie było to jakieś trudne. Po prostu jem te zasrane jogurty, otręby, jakieś marcheweczki do obiadu, jednym słowem pedalstwo. Tęsknię za ziemiorami z boczkiem i cebulą i za Cuba libre pitym po pracy na balkonie w czasie zachodu słońca (romantycznie, c'nie?). Zadziwiła mnie reakcja ojca. Sam jest raczej większy, niźli nie, ale po usłyszeniu, że wstępuję na taką ścieżkę zdrowego żywienia szczerze mi pogratulował i życzył wytrzymania co najmniej 3 miesięcy. Dziwne. Niepodobne. Szokujące.
Pierwsze 3 tygodnie diety nie obfitowały w sport (kilka wyjazdów, leń i nowe gry), ale teraz ćwiczę 3 razy w tygodniu. Biegam lub puszczam sobie jakiś pederastów na jutube i próbuję powtórzyć ich ruchy bez przewracania się. Idzie różnie, ale jest ok.
No future.
Kurwakurwakurwakurwa. Siedzę po nocach i gram aż do wycieńczenia, żeby jakoś zatrzymać potok myśli. Staram się skierować to wszystko na ilość gości w parku, kredyty i nowe misje w Wieśku. Siedzę na 9chat'cie, trollując i naśmiewając się z innych. Zabijam czas jak mogę i już nie wiem. Nie wiem co jeszcze robić. Nie zatrzymam myśli, ale chcę jakoś... czy ja wiem... przestać. Boję się, cholernie się boję. Stany lękowe nasiliły się. Od czerwca nie myślę o niczym innym jak o jakiejkolwiek formie czułości, którą mogłabym otrzymać. Z jednej strony fajnie wiedzieć, za czym się tęskniło ale z drugiej jak to zdobyć? Czym zasłużyć? Gdzie to dostać? Co teraz?
Buziaki
Klienci odwiedzający sklep, w którym pracuję, wciąż zdziwieni są poziomem słownictwa jakiego staram się używać. Nie tylko odchamiam się poprzez czytanie literatury rosyjskiej, ale i staram się wypowiadać na poziomie elokwentnego 8-latka. Mam na myśli wypowiadanie całych zdań, bez zająknięć i powtórzeń, przejęzyczeń i dziwnych zasysów, gdy brakuje mi powietrza. Staram się używać ciekawych zamienników wyrażenia "no to..", choć nie wyzbyłam się oscylującego na poziomie czterolatka ułomnego "ehe". Dlatego ciągle muszę Polish my Polish żeby się jakoś pokazać. Co nie znaczy, że nie mam ochoty wyśmiać plebejskiego akcentu, stylu czy postawy ("A-do-mi-pani-rabaot-na-te-rajtki-za-dwa-pińdziesiont?") odwiedzających mój sklep.
Nigdy jakoś o tym nie opowiadałam, ale zanim trafiłam pod ten adres "wyrzuciłam" się ze szkoły i ten blog był początkiem wszystkiego. Mamy moich "koleżanek" był strasznie zbulwersowane moją postawą ("Bo ona zawsze była rozważna"), ale cieszyły się z mojego obniżonego zachowania i ocen, a po cichu liczyły na mój tragiczny upadek, żeby ich "córcie" w końcu były lepsze ode mnie. I tak po zmianie szkoły, te matki nachodziły moją sprawdzić, czy przypadkiem nie jest mi lepiej niż było. Co więcej, nie przestały przychodzić do niej, jak poszłam na studia i przychodzą po dziś dzień, czy przypadkiem Pani Kardiolog nie ma się lepiej bo przecież "No moja Gosia to jest co tydzień w domu, a Pani córka to chyba raczej rzadko?". Kurwa, czasem mam ochotę polać tę budę benzyną i spalić, bo jak osoba "wykształcona" może być tak kurwa wścibska i jak ona może zajmować państwowe stanowisko, skoro reprezentuje sobą co najmniej umysłową Kambodżę? Nie rusza mnie to (prawie), bo przecież nie po to spierdalam, żeby się przejmować jakąś starą pudernicą.
Psycholog.
Mój psycholog (psycholożka jest strasznie pedalskie, czasami feminizacja męskich form zawodów to zbyteczna fanaberia) to spoko ziomka. Opowiadam jej dużo o Kasi Tusk i o swoim dzieciństwie (oglądałam dużo Ziarna, bawiłam się z dziećmi 5-6 lat starszymi ode mnie i prosiłam sąsiada, by sikał przez balkon - jedno z niewielu erotycznych doświadczeń, które po wpłynięciu na wody świadomości powoduje facepalm - ale jak na tamte czasy było całkiem zabawne. A i dziś fascynują mnie fontanny, krany, rączki od prysznica i rzeczy z których wytryskują różne ciecze. Co na to powiedziałby Freud?). Odczuwam pewien niedosyt. W tych rozmowach i w portfelu.
Droga ta impreza, no, ale jolo. Udane samobójstwa popełnia się tylko raz.
Przy rozmowie o tym, że "gdybym nie myślała tak wiele, to byłabym szczęśliwsza" usłyszałam kilka smutaśnych informacji. Gdzieś na poziomie 5-6 klasy podstawówkowej doszłam do wniosku, że będę się zadawała z ziomkami, który doceniają to, co mam w głowie a nie na twarzy. No to było po prostu świetne wytłumaczenie dla pryszczatej mordy, krzywych zębów i grubego dupska. Potem Pani Bozi się odwidziało i jakoś no... wyrabiam się (nie jest to jeszcze proces skończony). Ale dalej uważam, że wolałabym, gdyby ktoś mnie lubił, bo jestem fajna (a jestem!) niż dlatego, że jestem ładna (a jestem!). Ale przez ten czas było mi z tym co najmniej źle. Nie mówię, że zostałam od razu tipsiarą; solarka, usta w kolorze odbytu i blond pasemka, ale pogodziłam się z tym, że muszę skupić się na swoim PR. Muszę wyrobić swoją rozpoznawalną markę i to jest mój cel na najbliższe miesiące. To tak na prawdę najgorsza część roboty. O ile wyprostowanie zębów nie wymagało ode mnie zaangażowania, tak to, co teraz będzie się działo będzie umiarkowanie szalone i boję się troszkę, że się zatracę gdzieś po drodze. Jestem jednak dobrej myśli i może pochwalę się wynikami.
Dieta i ćwiczenia czyli bycie pedałem.
Ah. Dieta.
Myślałam kiedyś, że dopiero jak znajdę chłopaka, to wtedy schudnę i się wylaszczę (Ale żeby nie było, że jestem jakaś mega gruba i brzydka), bo przecież osobowość jest najważniejsza (pojebana, ale przynajmniej jakaś). Żeby sobie chłopak pomyślał, że "#noregrets, najlepsza inwestycja ever xoxo". Ale doszło do mnie, że :
1. Jak nie teraz, to kiedy?
2. Znając siebie, jakbym kogoś znalazła, to bym go skutecznie utuczyła, żebym sama nie czuła się taka samotna, a w końcowym rozrachunku nie schudłabym w ogóle.
3. Jakbym nie schudła i zaszła w ciążę (no na przykład: przez przypadek), na bank zostałabym jedną z tych grubych matek, które mijam każdego dnia, jak z ledwością schylają się by pobrać swe pacholątko z podłogi.
4. To jest taki typ, że nie dość, że są grube (co najmniej 100 kilo, a po sobie wiem jak wygląda 84) to jeszcze brzydkie, mają krótkie, tłuste włosy, chodzą w obcisłych ledżinsach i koszulkach, które uwydatniają to co się "przelewa" a na dodatek mają jakiś pedalski tribal albo motyla na łopatce. F.U.J.
5. Kurtka.
6. Po cichu liczę na stado adoratorów, których poznam w drodze do szkoły albo w warzywniaku, bo w innych miejscach nie bywam (#poorkidsofinstagram).
7. Jeśli ludzie na fejsie chwalą się każdym straconym kilogramem (i ogólnie robią z tego straszną szopkę), to dlaczego ja nie miałabym zrobić tego samego bez zbędnego opowiadania o tym wszystkim wokół?
Waga ruszyła (cyt. Mama: "Łoooo widać Ci kolana"). Ogólnie mam do "zrzucenia" 15 kilosów. Tak sobie postanowiłam, że nie będę jakaś super chuda, ale jakoś w miarę reprezentatywna (jakbym teraz nie była). Okolice 70 kilogramów wyglądają rozsądnie i myślę, że efekt będzie całkiem wporzo. Za mną pierwsze 3,4 kg, a co ciekawe, nie było to jakieś trudne. Po prostu jem te zasrane jogurty, otręby, jakieś marcheweczki do obiadu, jednym słowem pedalstwo. Tęsknię za ziemiorami z boczkiem i cebulą i za Cuba libre pitym po pracy na balkonie w czasie zachodu słońca (romantycznie, c'nie?). Zadziwiła mnie reakcja ojca. Sam jest raczej większy, niźli nie, ale po usłyszeniu, że wstępuję na taką ścieżkę zdrowego żywienia szczerze mi pogratulował i życzył wytrzymania co najmniej 3 miesięcy. Dziwne. Niepodobne. Szokujące.
Pierwsze 3 tygodnie diety nie obfitowały w sport (kilka wyjazdów, leń i nowe gry), ale teraz ćwiczę 3 razy w tygodniu. Biegam lub puszczam sobie jakiś pederastów na jutube i próbuję powtórzyć ich ruchy bez przewracania się. Idzie różnie, ale jest ok.
No future.
Kurwakurwakurwakurwa. Siedzę po nocach i gram aż do wycieńczenia, żeby jakoś zatrzymać potok myśli. Staram się skierować to wszystko na ilość gości w parku, kredyty i nowe misje w Wieśku. Siedzę na 9chat'cie, trollując i naśmiewając się z innych. Zabijam czas jak mogę i już nie wiem. Nie wiem co jeszcze robić. Nie zatrzymam myśli, ale chcę jakoś... czy ja wiem... przestać. Boję się, cholernie się boję. Stany lękowe nasiliły się. Od czerwca nie myślę o niczym innym jak o jakiejkolwiek formie czułości, którą mogłabym otrzymać. Z jednej strony fajnie wiedzieć, za czym się tęskniło ale z drugiej jak to zdobyć? Czym zasłużyć? Gdzie to dostać? Co teraz?
Buziaki
Subskrybuj:
Posty (Atom)
